Test monitora Gigabyte MO27Q2A. Potęga OLED-a i 280 Hz w niskiej cenie

Nie tak dawno napisałem test monitora Gigabyte M27Q2 QD, a tu na moim biurku wylądował właśnie model Gigabyte MO27Q2A, który na pierwszy rzut oka (przez nazwę i styl obudowy) może wydawać się bardzo podobny, ale to tylko pozory. W praktyce między tymi dwoma modelami jest przepaść, którą zdradza już pierwsze odpalenie monitora.
Test monitora Gigabyte MO27Q2A. Potęga OLED-a i 280 Hz w niskiej cenie

MO27Q2A od razu celuje jednak znacznie wyżej niż klasyczny gamingowy IPS. Dostajemy tutaj 27-calowy panel QD-OLED o rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli, odświeżaniu 280 Hz oraz deklarowanym czasie reakcji 0,03 ms GTG, a do tego 10-bitową reprodukcję kolorów, 99% pokrycia DCI-P3 i fabryczną kalibrację z błędem Delta E poniżej 2. Producent deklaruje też typową jasność 250 cd/m² przy pełnym białym ekranie oraz do 1000 cd/m² w HDR przy 3-procentowym APL, certyfikat DisplayHDR True Black 400, ClearMR 15000, obsługę FreeSync Premium Pro i G-Sync Compatible. Już sama specyfikacja pokazuje więc, że nie jest to zwykły odpowiednik M27Q2 QD z droższą matrycą, lecz monitor mający łączyć bardzo wysoką płynność z możliwościami obrazu typowymi dla OLED-a. Zacznijmy jednak po kolei…

Pierwsze chwile z Gigabyte MO27Q2A

W bardzo przyjaznym dla użytkownika, bo otwieranym “z boku” pudełku Gigabyte nie oszczędza na okablowaniu.

Oprócz monitora, dwuczęściowej podstawy i prostego plastikowego klipsa do uporządkowania przewodów dostajemy bowiem przewód zasilający, kabel HDMI 2.1, DisplayPort oraz USB, który przydaje się m.in. do komunikacji monitora z komputerem i korzystania z funkcji pokroju KVM czy OSD Sidekick. Zasilacz jest przy tym wbudowany bezpośrednio w obudowę, więc na biurku nie ląduje dodatkowa kostka. Producent dorzuca również do zestawu skróconą instrukcję, kartę gwarancyjną oraz indywidualny raport z fabrycznej kalibracji kolorów, co ma znaczenie, bo MO27Q2A jest fabrycznie kalibrowany z deklarowanym błędem Delta E poniżej 2. 

Wizualnie MO27Q2A nie próbuje wymyślać monitora Gigabyte na nowo. Z przodu bardzo mocno przypomina testowanego wcześniej M27Q2 QD, bo korzysta z niemal identycznej podstawy, centralnego wysięgnika i tej samej oszczędnej stylistyki, która bardziej stawia na funkcjonalność niż typowo gamingowe ozdobniki.

Różnice zaczynają być widoczne dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się całej konstrukcji. MO27Q2A jest nieco niższy i minimalnie węższy od M27Q2 QD (610,3 x 499 x 190 mm względem 612 x 515 x 192 mm z podstawą), ale jednocześnie okazuje się nieco grubszy w centralnej części obudowy. Bez podstawy różnica jest jeszcze łatwiejsza do wychwycenia, bo MO27Q2A mierzy 610,3 x 358 x 65 mm, podczas gdy M27Q2 QD 612 x 371 x 59 mm. 

Zmienił się również tył monitora, gdzie inny układ obudowy i wentylacji zdradza konieczność obsługi elektroniki oraz chłodzenia panelu QD-OLED. MO27Q2A jest przy tym minimalnie cięższy (6,09 kg względem 5,91 kg z podstawą), więc mimo niemal bliźniaczego wyglądu od frontu nie mamy do czynienia z monitorami po zwykłej podmianie matrycy, lecz osobną konstrukcją przygotowaną od początku pod QD-OLED-a. Jest to wbrew pozorom ważne, bo taka matryca potrzebuje m.in. lepszego chłodzenia z racji jej podwyższonej wrażliwości na wysoką temperaturę.

