Nintendo przenosi otwarty świat na swoją strategię. Recenzja Fire Emblem: Fortune’s Weave

Fire Emblem to seria, która miała zniknąć i już nie wrócić. Tak było w 2012 roku, kiedy w ramach pożegnania, Intelligent Systems poszli na całość i stworzyli swoją ostatnią grę z serii na Nintendo 3DSa. Minęło 14 lat i wciąż jesteśmy niesieni na fali ogromnej popularności tamtej gry, która odwróciła losy strategii Nintendo. Fortune’s Weave to kolejny etap rozwoju serii i pierwsza gra na Nintendo Switch 2, jest dobrze z obietnicą jeszcze lepszej przyszłości.
Nintendo przenosi otwarty świat na swoją strategię. Recenzja Fire Emblem: Fortune’s Weave

Już na wstępie mogę z radością zakomunikować, że twórcy wyznaczyli serii nowy kierunek. Jedne elementy zostały zrobione lepiej niż drugie, lecz na każdym kroku czuć ogrom doświadczenia i zrozumienie konieczności rozwinięcia serii jeszcze bardziej, niż zrobiło to wcześniej Path of Radiance, Awakening i Three Houses. Doświadczenie zdobyty z Engage też nie poszło na marne, czego dowodem jest ta swoiste podsumowanie pierwszej generacji Switcha, skrystalizowane w storytellingu, nostalgii i uwspółcześnieniu Fire Emblem.

Fire Emblem: Fortune’s Weave otwiera nową erę serii i pokazuje, że Nintendo nie pracuje w bańce

Wygląda na to, że Nintendo opanowało do perfekcji sztukę tworzenia gier o otwartej, wyzwalającej strukturze i to wciąż we własnym stylu. The Legend of Zelda: Breath of the Wild całkowicie wywróciło do góry nogami to, czym mogła być seria Zelda, dając nam pełną swobodę w eksploracji każdego zakątka mapy, a tę filozofię genialnie rozszerzono o tworzenie przedmiotów w Tears of the Kingdom, zaś na Switchu 2 zaczęto przenosić ten element na kolejne tytuły.

I to nie byle jakie, bo flagowe marki, które objawiły się w postaci Mario Kart World oraz Donkey Kong Bananza, a teraz teraz Nintendo stawia kolejny krok i pokazuje, że tę myśl swobody można zastosować także w strategii. Co prawda jest to swego rodzaju konkluzja doświadczenia zdobytego przy dwóch poprzednich tytułach serii zrobionych na pierwszego Switcha, lecz niemniej istotna.

Czytaj też: Nintendo przestaje udawać, że Polski nie ma. Nowa funkcja zmienia wszystko dla graczy!

W najnowszej odsłonie serii Fire Emblem: Fortune’s Weave da się odczuć, że to początek kolejnego etapu rozwoju. Pokazuje, że Nintendo, a właściwie Intelligent Systems, nie są zamknięci we własnej bańce i wiedzą co się dzieje u konkurencji oraz że oni również są fanami tego, co robią inne studia gamingowe. Fortune’s Weave nie jest perfekcyjną grą, ma jeszcze sporo do doszlifowania, lecz jest tak dobrze, że nie mogłem się powstrzymać od pochwał już na początku.

Protagoniści znów są najmocniejszą stroną serii. Intelligent Systems po prostu potrafi tworzyć bohaterów, na którym nam zależy

Three Houses dało nam troje bohaterów, których na przestrzeni 4 różnych ścieżek poznajemy, jak własną dłoń. Zbliżamy się nie tylko do nich, lecz do ich popleczników, przez co nawet niezbyt oryginalna fabuła, staje się bardzo angażująca. Tutaj ten element powraca, ale z poprawkami zwiększającymi uczucie powagi sytuacji.

Struktura Fortune’s Weave jest wręcz głównym powodem, dla którego gra daje tak ogromne poczucie swobody. Zamiast zamykać nas w jednej, sztywnej ścieżce narracyjnej, tytuł zaprojektowano tak, aby przeżyć wiele połączonych ze sobą historii podczas jednego wielkiego podejścia podzielonego na etapy.

Otrzymujemy tu cztery główne wątki bohaterów (Caia, Dietricha, Theodory oraz Ledy) oraz finałowy, trzeci akt, który spina wszystkie wątki w jedną spójną całość. Daje to mnóstwo okazji, by spersonalizować swoje podejście do rozgrywki i opanować zawrotną liczbę mechanik oraz optymalizacji drużyny. Od niemal samego początku możemy płynnie przeskakiwać między ścieżkami tak zwanych Flame Lordów.

Co więcej, statystyki postaci używanych na różnych ścieżkach można ze sobą łączyć, tworząc pod koniec gry maszyny do pokonywania przeciwników. Systemy są niezwykle głębokie, ale gra daje pełną elastyczność w dostosowywaniu ich pod własne preferencje. Muszę jednak przyznać, że takie przeskakiwanie sprawiło, że czasami traciłem pęd, ale to na własne życzenie.

Całość jest wyraźnie podzielona na kilka głównych etapów. Wszystko zaczyna się od zwięzłego prologu, który przedstawia nam głównego protagonistę (nas) oraz nadrzędną misję ocalenia krainy przed starożytnym demonem Balorem. Pojawia się też rodzaj broni, który wieloletnich fanów na pewno zaskoczy i pojazdu, który sprawił… Ogólnie wejściówka sprawi, że wiele osób podniesie w szoku brwi, jeżeli nie oglądały za wiele materiałów przed premierą.

