Kiedy fregaty F125 powstawały, to ich nietypowa konstrukcja miała być wręcz dowodem nowoczesnego myślenia o wojnie morskiej. Ogromna autonomiczność, mała załoga, możliwość pozostawania daleko od portu przez bardzo długi czas i duży zapas miejsca pod wyposażenie przyszłości brzmiały bardzo rozsądnie. Okręt miał bowiem patrolować, wspierać operacje lądowe, przewozić zespoły abordażowe i miesiącami pozostawać na morzu. Wielka wojna rakietowa nie była jego głównym zadaniem. Tyle że historia wyjątkowo szybko wystawiła ten zakład na próbę.
7200 ton okrętu, a uzbrojenie z zupełnie innej kategorii wagowej
F125 trudno nazwać małymi fregatami. Mają one 149,5 metra długości i około 7200 ton wyporności, a ich radar TRS-3D/NR może śledzić ponad 1500 celów i obserwować przestrzeń z odległości przekraczającej 250 km. Jednocześnie podstawowa załoga liczy zaledwie 126 osób, bo cały typ został podporządkowany długotrwałym misjom stabilizacyjnym i intensywnej eksploatacji daleko od Niemiec. Problem zaczyna się jednak przy uzbrojeniu.
Czytaj też: Granica między dronem i pociskiem rakietowym właśnie zaczyna znikać

Te niemieckie okręty otrzymały działo kalibru 127 mm, osiem pocisków przeciwokrętowych Harpoon, lżejsze uzbrojenie oraz dwa zestawy RIM-116 RAM do obrony bezpośredniej. Nie dostały za to klasycznego systemu pionowych wyrzutni dla rakiet średniego i dalekiego zasięgu, torped ani typowego sonaru kadłubowego do zwalczania okrętów podwodnych. Tymczasem mniejsze, bo 5800-tonowe fregaty F124 Sachsen mają Mk41 VLS z pociskami ESSM i SM-2, sonar oraz torpedy MU90.
Morze Czerwone pokazało Niemcom problem w najbardziej bolesny sposób
Symboliczny moment nastąpił pod koniec 2024 roku, kiedy to okręt Baden-Württemberg wracał wtedy z wielomiesięcznej wyprawy po Indo-Pacyfiku razem z zaopatrzeniowcem Frankfurt am Main. Najkrótsza droga prowadziła przez Morze Czerwone i Kanał Sueski, ale w regionie trwały ataki Hutich wykorzystujących między innymi drony oraz pociski przeciwokrętowe. Niemcy skierowali więc oba okręty dookoła Afryki. Ministerstwo Obrony potwierdziło wówczas, że jednym z powodów były właśnie możliwości obrony powietrznej F125, które nie pozwalały fregacie zapewnić wystarczającej osłony również towarzyszącemu jej zaopatrzeniowcowi.

Właśnie wtedy problem F125 przestał być ciekawostką, bo to Niemcy mieli wielką, nowoczesną i kosztowną fregatę, która wykonywała podróż dookoła świata, ale musiała ominąć jeden z najważniejszych szlaków morskich właśnie przez rodzaj zagrożenia, który staje się coraz bardziej powszechny. Podobny trend było widać zresztą przy planowanej wymianie niemieckich dział okrętowych na systemy kalibru 30 mm lepiej przystosowane do zwalczania dronów. Okręty projektowane jeszcze pod inne realia są dziś pośpiesznie dostosowywane do świata, w którym niewielki bezzałogowiec może zmusić fregatę do użycia wielokrotnie droższej amunicji.
32 pociski IRIS-T SLM zmienią F125
Niemcy wreszcie przechodzą więc od eksperymentów do konkretów. 23 września 2026 roku komisja budżetowa Bundestagu zatwierdziła program dostosowania IRIS-T SLM do F125, a 2 października Diehl Defence oraz BAAINBw poinformowały o podpisaniu kontraktu dotyczącego dalszego rozwoju, budowy prototypów i strzelań testowych. Mówimy więc jeszcze o procesie integracji, a nie czterech gotowych, przezbrojonych fregatach.
Czytaj też: Elektrownia nad naszymi głowami. Wojsko USA chce odbierać energię prosto z orbity

Docelowo każdy okręt ma dostać dwa 16-komorowe zespoły startowe oraz łącznie 32 pociski IRIS-T SLM. Ten system może zwalczać cele z odległości około 40 km i na wysokości do 20 km, więc oto niemieckie fregaty otrzymają zupełnie nową warstwę obrony pomiędzy bardzo krótkim zasięgiem RAM a osłoną zapewnianą przez bardziej wyspecjalizowane fregaty przeciwlotnicze.
Samo dorzucenie 32 IRIS-T SLM nie zamieni F125 w pływającą twierdzę przeciwlotniczą. Okręt nadal nie będzie odpowiednikiem fregat F124 z pociskami SM-2, nie dostanie nagle pełnoprawnych możliwości zwalczania okrętów podwodnych i nie stanie się jednostką przeznaczoną do obrony całych zespołów okrętów. Zmiana jest jednak ogromna, bo wreszcie pozwoli fregacie wykorzystać jej czujniki do czegoś więcej niż obserwowania zagrożenia z dystansu, z którego sama nie może jeszcze odpowiedzieć.
Czytaj też: Fałszywy raport AI poruszył wojsko. To już nie jest zabawna halucynacja chatbota

Przy okazji jest to bardzo ciekawy przykład nowego podejścia do modernizacji wojska, bo zamiast przebudowywać cały okręt pod klasyczny Mk41 VLS, Niemcy biorą w tym przypadku sprawdzony system lądowy i dostosowują go do warunków morskich. Podobne myślenie widać dziś w niemieckiej obronie powietrznej, która coraz mocniej opiera się na łączeniu rozproszonych sensorów i efektorów, a także w rozwijaniu laserowej broni dla marynarki. Paradoksalnie właśnie tutaj ogromny kadłub F125 może wreszcie zacząć działać na korzyść Niemców. Przestrzeń, zapas energii i rozbudowana elektronika, które przez lata wyglądały trochę jak niewykorzystany potencjał 7200-tonowego kolosa, teraz ułatwiają jego dostosowanie do wojny rakietowej i dronowej.
Źródła: Diehl Defence, Bundeswehr, The War Zone