Czytaj też: Test monitora Philips Evnia 27M2N8500/00. Gotowy na wspaniałość OLEDa?

Sama zintegrowana podstawa nie tylko wygląda podobnie do tej z M27Q2 QD, ale też daje identyczny zakres regulacji. Wysokość można zmieniać w zakresie 130 mm, pochylenie wynosi od -5 do +21 stopni, obrót na boki sięga po 15 stopni w każdą stronę, a do tego dochodzi pivot o 90 stopni. Monitor obsługuje również standard VESA 100 x 100 mm, więc jeśli fabryczna podstawa nie będzie wam odpowiadać, to można ją całkowicie pominąć, ale w ogólnym rozrachunku trudno na nią narzekać, bo jest po prostu standardem, ale dobrze wykonanym, bo nie zajmuje nam aż tak dużo miejsca na blacie. 

Dostępne złącza są mocną stroną MO27Q2A

Gigabyte nie potraktował MO27Q2A jak monitora, który ma po prostu przyjąć sygnał z jednej karty graficznej. Na tyle znajdziemy bowiem dwa HDMI 2.1, jeden DisplayPort 1.4 oraz USB-C z DisplayPort Alt Mode, funkcją upstream i Power Delivery o mocy do 18 W. Do tego dochodzą dwa porty USB 3.2 typu A, osobny USB upstream typu B oraz wyjście słuchawkowe. 18 W przez USB-C nie robi dziś większego wrażenia i wystarczy raczej do podtrzymania przy życiu telefonu, handhelda albo notebooka niż do sensownego jego zasilania (np. taki Steam Deck ładuje się mocą 45 W), ale sam fakt obecności obrazu po USB-C nadal zwiększa uniwersalność monitora.

Znacznie ciekawsza jest obsługa KVM. Dzięki niej możemy podłączyć do monitora dwa różne komputery i korzystać z jednego zestawu myszy oraz klawiatury, przełączając je razem ze źródłem obrazu. W moim przypadku takie rozwiązanie ma szczególne znaczenie, bo regularnie przeskakuje między laptopem a pecetem i doskonale wiem, że znacznie upraszcza ono całe stanowisko. 

Czytaj też: Test monitora iiyama G-Master GOB2701QSC-B1 Titan Falcon. Pierwszy monitor OLED od iiyama

Gigabyte dorzucił też do monitora dwa wbudowane głośniki o mocy 5 W każdy, więc awaryjnie można obyć się bez osobnego zestawu audio. Jak grają? Tak jak zwykle w monitorach – przeciętnie w porównaniu do typowych głośników zewnętrznych, ale odpowiednio głośno i bez artefaktów, aby móc z nich korzystać na co dzień i nie krzywić się przy byle utworze.

OSD Gigabyte nadal jest rozbudowane, ale tym razem ma więcej sensu

Sterowanie opcjami odbywa się klasycznym pięciokierunkowym joystickiem umieszczonym pod dolną krawędzią monitora. Samo OSD jest niedostępne w języku polskim, ale jego układ pozostaje bardzo czytelny.

Główne menu podzielono na sekcje Gaming, Picture, Display, PIP/PBP, System, Language oraz Reset all, a na dole przez cały czas widzimy najważniejsze informacje o aktualnym źródle sygnału, trybie SDR lub HDR, profilu obrazu, jasności, gammie oraz temperaturze barwowej.

Po krótkim przytrzymaniu joysticka pojawia się z kolei prostsze menu skrótów prowadzące bezpośrednio do ustawień, OLED Care, Game Assist oraz wyłączenia monitora. Całość wygląda nowocześnie, jest szybka i przede wszystkim logiczna, więc po kilku minutach nie trzeba już zastanawiać się, gdzie producent ukrył konkretną funkcję.

