Roboty nie przejmą pola walki jak w filmach. Zrobią coś gorszego

Mam wrażenie, że przez lata źle wyobrażaliśmy sobie wojskową robotyzację. Kino, gry i popkultura nauczyły nas wypatrywać metalowego żołnierza, który idzie przez ruiny z karabinem w dłoniach, patrzy czerwonym okiem i zastępuje człowieka w najprostszym, najbardziej dosłownym sensie. Taki obraz coraz mocniej wydaje mi się odległy, bo wszystko wskazuje na to, że finalnie roboty nie przejmą pola walki jak w filmach.
Roboty nie przejmą pola walki jak w filmach. Zrobią coś gorszego

Humanoidalni żołnierze nadal są ograniczeni, drodzy, podatni na awarie i zwyczajnie niegotowi na chaos frontu czy nawet okopu. Jednocześnie robotyzacja wojny już trwa. Tyle że zamiast maszerować w idealnych formacjach, rozsypuje się po niebie, błocie, wodzie, danych i logistyce. Największa zmiana na polu bitwy nie musi więc wejść dziś na pole walki na dwóch nogach. Może przylecieć jako tani dron FPV z ładunkiem wybuchowym, podjechać jako mały bezzałogowy pojazd z amunicją, ukryć się w oprogramowaniu analizującym obraz z kamer albo połączyć setki sensorów w jeden system decyzyjny.

Chiny zrobiły swojego Terminatora. Pierwszy taki żołnierz-robot zadaje arcyważne pytanie

Odkąd zresztą śledzę rozwój dronów wojskowych, mam coraz silniejsze przekonanie, że przyszłość nie zaczyna się od pytania “kiedy robot zastąpi żołnierza?”. Znacznie ważniejsze brzmi inaczej, bo bardziej w stylu kiedy żołnierz stanie się tylko jednym z elementów większej maszynowej sieci?

Przejęcie już się zaczęło, ale wygląda niepozornie

Najważniejsza lekcja z wojny za naszą wschodnią granicą jest brutalna – przyszłość wojny nie musi być elegancka. Nie musi błyszczeć tytanem, wyglądać futurystycznie ani przypominać demonstratora rodem z targów zbrojeniowych, który wreszcie wyszedł z etapu budowy makiety. Czasami wystarczy rama z włókna węglowego, kamera, ładunek wybuchowy, operator w goglach i umiejętność produkowania tego wszystkiego szybciej, niż przeciwnik potrafi odpowiadać.

Czytaj też: Turcja nigdy wcześniej nie zrobiła takiego sprzętu wojskowego. Mnie ciekawi zaś jedno…

Przykład drona FPV

Wojna w Ukrainie pokazała, że dron nie jest już dodatkiem do klasycznego wojska. Stał się jednym z podstawowych narzędzi rozpoznania, korygowania ognia artylerii, atakowania pojazdów, nękania logistyki i utrzymywania presji psychologicznej. Skala produkcji poszła w miliony sztuk rocznie, a sama kategoria “bezzałogowiec” przestała oznaczać wyłącznie latającą platformę. Mówimy dziś też o pojazdach lądowych, systemach morskich, dronach przekaźnikowych, minujących, ewakuacyjnych i rozpoznawczych.

Podobny kierunek widać przy ukraińskim systemie Frontier OS, gdzie jeden operator ma zarządzać wieloma dronami i robotami lądowymi przez interfejs przypominający grę komputerową. Dla mnie jest to ważniejsze niż pojedynczy, widowiskowy robot z karabinem. Kluczowy staje się bowiem stosunek człowieka do maszyn. Nie coś na zasadzie “jeden człowiek obsługuje jednego drona”, a “jeden człowiek nadzoruje grupę systemów, które coraz większą część pracy wykonują same”.

Podobny problem widać przy dronach działających bez rozkazów człowieka, bo wojskowa autonomia przestaje być akademicką rozmową o przyszłości. Coraz częściej jest pytaniem o to, ile zadań można oddelegować algorytmowi, zanim człowiek zostanie głównie zatwierdzającym, nadzorującym albo korygującym elementem systemu.

Największa zmiana nie polega na zastąpieniu piechoty

Wydaje mi się, że w dyskusji o robotach wojskowych bardzo łatwo wpaść w fałszywy trop. Humanoidalny robot jest atrakcyjny, ponieważ od razu pozwala porównać maszynę z człowiekiem. Czy chodzi po schodach? Czy uniesie broń? Czy otworzy drzwi? Czy przejdzie przez gruz? Czy da radę wejść do bunkra? Takie pytania są konkretne, ale same w sobie nie tłumaczą, gdzie naprawdę przesuwa się ciężar wojny.

