Odkąd piszę o Shahedach, Lancetach, dronach FPV i całej tej nowej warstwie pola walki, coraz mocniej widzę jedno: klasyczna obrona powietrzna nie znika, ale sama nie wystarczy. Wojna powietrzna przestała być bowiem wyłącznie pojedynkiem drogich radarów, rakiet i odrzutowców. Dostrzegam, że coraz częściej przypomina ot prozaiczne liczenie kosztów. W dzisiejszych konfliktach nie wygrywa bowiem ten, kto ma przeciwlotniczą superbroń kosztującą krocie, a ten, kto potrafi zestrzelić tani cel bez przepalania zapasów amunicji przeznaczonej na zupełnie inne zagrożenia.

Dron za kilkadziesiąt tysięcy złotych wymuszający użycie pocisku za miliony jest problemem dlatego, że potrafi zmusić obrońcę do bardzo dużego wydatku. Dlatego też przeciwlotniczy kompleks musi dostać znacznie tańsze sposoby radzenia sobie z zagrożeniami, co obejmuje m.in. platformy, które jeszcze kilka lat temu wyglądałyby jak sprzęt z innej epoki. Właśnie dlatego polski pomysł uzbrojenia samolotów M28 Bryza do zwalczania dronów wydaje mi się znakiem, że nasze wojsko zaczyna patrzeć na problem dronów nie jak na krótki epizod z Ukrainy, ale jak na stały element przyszłej wojny.
Bryza dostanie broń, ale to nie sam karabin jest tu najważniejszy
Podczas Defence24 Days gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak potwierdził, że polskie M28 Bryza zostaną uzbrojone i przygotowane do zwalczania dronów. Pierwszy prototyp po podpisaniu umowy między Inspektoratem Wsparcia Sił Zbrojnych a wykonawcą ma trafić do modyfikacji obejmujących montaż uzbrojenia lufowego. Sam pomysł jest więc prosty – bierzemy lekki samolot transportowy, dodajemy broń i robimy z niego łowcę bezzałogowców. Tyle że w praktyce jest to znacznie ciekawsze, bo cały pomysł wyrasta z ukraińskich doświadczeń z An-28, czyli starszym przodkiem polskiej Bryzy.
Czytaj też: Turcja znów mnie zaskoczyła. Tym razem chodzi o wielką rewolucję wojskowego lotnictwa
Na Ukrainie takie maszyny były wykorzystywane do zwalczania dronów rodziny Shahed/Gierań. Najpierw pojawiły się nagrania, na których An-28 zrównywał się z ciężkim dronem kamikadze i niszczył go ogniem z bocznych wielkokalibrowych karabinów maszynowych. Później doszedł jeszcze ciekawszy wariant, bo An-28 jako powietrzny nosiciel dronów przechwytujących. Maszyna mogła mieć pod skrzydłami kilka takich efektorów, wejść za cel na nieco wyższym pułapie, a operator w ładowni odpalał drona, który atakował z tylnej półsfery. Nie musi to więc być sklecony na szybko “samolot z karabinem”, a latający węzeł przechwytywania dla wolnych, dużych i trudnych ekonomicznie celów.

Właśnie tu widzę największy sens całej modernizacji polskich Bryz, bo te samoloty nie muszą udawać myśliwca. Nie ma ścigać pocisków manewrujących ani latać nad silnie bronionym terytorium przeciwnika. Jej potencjalna rola jest bardziej przyziemna, ale przez to bardzo ważna: patrolować własną przestrzeń, przechwytywać powolne drony uderzeniowe, odciążać drogie systemy rakietowe i działać tam, gdzie koszt zestrzelenia zaczyna mieć znaczenie operacyjne.
Dlaczego akurat M28 Bryza?
Na papierze M28 Bryza nie wygląda jak oczywisty bohater walki z dronami, ale to właśnie jej “mało efektowne” cechy zaczynają pracować na jej korzyść. Jest to bowiem dwusilnikowy samolot turbośmigłowy krótkiego startu i lądowania, który jest zdolny do operowania z krótkich, także nieutwardzonych pasów.

Jest to maszyna wielozadaniowa typu STOL, która może wystartować z ładunkiem ponad 2 ton z pasa o długości 548 metrów, a dane techniczne wersji M28B Bryza mówią m.in. o prędkości maksymalnej 350 km/h, przelotowej około 160-220 km/h, pułapie 6000 metrów i zasięgu do 1220 km z rezerwą na 45 minut lotu. Innymi słowy, to nie są parametry myśliwca, ale do polowania na wolnego Shaheda nie potrzeba żadnego myśliwca pokroju F-16 i tym bardziej F-35. Potrzeba platformy, która może długo (i niskim kosztem) krążyć w przestworzach, lecieć stosunkowo wolno i mieć ludzi oraz sprzęt potrzebny do wykrycia, identyfikacji i rażenia celu.
Samolot pokroju Bryzy może lecieć bliżej tempa celu, ustawić się za nim, utrzymać pozycję i dać operatorowi czas na użycie broni albo drona przechwytującego. W tej niszy niska prędkość nie jest więc jakimś wstydliwym ograniczeniem, a częścią głównego zadania.
Wybór M28 Bryza na latającą platformę antydronową ma też przewagę, której często brakuje przy innych modernizacjach naszego sprzętu wojskowego, o czym regularnie przypominam. Ten samolot powstaje w PZL Mielec. Oznacza to dostęp do jej pełnej dokumentacji, zaplecza inżynieryjnego, doświadczenia i ścieżki modyfikacji bez konieczności proszenia zagranicznego właściciela konstrukcji o zgodę na każdy ruch. W polskiej służbie pozostaje kilkadziesiąt M28 na różnym poziomie technicznym, a w tym nowsze warianty z cyfrową awioniką i Glass Cockpit.
Oczywiście M28 Bryza nie będzie ideałem
Bryza z uzbrojeniem lufowym będzie miała sens tylko wtedy, gdy zostanie wpięta w sprawny system wykrywania i dowodzenia. Samolot nie może po prostu “szukać dronów” na ślepo, bo wtedy zamieniamy ciekawą koncepcję w kosztowny patrol z przypadkowym efektem. Potrzebne będą dane z radarów, rozpoznania radioelektronicznego, systemów optoelektronicznych, punktów obserwacyjnych i całej krajowej sieci obrony powietrznej. Dopiero wtedy Bryza może zostać skierowana w rejon, w którym ma szansę na przechwycenie.
Czytaj też: Turcja zrobiła własnego Shaheda