Najwięcej dzieje się oczywiście w sekcji Gaming. Znajdziemy tam Ultra Clear, AI Black Equalizer, Super Resolution, Display Mode oraz ustawienia VRR. Anti-Flicker ma przy tym trzy poziomy działania – Off, Middle oraz High – dzięki czemu możemy zdecydować, jak agresywnie monitor ma ograniczać migotanie charakterystyczne dla OLED-ów przy niestabilnej liczbie klatek. Display Mode pozwala natomiast nie tylko przełączać się między obrazem pełnoekranowym, zachowaniem proporcji czy 1:1, ale również symulować mniejsze przekątne, m.in. 22, 23, 23,6 i 24 cale. To właśnie z tego korzysta Tactical Switch, który ma sens głównie w grach e-sportowych, gdzie część graczy zwyczajnie preferuje mniejszy aktywny obszar obrazu.

Rozbudowana jest również sekcja Picture. W SDR do wyboru mamy profile Standard, FPS, MOBA, RPG, Racing, Movie, Reader, sRGB, Custom oraz ECO, a przy własnym profilu można regulować m.in. jasność, kontrast, 6-axis Color, Color Vibrance, ostrość, gammę oraz temperaturę barwową. Sama gamma oferuje ustawienia od 1,8 przez 2,0 i 2,2 aż do 2,4 i 2,6, więc tutaj Gigabyte daje znacznie więcej swobody niż część konkurencji.

Po włączeniu HDR menu zmienia się odpowiednio do tego trybu i pojawiają się profile HDR, HDR Game, HDR Movie, HDR Vivid oraz HDR Peak 1000, a także dodatkowe ustawienia pokroju Light Enhance, HyperNits, Color Enhance czy Dark Enhance. Nie jesteśmy więc skazani na jeden sztywny wariant HDR, tylko możemy dopasować jego charakter do gry lub filmu.

Osobna sekcja Game Assist zbiera funkcje typowo gamingowe. Możemy wyświetlić timer, licznik, aktualne odświeżanie oraz ustawić położenie tych informacji, a do tego dochodzą Crosshair, Tactical Switch, Eagle Eye, Night Vision oraz Flash Dimming. Nie wszystkie te dodatki będą komukolwiek potrzebne, ale przynajmniej producent nie wrzucił ich chaotycznie do jednego worka z podstawowymi ustawieniami obrazu. Równie praktyczne jest menu Quick Switch, w którym można przypisać czterem kierunkom joysticka szybki dostęp m.in. do AI Black Equalizera, celownika, głośności, źródła obrazu, kontrastu, jasności lub profilu obrazu. Dzięki temu do najczęściej używanych funkcji da się dostać bez przeklikiwania całego OSD.

W sekcji Display znajdziemy również KVM, wraz z kreatorem konfiguracji, resetem oraz możliwością przypisania połączenia przez USB-B lub USB-C. Przy monitorze wyposażonym w kilka wejść i USB-C jest to rozwiązanie dużo bardziej użyteczne niż kolejny efekt wizualny dla graczy, bo pozwala realnie uprościć stanowisko z pecetem i laptopem. Do tego dochodzi PIP/PBP, więc MO27Q2A może jednocześnie wyświetlać obraz z kilku źródeł, co jeszcze lepiej pasuje do jego charakteru jako monitora nie tylko do grania, ale też do pracy.

Osobnego miejsca doczekało się OLED Care. OSD pokazuje nawet całkowity czas użytkowania monitora oraz liczbę wykonanych cykli Pixel Clean, a o szczegółach rozpisuję się poniżej. W praktyce daje to bardzo dobry wgląd w to, co monitor robi w tle, żeby ograniczać ryzyko trwałego utrwalenia statycznych elementów obrazu. Podoba mi się zwłaszcza to, że Gigabyte nie sprowadza ochrony OLED-a do jednej enigmatycznej opcji “Panel Care”, tylko pozwala podejrzeć stan mechanizmów i w razie potrzeby część z nich samodzielnie skonfigurować.

Nie jesteśmy też ograniczeni do samego OSD, bo większością codziennych ustawień można zarządzać z poziomu GIGABYTE Control Center oraz OSD Sidekick. Program pozwala zmieniać profil obrazu, jasność, kontrast, gammę, temperaturę barwową, Black Equalizer, Color Vibrance, filtr światła niebieskiego czy FreeSync, a także przypisywać funkcje do kierunków joysticka i konfigurować Game Assist. Sam interfejs aplikacji nie należy może do najbardziej nowoczesnych, ale przy częstym przełączaniu ustawień między pracą a graniem jest po prostu wygodniejszy niż przeklikiwanie tych samych opcji bezpośrednio na monitorze.

