Mały bezzałogowiec latający można próbować zestrzelić salwą taniej amunicji, zagłuszyć albo potraktować znacznie tańszym efektorem. Sęk w tym, że większe maszyny operujące dalej od linii frontu stawiają przed obroną zupełnie inny problem. Trzeba dosięgnąć ich odpowiednio wcześnie, zanim same znajdą się w dogodnej pozycji do rozpoznania lub ataku. Amerykanie doszli najwyraźniej do wniosku, że w takim scenariuszu modernizacji wymaga nawet sposób, w jaki rakieta wykorzystuje swoje wnętrze.
Większego zasięgu nie da się wyczarować z powietrza. Chyba że dosłownie
Northrop Grumman otrzymał kontrakt o wartości 18,8 mln dolarów, czyli około 72,4 mln zł, od Centrum Lotnictwa i Rakiet Dowództwa Rozwoju Zdolności Bojowych Armii USA. Firma ma opracować i zintegrować napęd typu ramjet na paliwo stałe z prototypami pocisku XRC, który to jest przeznaczony do zwalczania bezzałogowców na większym dystansie. Na pierwszy rzut oka można więc powiedzieć, że Amerykanie po prostu chcą rakiety latającej dalej. Problem w tym, że przy zachowaniu podobnych gabarytów nie wystarczy dosypać paliwa do większego zbiornika, bo na ten zbiornik trzeba najpierw znaleźć miejsce.
Czytaj też: Przyszłość wojny właśnie dostała nogi. Armia USA wybrała robota-żołnierza do najgorszych misji

Typowy silnik rakietowy na paliwo stałe zabiera ze sobą zarówno paliwo, jak i utleniacz niezbędny do jego spalania. Rakieta może dzięki temu działać niezależnie od atmosfery, ale płaci za to objętością i masą. Ramjet podchodzi do sprawy inaczej. Podczas lotu zasysa powietrze z zewnątrz i wykorzystuje zawarty w nim tlen, więc część przestrzeni zajmowanej normalnie przez utleniacz można przeznaczyć na dodatkowe paliwo. W niewielkim pocisku każdy taki kawałek wolnego miejsca ma ogromne znaczenie.

Nie oznacza to jednak, że ktoś po prostu wyciągnie ze Stingera stary silnik i wsunie w jego miejsce nowy. Ramjet potrzebuje dopływu powietrza, odpowiednio zaprojektowanego kanału dolotowego i warunków, w których spalanie będzie stabilne przy bardzo dużej prędkości. Sam pocisk trzeba też najpierw rozpędzić, zanim silnik strumieniowy zacznie działać tak, jak powinien. Dlatego właśnie tytułowe określenie “przebudowa rakiety od środka” nie jest tutaj przesadą.
Drony zaczęły uciekać poza wygodną strefę rażenia
XRC ma być rozwijany z myślą o systemie M-SHORAD, czyli mobilnej obronie przeciwlotniczej towarzyszącej wojskom lądowym. Kluczowy jest przy tym jeszcze jeden szczegół – zgodność z wyrzutnią Stinger Vehicle Universal Launcher i moim zdaniem właśnie tutaj cały projekt robi się znacznie ciekawszy. Amerykanie nie chcą budować kompletnie nowej platformy tylko dlatego, że potrzebują pocisku o lepszych osiągach. Znacznie wygodniej byłoby zachować wyrzutnie, pojazdy, systemy dowodzenia i całą logistykę, a zmienić przede wszystkim efektor znajdujący się w środku. Tyle że jeśli pocisk nadal ma mieścić się w określonych ograniczeniach gabarytowych, to sama droga do większego zasięgu staje się znacznie trudniejsza.
Czytaj też: Przez dekady robiliśmy to inaczej. Mały ZPOD może zmienić silniki wojskowych dronów

Stinger powstał przecież w innych realiach. Dziś system przeciwlotniczy może mieć bowiem przed sobą nie tylko śmigłowiec albo samolot lecący na małej wysokości, ale całą rodzinę bezzałogowców. Część z nich podejdzie bardzo blisko. Inne mogą prowadzić rozpoznanie lub używać uzbrojenia z dystansu, na którym klasyczny efektor bardzo krótkiego zasięgu zaczyna być zwyczajnie ograniczeniem. Jeśli więc celem jest zniszczenie ich wcześniej, to po prostu trzeba przesunąć granicę przechwycenia.

Większy zasięg nadal nie rozwiązuje najważniejszego problemu wojny z dronami
Największym problemem współczesnej obrony przeciw dronom pozostaje ekonomia. Wystrzelenie zaawansowanego pocisku do taniego quadcoptera będzie kiepskim interesem niezależnie od tego, jak świetny napęd znajdzie się w jego wnętrzu. Właśnie dlatego rozwój systemów przeciwdronowych (C-UAS) idzie dziś równolegle w wielu kierunkach. Mamy klasyczne rakiety, armaty automatyczne, kierowaną amunicję, zagłuszanie, broń mikrofalową oraz lasery.
Czytaj też: Nowa broń jądrowa. USA wracają do projektowania Niszczyciela Światów po niemal 40 latach

Widać to m.in. przy broni mikrofalowej Leonidas, której sens polega właśnie na możliwości zwalczania większej liczby tanich celów bez wystrzeliwania kolejnych drogich pocisków. Z kolei sam Northrop rozwija Raid Hunter, czyli rozwiązanie wykorzystujące armatę Chain Gun kalibru 50 mm oraz kierowaną amunicję do odpierania masowych i mieszanych nalotów. Taka warstwowa obrona wydaje mi się znacznie ważniejsza niż poszukiwanie jednego “zabójcy dronów”.

Mały i tani cel? Niech zajmie się nim tańszy efektor. Rój? Tutaj sens mogą mieć systemy elektroniczne, mikrofalowe albo broń o dużej szybkostrzelności. Większy bezzałogowiec operujący na dalszym dystansie? Właśnie dla niego potrzebna jest rakieta pokroju XRC.
Drony zmieniają dziś nawet silniki rakiet
Northrop ma teraz przejść przez szeroki program prób naziemnych i lotniczych, więc do gotowego uzbrojenia nadal jest daleka droga. Testy mają sprawdzić zarówno sam projekt, jak i możliwość jego późniejszej produkcji w większej skali. Nie znamy też finalnego zasięgu XRC, osiąganej prędkości ani ceny pojedynczego pocisku, a bez tych informacji trudno mówić o tym, jak dużym skokiem względem Stingera rzeczywiście będzie nowe rozwiązanie.
Źródła: Northrop Grumman, Interesting Engineering, Armia USA

