USA chcą wskrzesić pancerniki, aby wzmocnić marynarkę. Chiny mają coś do powiedzenia

Wszechobecne drony sprawiły, że do łask wracają siatki, strzelby, automatyczne działka i amunicja programowalna. Dlatego kiedy Donald Trump postanowił przywrócić amerykańskiej flocie prawdziwe pancerniki, łatwo było machnąć na ten pomysł ręką. Teraz jednak w pewnym sensie “poparła go” nieoczekiwana strona.
USA chcą wskrzesić pancerniki, aby wzmocnić marynarkę. Chiny mają coś do powiedzenia

Coraz mniej dział, coraz więcej rakiet, radarów, elektroniki i uzbrojenia zdolnego razić przeciwnika setki albo tysiące kilometrów od aktualnej pozycji okrętu. W tej układance nie bez powodu wielkie armaty pancerników zostały automatycznie symbolem minionej epoki. Czasów, kiedy to potężne stalowe kolosy podpływały do siebie dostatecznie blisko, żeby urządzać pojedynki rodem z kronik II wojny światowej. Tyle że współczesne konflikty mają tendencję do wyciągania z magazynów takie pomysły, które jeszcze chwilę wcześniej uznawaliśmy za przestarzałe.

Chińczycy wzięli wielkie działa na kalkulator

Zespół Wanga Leia z Dalian Naval Academy przeanalizował wykorzystanie dużych dział okrętowych do odpierania ataku roju małych bezzałogowców. Nie chodzi przy tym o strzelanie do każdego drona jak do samolotu. Pocisk miałby eksplodować w pobliżu całej grupy i zamienić przestrzeń wokół siebie w chmurę odłamków.

Czytaj też: Żołnierz wyciągnie samolot z plecaka i przeleci 322 km za linię wroga

Lancet

W modelowym scenariuszu Chińczycy wykorzystali rój 30 Lancetów-3 o masie około 12 kg i udźwigu do 3 kg. Jeden pocisk generował zaś 2000 odłamków, z których 1589 uznano za zdolne do uszkodzenia celu. Chmura miała promień około 15 metrów, a prawdopodobieństwo uszkodzenia pojedynczego drona wynosiło 3,95%. Matematycznie daje to średnio około 1,19 uszkodzonego drona na jeden wystrzał, co nie oznacza, że jedno naciśnięcie spustu magicznie kasuje rój. Jest to bardziej wartość oczekiwana wynikająca z modelu.

Badacze nie przeprowadzili też rzeczywistego ataku 30 Lancetów na okręt, więc na tę chwilę mamy symulację i zestaw założeń, a nie poligonowy dowód na stworzenie cudownej broni przeciwko rojom. Sam problem jest jednak jak najbardziej prawdziwy. Pisałem o nim choćby przy okazji uzbrajania polskich M28 Bryza do walki z dronami. Jeśli relatywnie tani bezzałogowiec zmusza obrońcę do odpalenia pocisku wartego ogromne pieniądze, to napastnik może wygrywać nawet wtedy, gdy praktycznie wszystkie jego drony zostają zestrzelone.

Chiny nie poparły pancernika Trumpa, ale potwierdziły jeden szczegół

Chińscy naukowcy oczywiście nie udowodnili, że okręty typu Trump są świetnym pomysłem. Zbadali jedynie potencjalne zastosowanie dział przeciwko dronom, a to ogromna różnica. Zwłaszcza że obecna koncepcja tych okrętów zakłada dwa działa kalibru 127 mm, jedną armatę elektromagnetyczną, dwa lasery dużej mocy, 128 komór pionowego startu Mk 41 i 12 większych stanowisk dla pocisków hipersonicznych Conventional Prompt Strike. Innymi słowy, nie jest to pancernik sprzed dekad, a jego nowoczesna, bardzo rozległa reinterpretacja.

Czytaj też: Potwór z Malan naprawdę lata. Chiny pokazały maszynę, której nie powinno jeszcze być

Sam pancernik typu Trump pozostaje też istnym morskim potworem. Jego wyporność około 35600 ton metrycznych, długość 256-268 metrów i prędkość przekraczającą 55 km/h mówią same za siebie. Pierwszy USS Defiant może według urzędu kosztować około 23,4 mld dolarów, czyli przy obecnym kursie około 86,8 mld zł. Z kolei cały program 15 atomowych pancerników do 2056 roku CBO wycenia na około 275 mld dolarów, czyli ponad bilion złotych.

Wracając do samych dział, te same w sobie nie są przecież futurystyczne. Jeśli jednak połączymy je z nowoczesnym radarem, automatycznym śledzeniem kilkudziesięciu celów, komputerem kierowania ogniem i amunicją z programowalnym zapalnikiem, to z miejsca otrzymujemy zupełnie inną broń niż armatę okrętową sprzed pół wieku. Pocisk nie musi trafić bezpośrednio. Musi znaleźć się w odpowiednim miejscu przestrzeni w odpowiedniej milisekundzie, a to samo dotyczy zresztą laserów.

Przy DragonFire instalowanym na brytyjskich niszczycielach widać dokładnie tę samą pogoń za tanią metodą niszczenia tanich celów. Tyle że laser ogranicza pogoda i propagacja wiązki, walka elektroniczna nie zadziała na każdy autonomiczny bezzałogowiec, a rakiet szkoda na wszystko, co lata. Działo nie ma więc zastąpić tych systemów. Ma stać się kolejną warstwą obrony, ale nie wiemy, czy tak się stanie w przypadku okrętów typu Trump, bo te nadal stoją na bardzo niepewnym gruncie.

Zdjęcie poglądowe – test lasera DragonFire

Czytaj też: Wojsko weszło w nową epokę. Amunicja i paliwo przestają rządzić polem walki

Amerykański plan zakłada zakup 15 jednostek w latach 2028-2056, ale CBO ostrzega zarówno przed gigantycznym kosztem, jak i obciążeniem przemysłu stoczniowego. Co więcej, podpisana 2 września 2026 roku ustawa finansująca administrację do 11 grudnia nie zawiera dodatkowego miliarda dolarów, czyli około 3,7 mld zł, którego Biały Dom chciał na rozpoczęcie prac zakupowych przy pancerniku.

Źródła: Interesting Engineering, South China Morning Post

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.