Pierwsza generacja “robotów pola walki” wcale nie musi mieć nóg i wiemy to dziś doskonale. Może mieć śmigła, koła, gąsienice, kadłub łodzi albo wyłącznie postać oprogramowania. Robotyczna wojna zaczyna się tam, gdzie masowa, powtarzalna, niebezpieczna lub wymagająca natychmiastowej reakcji czynność zostaje zabrana człowiekowi i przekazana systemowi. Czasem będzie to dostarczenie amunicji do pozycji, czasem rozpoznanie celu, czasem lot po zaprogramowanej trasie mimo zakłóceń GPS, a czasem zbudowanie obrazu sytuacji z setek źródeł naraz.

Dlatego historia o robotach-żołnierzach jest w pewnym sensie zbyt wąska. Tradycyjna piechota nadal pozostaje potrzebna, bo wojna nie składa się wyłącznie z wykrywania i niszczenia celów. Ktoś musi zająć teren, utrzymać pozycję, podejmować decyzje politycznie i moralnie obciążone, rozmawiać z cywilami, odróżniać poddanie się od zasadzki i funkcjonować w środowisku, którego nie da się w pełni opisać cyfrową instrukcją. Maszyny przejmują za to coraz więcej zadań wokół człowieka. Odbierają mu część ryzyka, ale też stopniowo wciskają go w rolę nadzorcy systemu, który działa szybciej niż ludzka intuicja.

Ekonomia wojny stała się bezlitosna

Wszystko to sprawia, że przyszłe konflikty mogą być rozstrzygane nie tylko przez najlepszą technologię, ale przez stosunek kosztu ataku do kosztu obrony. Shahed albo prosty dron FPV nie musi być imponujący technicznie, jeśli zmusza przeciwnika do zużywania znacznie droższych środków.

Skutki ataków dronów Shahed-136
Skutki ataków dronów Shahed-136

W konfliktach z udziałem irańskich dronów i pocisków widać to bardzo wyraźnie. Jednorazowy Shahed-136 kosztujący około 20-50 tys. dolarów, czyli po przeliczeniu około 73-183 tys. zł, potrafi wymusić użycie pocisku Patriot za około 4 mln dolarów, czyli około 14,6 mln zł. Interceptor THAAD może kosztować 12-15 mln dolarów, czyli po przeliczeniu około 44-55 mln zł. Nawet jeśli konkretna sytuacja bojowa wymaga drogiego przechwycenia, to sama matematyka jest już okrutna. Atakujący może produkować presję taniej, niż obrońca jest w stanie ją neutralizować klasycznymi środkami.

Czytaj też: 20 tysięcy ton odstraszania. Nie ma bardziej ponurej maszyny wojny niż atomowy okręt balistyczny

Amerykański pocisk PAC-3 dla THAAD
Amerykański pocisk PAC-3 dla THAAD

Właśnie dlatego nie patrzę na drony jako na “tańsze samoloty” albo “gorsze pociski”. Ich siła leży w czymś innym. Są skalowalne, zużywalne, szybkie do modyfikowania i w wielu przypadkach wystarczająco skuteczne, żeby wymuszać reakcję. Podobny kierunek widać przy Baykarze K2, który pokazuje, że amunicja krążąca nie musi kończyć się na prostym latającym ładunku. Może wejść w rolę elementu większego ataku, współpracować w roju, korzystać z rozpoznania i tworzyć problem, którego nie rozwiąże pojedynczy drogi pocisk przechwytujący.

Wojna przyszłości może więc nie wyglądać jak starcie dwóch perfekcyjnych armii. Bardziej prawdopodobny wydaje mi się obraz nieustannego przeciążania obrony. Setki tanich celów, część prawdziwa, część pozorna, część rozpoznawcza, część uderzeniowa, część sterowana ręcznie, część półautonomiczna. W takim środowisku wygrywa ten, kto szybciej i taniej łączy produkcję, oprogramowanie, rozpoznanie.