Gigabyte nie zapomniał o ochronie OLED-a

Monitor MO27Q2A dostał również cały zestaw funkcji AI OLED Care. W menu znajdziemy Pixel Clean, Static Control, Pixel Shift, APL Stabilize, Sub-Logo Dim oraz Corner Dim. Pierwsza z funkcji odpowiada za okresowe odświeżanie i kompensację pracy pikseli, druga przyciemnia ekran przy dłuższym wyświetlaniu nieruchomego obrazu, trzecia delikatnie przesuwa zawartość, a pozostałe mechanizmy próbują ograniczać długotrwałe świecenie tych samych elementów z wysoką jasnością. Po ponad czterech godzinach pracy producent zaleca wykonanie Pixel Clean, więc nie jest to system, o którym całkowicie zapominamy, ale większość ochrony działa i tak w tle.

Do tego dochodzi sama konstrukcja chłodzenia, czyli tego, co kryje się za matrycą. Gigabyte zastosował w ramach tego grafenową warstwę termiczną, własny radiator oraz wentylację z czterech stron obudowy, ale na całe szczęście całość działa bez wentylatora. Jest to ważne nie tylko przez brak dodatkowego hałasu, bo im skuteczniej monitor odprowadza ciepło z panelu OLED, tym łatwiej ograniczyć jego długoterminowe zużycie. 

Gigabyte na stronie produktu deklaruje trzyletnią gwarancję obejmującą również wypalenie panelu, a polskie sklepy podają dla MO27Q2A 36 miesięcy gwarancji producenta. 

280 Hz w Gigabyte MO27Q2A to dopiero połowa historii

Przy 2560 x 1440 pikseli i 280 Hz MO27Q2A trafia dokładnie w ten sam segment, który już dawno bardzo polubiłem. Taka rozdzielczość nie obciąża karty graficznej tak brutalnie jak 4K, a jednocześnie przy 27 calach zapewnia już na tyle wysoką gęstość pikseli, że podczas grania trudno mówić o niedostatku ostrości. Różnica względem zwykłego 144- czy 165-hercowego monitora jest przy tym widoczna szczególnie w tych grach, w których rzeczywiście jesteśmy w stanie wygenerować ponad 200 FPS.

W przypadku QD-OLED-a znaczenie ma jednak nie tylko samo odświeżanie na poziomie 280 Hz. Przejścia pikseli są ekstremalnie szybkie i producent deklaruje 0,03 ms GtG, więc monitor nie musi ratować się agresywnym overdrive’em charakterystycznym dla szybkich LCD. Efekt jest taki, że ruch pozostaje bardzo czysty bez typowego overshootu i smużenia, a MO27Q2A może spokojnie łączyć granie w nowe produkcje singleplayerowe z bardziej wymagającymi strzelankami sieciowymi. Certyfikat ClearMR 15000 tylko potwierdza, że Gigabyte mocno celuje tutaj właśnie w jakość obrazu w ruchu, a nie wyłącznie samą liczbę herców, więc jeśli gracie w dynamiczne gry, to trafiliście idealnie.

Czytaj też: Test monitora Gigabyte M27Q2 QD, czyli jak odkryć matrycę IPS na nowo

Co ciekawe, producent idzie jeszcze krok dalej dzięki funkcji Ultra Clear. W tym trybie monitor wykorzystuje mechanizm wstawiania czarnych klatek, czyli BFI, aby dodatkowo zmniejszyć postrzegane rozmycie ruchu. Nie jest to jednak funkcja całkowicie pozbawiona kompromisów. Ultra Clear działa przy 120 i 280 Hz, nie można połączyć go jednocześnie z VRR, a jego aktywacja wyraźnie ogranicza maksymalną jasność. Przy natywnych 280 Hz poprawa ostrości ruchu okazuje się przy tym raczej niewielka, bo sam QD-OLED już bez aktywnego Ultra Clear radzi sobie pod tym względem znakomicie.

