Już przy wojskowej łodzi drukowanej z tworzywa i skały wulkanicznej zwracałem uwagę na tę zmianę. Przyszłość może należeć nie tylko do najlepszej maszyny, ale też do tej armii, która potrafi stworzyć, naprawić albo zastąpić sprzęt możliwie blisko miejsca jego wykorzystania. Najnowszy eksperyment Amerykanów wygląda pod tym względem jak demonstracja czegoś, co jeszcze niedawno bardziej pasowałoby do gry strategicznej niż rzeczywistej logistyki wojskowej.
Ponad 8 godzin lotu i prawie 500 kilometrów na akumulatorze
16 lipca podczas wydarzenia “Game of Drones” w bazie Edwards w Kalifornii niewielki, elektryczny dron stałopłatowy kategorii Group 1 wzbił się w powietrze i pozostał tam przez dokładnie 8 godzin, 41 minut i 43 sekundy. W tym czasie przeleciał około 483 km, po czym bezpiecznie wylądował. Poprzedni rekord wytrzymałości został poprawiony o około 50 minut, więc taki wynik robi wrażenie. Zwłaszcza że mówimy o małym dronie zasilanym wyłącznie akumulatorem, a nie maszynie z klasycznym silnikiem spalinowym.
Czytaj też: Pancerz już nie wystarcza. Chiny wsadziły broń przyszłości na swojego pancerniaka Typu 19

Dane z próby zostały przekazane do Guinness World Records, choć na moment pisania tego tekstu nie znalazłem jeszcze potwierdzenia zakończenia formalnej weryfikacji. Jednak szczerze mówiąc, same 8 godzin lotu nie jest tym, co najbardziej mnie tutaj interesuje. Maszyna powstała bowiem z wykorzystaniem systemu Prometheus firmy Titan Dynamics. Zamiast klasycznego procesu projektowego oprogramowanie przyjmuje założenia misji i automatycznie generuje konstrukcję dopasowaną do wymaganej ładowności, zasięgu, czasu lotu czy warunków środowiskowych. Titan twierdzi, że Prometheus wygenerował projekt tego samolotu w mniej niż 10 minut.
Oprogramowanie korzysta z przygotowanego środowiska projektowego, modeli i ograniczeń konstrukcyjnych, aby automatycznie wygenerować rozwiązanie odpowiadające podanym parametrom. Różnica względem klasycznego procesu pozostaje jednak gigantyczna, bo człowiek nie modeluje ręcznie kolejnych elementów płatowca przez tygodnie. Jeszcze ciekawiej zrobiło się później, bo w ciągu około 24 godzin od rozpoczęcia całego procesu konstrukcja została wytworzona w mobilnej, kontenerowej fabryce z wykorzystaniem komercyjnych drukarek 3D.
Następnie trzyosobowa ekipa zamontowała elektronikę, akumulator oraz dwa silniki bezszczotkowe i przygotowała maszynę do lotu. Titan Dynamics podaje dodatkowo, że rekord padł podczas pierwszego lotu tego egzemplarza i właśnie tutaj zaczyna się dla mnie właściwa historia.
Fabryka dronów może pojechać razem z wojskiem
Wyobraźmy sobie jednostkę, która nie zamawia kilkuset identycznych dronów zaprojektowanych kilka lat wcześniej. Zamiast tego dysponuje kontenerem produkcyjnym, zapasem podzespołów i oprogramowaniem, któremu określa aktualne wymagania i np. wrzuca systemowi temat w stylu “potrzebuję maszyny do lotu przez sześć godzin, z takim ładunkiem, w takiej temperaturze i przy takim wietrze”. Oprogramowanie generuje następnie konstrukcję, drukarki zaczynają pracować, a kilkanaście godzin później powstaje sprzęt przeznaczony właśnie do tej misji.
Czytaj też: Polacy chcą uprościć wojnę dronową do kliknięcia myszką. TASACK zaskakuje i przeraża

Nie twierdzę, że amerykańska armia może już jutro działać dokładnie w taki sposób na dużą skalę. Pomiędzy demonstracją a masowym wdrożeniem nadal stoją kontrola jakości, elektronika, dostęp do materiałów, certyfikacja, logistyka akumulatorów i cała masa problemów, których drukarka 3D nie rozwiązuje. Ten eksperyment pokazuje jednak, że fundamenty takiego modelu już istnieją i co ciekawe, USA próbują jednocześnie uniezależnić te fundamenty od zagranicznych dostawców.
Rekordowy dron korzystał z dwóch silników bezszczotkowych wyprodukowanych w Tobyhanna Army Depot. Linia, z której pochodziły, została oficjalnie uruchomiona dopiero 30 czerwca, czyli nieco ponad dwa tygodnie przed rekordowym lotem. Armia rozwija równolegle własne możliwości wytwarzania ram, akumulatorów, płytek elektronicznych i innych elementów małych bezzałogowców.
Ważniejsze od rekordu jest to, co będzie można zrobić po jego pobiciu
Coraz częściej pisząc o nowoczesnej wojnie, dochodzę do podobnego wniosku. Samo posiadanie świetnego drona nie wystarczy. Trzeba jeszcze móc produkować go szybko, tanio, w dużej liczbie i najlepiej bez uzależnienia od komponentu, którego dostawy przeciwnik może odciąć pierwszego dnia konfliktu. Właśnie dlatego amerykańska tak zwana “Blue List” zaczyna schodzić z poziomu zatwierdzania całych platform do weryfikowania poszczególnych podzespołów. Z zatwierdzonych “klocków” można później budować różne maszyny bez rozpoczynania całego procesu od początku.
Czytaj też: USA chcą wskrzesić pancerniki, aby wzmocnić marynarkę. Chiny mają coś do powiedzenia
Podobny kierunek widać przy coraz większej autonomizacji amerykańskich systemów wojskowych. Dla mnie oba trendy zaczynają się właśnie łączyć. Z jednej strony komputer pomaga projektować maszynę dopasowaną do konkretnego zadania, a z drugiej mobilna produkcja pozwala szybko zamienić projekt w fizyczny sprzęt. Dlatego 8 godzin, 41 minut i 43 sekundy w locie tak wyprodukowanego drona traktuję właściwie jako efekt uboczny znacznie ciekawszego eksperymentu. Jeszcze bowiem niedawno futurystyczna armia miała mieć magazyn pełen niesamowitych dronów, ale naprawdę przyszłościowa może dostać coś innego – pliki, drukarki, zatwierdzone podzespoły i możliwość produkowania odpowiedniej maszyny wtedy, kiedy rzeczywiście będzie potrzebna.
Źródła: Armia USA, Titan Dynamics