Do tego dochodzi kwestia nocy, pogody, identyfikacji celu i bezpieczeństwa. Strzelanie do drona nad własnym terytorium z pokładu samolotu rodzi też bowiem zagrożenia. Każdy pocisk gdzieś leci, każdy odłamek gdzieś spada, a każda pomyłka w rozpoznaniu może mieć konsekwencje. Dlatego uzbrojenie lufowe widzę raczej jako pierwszy etap albo jeden z wariantów, a nie końcową odpowiedź. Najciekawsze wydaje mi się to, czy Bryza dostanie w przyszłości własne efektory przechwytujące, podobne do ukraińskich rozwiązań, albo inne tanie środki rażenia pozwalające atakować cel z pewnego dystansu.
Jeśli miałbym wskazać jeden element, który najbardziej mnie tu zastanawia, to nie byłaby sama broń lufowa. Zastanawia mnie, czy Polska potraktuje Bryzę jako “samolot z karabinem”, czy jako powietrzną platformę do taniego przechwytywania. Różnica jest bowiem ogromna.

W pierwszym wariancie dostajemy maszynę patrolową z dodatkowym uzbrojeniem, przydatną w określonych warunkach, ale mocno zależną od pozycji względem celu. W drugim wariancie Bryza staje się czymś w rodzaju latającej wyrzutni i stanowiska operatorskiego. Może przenieść kilka małych dronów przechwytujących, zbliżyć je do celu, nadać im korzystną prędkość początkową i pozwolić operatorowi na atak z relatywnie wygodnej pozycji.
Drogi pocisk nie może być jedyną odpowiedzią na tani dron
Najważniejsze w tej historii jest zrozumienie asymetrii prowadzenia dzisiejszych działań wojennych. Rosja używała i nadal używa dronów uderzeniowych masowo, bo nawet jeśli część z nich zostaje zestrzelona, obrońca musi stale angażować sensory, ludzi, amunicję i czas. Tanie, powolne cele potrafią więc drenować bardzo drogie systemy. Podobny problem opisywałem już przy ukraińskich dronach STING, które pojawiły się jako odpowiedź na potrzebę taniego zwalczania Shahedów, a nawet przy Skyrangerze 30, gdzie kluczowe stało się strzelanie do bezzałogowców amunicją tańszą niż klasyczne rakiety przeciwlotnicze.

Wojna z dronami nie idzie wyłącznie w stronę coraz droższych systemów. Idzie w stronę warstw. Na jednym poziomie są Patrioty, Wisła i systemy zdolne do zwalczania najgroźniejszych celów. Niżej mamy Narew, Pilicę, zestawy artyleryjsko-rakietowe, walkę radioelektroniczną, drony przechwytujące, broń lufową i sensory rozproszone po całym kraju. Bryza może wejść właśnie w tę niższą, bardziej elastyczną warstwę, ale nie jako jakiś cudowny lek na wszystko, tylko jako kolejny sposób na to, by nie marnować najdroższych narzędzi na cele, które da się zniszczyć taniej.
Bryza nie zmiecie wszystkiego z nieba, ale rozwiąże konkretny problem
M28 Bryza to samolot, który przez lata kojarzył się z transportem, patrolowaniem i zadaniami pomocniczymi. Teraz może dostać rolę wynikającą bezpośrednio z ukraińskiej wojny i z brutalnej lekcji tanich dronów. Jeśli Polska wykorzysta przewagę krajowego producenta, zintegruje tę platformę z sensownym systemem wykrywania i nie zatrzyma się na samym uzbrojeniu lufowym, może dostać coś naprawdę wartościowego: niedrogi, dyżurowy, elastyczny sposób na część zagrożeń, które będą wracały w każdej większej wojnie.
Czytaj też: Nowy sposób zwiększenia potęgi wojska mnie zaskoczył. Nie trzeba było nowych silników, wystarczyła chemia
Nie mam wątpliwości, że uzbrojona Bryza nie będzie odpowiedzią na każdy rosyjski środek napadu powietrznego. Nie zatrzyma rakiet balistycznych, nie zastąpi Narwi, nie wyręczy F-35 i nie zmieni samodzielnie odporności polskiego nieba. Jej sens leży gdzie indziej. Może stać się narzędziem do walki z częścią zagrożeń, które są zbyt tanie, zbyt liczne i zbyt irytujące, by opłacało się je zwalczać wyłącznie drogimi pociskami.
A mnie zastanawia teraz jedno: czy potraktujemy Bryzę jak awaryjny nośnik karabinu, czy jak początek polskiej, powietrznej warstwy antydronowej. Bo tylko ten drugi wariant ma szansę przetrwać dłużej niż konferencyjny zachwyt.
Źródła: Defence24, Defence Blog, PZL Mielec