Nie jest to więc tryb, z którego korzystałbym cały czas, ale dobrze, że Gigabyte pozostawia użytkownikowi taką możliwość. Szczególnie przy 120 Hz jego wpływ na ostrość ruchu jest wyraźniejszy niż przy 280 Hz. Trzeba tylko pamiętać, że Ultra Clear nie współpracuje równocześnie z VRR i wymaga aktualnego firmware’u.

Jeśli idzie o dalsze funkcje, to MO27Q2A wspiera zarówno FreeSync Premium Pro, jak i G-SYNC Compatible, ale ciekawsza jest tutaj akurat opcja aktywacji OLED VRR Anti-Flicker. Powszechny problem migotania OLED-ów przy dużych skokach liczby klatek nie znika bowiem tylko dlatego, że mamy nowy panel QD-OLED. Nadal może pojawiać się szczególnie w ciemnych scenach i przy niestabilnym frametime, a Gigabyte próbuje go ograniczyć przez odpowiednią modyfikację zakresu pracy VRR. Nie jest to jednak rozwiązanie całkowicie darmowe, bo ograniczając zakres synchronizacji, częściowo wymieniamy jeden kompromis na drugi, ale przynajmniej producent nie udaje, że problem nie istnieje i daje użytkownikowi dodatkowe narzędzie do jego ograniczenia.

Największą różnicę zdradza jednak po prostu obraz

Można długo opowiadać o 280 Hz, KVM, Ultra Clear i dodatkowych funkcjach w Gigabyte MO27Q2A, ale jeden test mówi wszystko. Wystarczy odpalić byle ciemniejszą grę pokroju nowego Residenta, jeszcze ciepłego Dawnwalkera czy nawet DIGSITE ZERO, a więc moją niezależną grę, której demo jest już dostępne na Steam, aby poczuć potęgę matrycy OLED. Wszystko przez fakt, że niezależnie od jakości matrycy LCD, podświetlenie nadal musi pracować w tej technologii również tam, gdzie obraz powinien być czarny. 

W MO27Q2A czarny piksel może zostać po prostu wyłączony. Znika więc typowa szarawa czerń, podświetlenie przebijające w ciemności i charakterystyczny IPS glow, szczególnie widoczny w ciemnych scenach i nasilający się przy zmianie kąta obserwacji. Przykładowo w mojej grze, w której ciemności i ostrych źródeł światła nie brakuje, granie na OLED-zie gwarantuje znacznie większe graficzne wrażenie, bo po prostu DIGSITE ZERO zyskuje tutaj znacznie na charakterze i to mimo prostej grafiki typu low-poly. 

Dzięki temu nocne lokacje, gwiazdy, neony, menu na czarnym tle, ciemne korytarze i wszystkie gry wykorzystujące mocny kontrast zaczynają wyglądać znacznie bardziej naturalnie. OLED nadal robi więc tutaj coś, czego klasyczny IPS po prostu nie jest w stanie odtworzyć bez bardzo zaawansowanego lokalnego wygaszania. Kąty widzenia również są świetne. Nawet przy mocnym zejściu z osi obraz nie zaczyna tracić kontrastu i nie pojawia się typowa dla LCD jasna poświata. 

Nie wszystko jest jednak idealne. MO27Q2A wykorzystuje powierzchnię typu semi-glossy z powłoką antyrefleksyjną, co tylko w kontrolowanym oświetleniu wygląda kapitalnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przed monitorem lub obok niego pojawi się mocne źródło światła. QD-OLED ma bowiem charakterystyczną tendencję do podnoszenia poziomu czerni i nadawania powierzchni ekranu fioletowo-różowego odcienia pod wpływem mocnego oświetlenia. Nie jest to kwestia tego, że sam piksel nagle przestaje umieć wyświetlać czerń. Światło otoczenia oddziałuje na warstwę panelu i czarna powierzchnia zaczyna wyglądać mniej czarno. Efekt jest dobrze znany z QD-OLED-ów i występuje również w MO27Q2A.