Humanoidalny żołnierz jest nadal bardzo ograniczony

Humanoidy oczywiście nie znikają z tej historii. Przykładowo taki Phantom MK-1 od amerykańskiej firmy Foundation jest dobrym przykładem tego, gdzie zaczyna się praktyczne testowanie takich maszyn. Dwa egzemplarze trafiły do Ukrainy w 2026 roku do oceny w warunkach wojennych, głównie z myślą o rozpoznaniu, logistyce i wsparciu w miejscach zbyt ryzykownych dla ludzi. Sam robot ma około 175 cm wysokości, waży mniej więcej 79-82 kg i przenosi około 20 kg ładunku. Foundation miało też kontrakty badawcze z amerykańskimi siłami zbrojnymi na 24 mln dolarów, czyli około 88 mln zł.

Na papierze wygląda to jak początek nowej epoki. W praktyce widać raczej, jak daleko jeszcze do filmowego żołnierza-robota. Phantom MK-1 ma ograniczony udźwig, krótki czas pracy, problemy z odpornością środowiskową i nadal musi mierzyć się z zadaniami, które człowiek wykonuje niemal bez zastanowienia. Przejście przez błoto, gruz, śnieg, okop, schody, ciasne przejście albo zawaloną piwnicę dla człowieka jest koszmarnie męczące, ale wykonalne. Dla robota bywa mieszanką problemu mechanicznego, percepcyjnego, energetycznego i programistycznego, co finalnie kończy się jego porażką.

W tym miejscu widać paradoks całej branży. Roboty ewidentnie muszą najpierw nauczyć się świata cywilnego, zanim będą wiarygodnie działać w wojnie. Magazyn, fabryka, kuchnia, pralnia albo ciasne mieszkanie z kablami na podłodze uczą maszyn równowagi, rozpoznawania obiektów i działania w nieidealnym otoczeniu. Pole walki dokłada do tego ostrzał, pył, wodę, zakłócenia, uszkodzenia, brak łączności, presję czasu i wroga, który aktywnie chce system oszukać.

Pole walki najpierw przejmie oprogramowanie

Dla mnie najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Nawet jeśli humanoidalne roboty bojowe pozostaną przez lata niszą, to wojna już teraz oddaje ogromną część procesu maszynom. Sztuczna inteligencja może analizować obraz z dronów, wspierać wykrywanie celów, analizować dane wywiadowcze, wskazywać anomalie, planować trasy, stabilizować lot w warunkach zakłóceń i pomagać operatorowi w działaniu pod presją.

Czytaj też: Drony będą latać w nieskończoność. Rój na bezprzewodowej kroplówce to wojskowy koszmar

Wspominałem o tym przy kluczu do bitew przyszłości, gdzie sztuczna inteligencja nie była traktowana jako gadżet, tylko warstwa przyspieszająca decyzje. Człowiek nadal może mieć ostatnie słowo, ale coraz częściej będzie je wypowiadał na podstawie informacji ułożonych przez system. W idealnym świecie oznacza to szybszą orientację i mniej błędów, ale w mniej wygodnym scenariuszu oznacza presję, żeby ufać maszynie, bo przeciwnik zrobi to szybciej.

Właśnie tutaj widzę największy problem. Humanoidalny robot z karabinem przynajmniej wygląda groźnie i wywołuje naturalny opór. Algorytm wspierający decyzje jest mniej namacalny. Nie stoi przed kamerą. Nie ma twarzy. Jednak ciągle działa w tle, skraca czas reakcji, filtruje obraz wojny i stopniowo przesuwa odpowiedzialność. Największy robot wojskowy przyszłości może nie mieć korpusu. Może być systemem operacyjnym pola walki.

Podobny kierunek widać przy robotach lądowych do zwalczania czołgów, przy ukraińskim KRAMPUS-ie, przy przeróżnych systemach antydronowych i przy całym wyścigu wokół rojów. Każdy z tych przykładów pokazuje fragment tej samej układanki – człowiek nie tyle znika z wojny, co coraz częściej stoi obok maszyn, które wykonują za niego najbardziej niebezpieczne, powtarzalne i czasochłonne zadania.

Zdjęcie poglądowe

Wszystko to sprawia, że roboty nie przejmą pola walki jak w filmach. Zrobią coś gorszego, bo nie przyjdą jako jeden łatwy do wskazania przeciwnik. Rozleją się po całym systemie prowadzenia wojny, aż trudno będzie powiedzieć, gdzie kończy się decyzja człowieka, a zaczyna decyzja maszyny. Przyszłość nie zapukała więc do drzwi w metalowej zbroi. Przyleciała tanim dronem, podjechała małym robotem i schowała się w algorytmie.

Źródła: Interesting Engineering

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.