Warto o tym wiedzieć. Jeśli bowiem gracie wieczorem albo macie możliwość kontrolowania światła w pokoju, to ten problem praktycznie przestaje istnieć i QD-OLED pokazuje pełnię swoich możliwości. Jeśli natomiast monitor ma stać naprzeciwko wielkiego okna i przez pół dnia padać na niego mocne światło, to np. taki WOLED może okazać się lepszym wyborem właśnie pod względem zachowania. Jednak umówmy się – jest to bolączka OLED-owych monitorów od dawna, bo sama błyszcząca powierzchnia również oznacza odbicia. Warstwa antyrefleksyjna pomaga, ale cudów nie robi i przy bezpośrednim świetle nadal zobaczymy na ekranie otoczenie.

Kolory robią bardzo dobre pierwsze wrażenie, czasami aż za dobre

Drugim elementem, który bardzo szybko zdradza QD-OLED-a, są kolory. Pokrycie 99% palety DCI-P3 i 10-bitowa reprodukcja kolorów oznaczają bardzo szeroki gamut, a technologia Quantum Dot pozwala zachować wysokie nasycenie szczególnie przy jasnych barwach.

W grach wygląda to świetnie. Zieleń roślinności, czerwienie, światła neonowe czy efekty cząsteczkowe potrafią wyglądać znacznie intensywniej niż na klasycznym IPS-ie. Problem w tym, że natywny gamut jest szerszy niż sRGB, a ogromna część zwykłej zawartości Windowsa nadal powstaje właśnie z myślą o sRGB. Jeśli więc korzystamy z pełnej przestrzeni barw, to część treści może wyglądać po prostu na przesadnie nasyconą, ale na szczęście monitor ma odpowiednie profile. W SDR do zwykłej pracy rozsądnie jest korzystać z ograniczonego gamutu lub prawidłowego zarządzania kolorem, a pełne możliwości zostawić materiałom, które rzeczywiście zostały pod nie przygotowane.

W trybie Standard Gigabyte MO27Q2A wypada bardzo dobrze już bez dodatkowej kalibracji. Kolorymetr Spyder zmierzył 100% sRGB, 95% Adobe RGB i 98% DCI-P3, a gamma trafiła praktycznie idealnie w 2,2. Punkt bieli utrzymywał się w okolicach 6100 K, więc obraz jest lekko cieplejszy od referencyjnego D65, ale największe wrażenie robi dokładność kolorów – średni błąd Delta E wyniósł zaledwie 0,56, przy maksimum 1,08. Maksymalna jasność sięgnęła 258,5 cd/m², a równomierność luminancji i barw była bardzo dobra, z różnicami luminancji rzędu 1%.

Tryb sRGB skutecznie ogranicza gamut, ale paradoksalnie wypada nieco słabiej pod względem precyzji. Spyder pokazał 96% sRGB, 71% Adobe RGB i 75% DCI-P3, przy zachowaniu bardzo dobrej gammy 2,2. Punkt bieli przesunął się jednak jeszcze bardziej w cieplejszą stronę, do około 5800-5900 K, a średni Delta E wzrósł do 1,10, z pojedynczym maksimum 4,17. W praktyce Standard okazał się więc najlepiej skalibrowanym fabrycznym profilem, a sRGB ma sens głównie wtedy, gdy chcemy świadomie ograniczyć nasycenie zwykłych treści SDR.

HDR, który ma sens?

W przypadku HDR obecnym w MO27Q2A musimy zwrócić uwagę zarówno na obecność DisplayHDR True Black 400, jak i HDR Peak 1000. To drugie określenie mówi, że monitor potrafi według producenta osiągnąć 1000 cd/m² przy 3-procentowym APL, podczas gdy przy pełnym białym ekranie typowa jasność spada do około 250 cd/m². Nie oznacza to, że coś jest nie tak. OLED po prostu nie utrzymuje takiej samej luminancji dla małego refleksu światła i całego białego ekranu. Im większa jasna powierzchnia, tym mocniej do gry wchodzi ograniczanie jasności.

Właśnie dlatego HDR najlepiej wypada przy treściach wykorzystujących punktowe źródła światła. Reflektor samochodu, słońce przebijające się przez ciemną scenę, eksplozja czy neon mogą być bardzo jasne, podczas gdy reszta obrazu pozostaje idealnie czarna. Subiektywny kontrast jest dzięki temu ogromny i to nawet jeśli monitor nie jest w stanie świecić z tysiącem nitów na całej powierzchni.

HDR Peak 1000 nie zawsze musi jednak być najlepszą opcją. Standardowy tryb HDR jest mniej efektowny pod względem maksymalnej jasności, ale potrafi zachować spokojniejszą charakterystykę tonalną i więcej szczegółów w części scen. Dlatego sam nie traktowałbym Peak 1000 jako ustawienia, które koniecznie trzeba włączyć i już nigdy nie dotykać menu. W zależności od gry oba tryby mają swoje zastosowanie i po prostu samodzielnie musimy zdecydować, jaki efekt wolimy bardziej. 

Konsola również dobrze pasuje do MO27Q2A

Dwa HDMI 2.1 sprawiają, że MO27Q2A nie jest monitorem zaprojektowanym wyłącznie pod komputer. PlayStation 5 i Xbox Series X mogą wykorzystać 120 Hz, HDR i VRR, a monitor potrafi również pracować z sygnałem 4K i przeskalować go do swojej natywnej rozdzielczości 2560 x 1440. 280 Hz na konsoli oczywiście pozostaje niewykorzystane, ale nie widzę w tym żadnego problemu. Dostajemy świetny kontrast, bardzo szybki panel, HDMI 2.1 i 120 Hz, czyli praktycznie wszystko, czego potrzebuję od monitora pod współczesną konsolę. 

Pobór energii mocno zależy od tego, co znajduje się na ekranie

Gigabyte deklaruje typowy pobór energii na poziomie 35 W, ale musimy pamiętać, że ten parametr bardzo mocno zależy od ustawień monitora oraz wyświetlanych treści. W ustawieniu “energooszczędnym” i codziennej pracy odnotowałem zużycie na poziomie około 20 watów z okazjonalnymi skokami w rejony 30 watów. Podczas grania zaś przy najwyższym poziomie odświeżania oraz jasności trzeba się już nastawić na okolice 30-50 watów zależnie od gry i scenerii. Maksymalny pobór wyniósł z kolei około 70 watów przy całkowicie białym ekranie, który naturalnie należy do rzadkości.

Gigabyte MO27Q2A nie jest monitorem idealnym

Najbardziej oczywista wada Gigabyte MO27Q2A obejmuje ryzyko wypalenia. AI OLED Care, pasywne chłodzenie i dobra gwarancja sprawiają, że martwię się nim znacznie mniej niż kilka lat temu, ale nadal nie oznacza to, że panel tego typu nagle stał się niezniszczalny. Jeśli monitor ma codziennie przez wiele godzin wyświetlać dokładnie ten sam pasek narzędzi, HUD czy interfejs aplikacji, to monitor z matrycą IPS nadal jest rozwiązaniem idealnym. Zwłaszcza do pracy z tekstem czy w dobrze oświetlonych pomieszczeniach bez względu na źródło tegoż światła.

Drugim problemem jest wysoka refleksyjność panelu oraz jego zachowanie czerni w mocnym świetle. Jest to wprawdzie cecha całej technologii QD-OLED, ale nie zmienia faktu, że podczas jasnego dnia panel może nas po prostu denerwować. Trzecią kwestią, którą na miejscu producenta bym poprawił, to zaawansowanie USB-C w zakresie Power Delivery, bo 18 watów w dzisiejszych czasach to zbyt mało, aby podładować laptopa przy ciągłej pracy na nim. 

Jednak żadna z tych wad nie uderza bezpośrednio w największą zaletę MO27Q2A – jakość wyświetlacza oraz szybkość obrazu podczas grania, a to jest przecież najważniejsze.

Test Gigabyte MO27Q2A – podsumowanie

Właśnie tutaj wracamy do monitora, od którego rozpocząłem ten test. Gigabyte M27Q2 QD kosztuje obecnie około 899 zł, podczas gdy MO27Q2A można kupić za około 1699 zł. Mówimy więc o dopłacie rzędu 800 zł i podwojeniu ceny, ale nie oznacza to wcale, że MO27Q2A jest drogim OLED-em na tle całego rynku. Wręcz przeciwnie, 1699 zł plasuje go obecnie bliżej dolnej części segmentu 27-calowych monitorów OLED QHD niż jego górnej granicy.

Bezpośrednia konkurencja bardzo dobrze to pokazuje. AOC AGON PRO AG276QZD2 z panelem QD-OLED i odświeżaniem 240 Hz kosztuje około 1799 zł, MSI MAG 272QP QD-OLED X24 również obraca się w okolicach 1699 zł, a prostszy Gigabyte GO27Q24A 240 Hz schodzi do około 1479 zł. Z drugiej strony iiyama G-Master GOB2701QSC-B1 z 280-hercowym WOLED-em kosztuje standardowo około 1999 zł, choć podczas promocji potrafi spaść nawet do 1499 zł. Jeszcze wyżej zaczynają się modele nastawione mocniej na e-sport: 360-hercowy Samsung Odyssey OLED G6 kosztuje około 2299 zł, a 480-hercowy LG UltraGear 27GX790A-B już około 2899 zł. Ceny OLED-ów potrafią jednak zmieniać się bardzo szybko wraz z promocjami, więc różnice rzędu kilkuset złotych nie są tutaj czymś stałym.

Na tym tle MO27Q2A wypada bardzo ciekawie, bo nie próbuje wygrywać samą niską ceną. Tańsze OLED-y QHD już istnieją, ale często kończą się na 240 Hz albo rezygnują z części wyposażenia. Tutaj za 1699 zł dostajemy 280 Hz, HDMI 2.1, USB-C, KVM, głośniki, pełną ergonomię podstawy, rozbudowane OLED Care, OLED VRR Anti-Flicker oraz Ultra Clear. Największym sprzętowym niedosytem pozostaje właściwie tylko bardzo słabe 18-watowe Power Delivery przez USB-C. Najwięcej płacimy za idealną czerń, ekstremalny kontrast, znacznie szybsze przejścia pikseli, HDR, który rzeczywiście potrafi zrobić wrażenie, bardzo szeroki gamut oraz obraz, który szczególnie w ciemniejszych grach wygląda zwyczajnie o klasę lepiej. Nie muszę włączać licznika FPS ani stawiać monitorów obok siebie, żeby tę różnicę zauważyć.

Jednocześnie wspomniany M27Q2 QD pozostaje znacznie bardziej racjonalnym zakupem dla osoby, która chce przede wszystkim dobrego monitora QHD i nie zamierza wydawać niemal 1700 zł. IPS nie wymaga myślenia o wypaleniu, zachowuje stabilną jasność na białych ekranach, nie dręczy go aż tak jasne pomieszczenie oraz refleksy, a do tego kosztuje niemal połowę tego, co MO27Q2A. W swojej cenie nadal jest więc świetnym monitorem.

MO27Q2A zaczyna mieć sens wtedy, kiedy jesteście gotowi zapłacić właśnie za jakość obrazu i szybkość OLED-a. Co ważne, nie płacimy tutaj szczególnej “premii za markę”, bo cena jest porównywalna z najtańszymi sensownymi 27-calowymi QD-OLED-ami 240 Hz, a jednocześnie wyraźnie niższa od wielu konstrukcji 280, 360 czy 480 Hz. Przy około 1699 zł Gigabyte trafia więc w bardzo ciekawy punkt rynku – jeszcze nie w absolutne minimum cenowe, ale zdecydowanie poniżej poziomu, na którym OLED zaczyna być produktem wyłącznie dla entuzjastów.

Jeśli więc szukacie po prostu dobrego 27-calowego QHD do wszystkiego, to tańszy M27Q2 QD nadal broni się świetnie. Jeśli natomiast gry są priorytetem, macie możliwość kontrolowania oświetlenia w pokoju i chcecie zobaczyć realny skok jakości obrazu, to testowany MO27Q2A przy obecnej cenie jest jednym z najbardziej interesujących punktów wejścia w 27-calowe OLED-y QHD.

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.