W każdym razie, aby zyskać szansę w tym starciu, musimy zrekrutować czwórkę legendarnych bohaterów z przeszłości, przeżywając ich osobiste historie w dwóch pierwszych aktach. Część pierwsza skupia się na wybranym bohaterze biorącym udział w wielkich Heroic Games w stolicy Imperium — Dagsion. Część druga przenosi naszą skompletowaną ekipę prosto na front wyniszczającej wojny. Po ukończeniu ścieżki danego bohatera możemy przenieść jego wraz z zebranymi sojusznikami do aktu trzeciego, gdzie właściwy protagonista staje na czele połączonych sił w walce z uwolnionym złem.

Części pierwsza oraz trzecia pozostawiają graczowi ogromne pole do popisu pod kątem trenowania postaci i budowania optymalnego składu. Rozgrywka szybko wpada w bardzo przyjemny, wręcz hipnotyzujący rytm. Dzielimy czas między kluczowe starcia fabularne, bieganie po ulicach Dagsion w celu przygotowania do kolejnych walk, rekrutację sojuszników oraz wyprawy poza mury miasta, by zbierać surowce i walczyć w mniejszych potyczkach.

System kalendarza nieubłaganie odlicza dni do kolejnego wydarzenia fabularnego, ale to od nas zależy, jak zagospodarujemy dostępny czas. Bardzo szybko wszedłem w relaksujący schemat: przez jeden wirtualny tydzień eksplorowałem zakamarki kontynentu Dagda, po czym wracałem do Dagsion na tygodniowe aktywności, znane z ostatni gier Fire Emblem, jak szlifowanie umiejętności w Arenie, odwiedzanie świątyń po błogosławieństwa czy wspólne posiłki z mieszkańcami i potencjalnymi rekrutami, by budować relacje. Potem ponownie ruszałem w teren, aby wykonywać zadania poboczne i wbijać kolejne poziomy doświadczenia.

Dla kontrastu, część druga jest niemal całkowicie skrojona pod samą walkę — rzuca nas z jednej potężnej bitwy w drugą, ograniczając przygotowania do absolutnego minimum. O ile przyzwyczajeni do serii Fire Emblem gracze prawdopodobnie się nawet ucieszą, tak nowicjuszy może to zaskoczyć. Dla mnie było wręcz przyjemne, bo przyznam, że w pierwszym akcie odczuwałem tęsknotę za strategicznymi walkami i chciałem ich więcej.

Kalendarz i nowe podziemia, to inspiracja, która zaskakująco dobrze wpasowała się w Fire Emblem

To, co uderzyło mnie niemal natychmiast podczas poznawania nowych mechanik i sposobu eksploracji, to wyraźny nacisk na elementy, które fani gier RPG bez trudu skojarzą z serią Persona. Przeplatanie taktycznych walk zarządzaniem czasem, harmonogramem tygodnia oraz budowaniem więzi z towarzyszami sprawdza się tu nadspodziewanie dobrze.

Szczególnie w parze z nowością, czyli zwiedzaniem lochów, gdzie za rogami czają się albo przeciwnicy albo skarby. Walka wygląda tam odmiennie, zupełnie jak we wspomnianych Personach. Nasza grupa i atakujących stają naprzeciwko siebie i walczą na tury. Zupełnie jakbyśmy wrócili do SMT #FE z Nintendo WiiU, czyli collabu, w którym twórcy z Atlusa (Persona, Shin Megami Tensei) wykorzystywali bohaterów z Fire Emblema do wspólnej walki. Niestety są to bardzo łatwe walki, pozbawione niuansów i wymagają dopracowania. Niemniej, mam nadzieję, że nie odejdą, bo był to niesłychanie ciekawy sposób na zmianę flow Fortune’s Weave.

Biorąc pod uwagę, jak ogromny nacisk twórcy położyli na zarysowanie historii osobistych i unikalnych osobowości naszych towarzyszy, taka struktura ma też głęboki sens. Budowanie relacji przy posiłkach czy wręczanie podarunków stało się kluczowym elementem rekrutacji i rozwoju naszej armii.

Pewne rzeczy są najlepsze niezmienione

Główne starcia na mapach to oczywiście klasyka, z której słynie Fire Emblem, klasyczna, turowa taktyka na siatce pól. Dobieramy jednostki, planujemy ich pozycjonowanie i decydujemy, czy w danej turze lepiej wyprowadzić agresywny atak, użyć specjalnych umiejętności Blaze Arts, czy może wesprzeć drużynę czarami leczącymi.

Różnorodność klas postaci jest kluczowa, choćby kogokolwiek kusiła wizja wystawienia armii złożonej wyłącznie z jednostek latających, zderzenie z grupą wrogich łuczników skończyłoby się dla błyskawiczną rzezią. Misje regularnie urozmaicane są dodatkowymi celami, takimi jak pościg za uciekającymi złodziejami w trakcie walki z potężnymi bestiami. Na standardowym poziomie trudności i bez trwałej śmierci jednostek gra nie stawia wyzwań niemożliwych do pokonania, a w razie popełnienia błędu z pomocą przychodzi mechanika cofania czasu.

Jak wspominałem powyżej, trzeba jednak uczciwie przyznać, że tempo gry bywa nierówne. Przez pierwszą część rozgrywki można wręcz odczuć pewien niedosyt starć stricte taktycznych na rzecz długich przygotowań i eksploracji. Balans potrafi tu delikatnie się rozstrajać, co w moim przypadku wynikało w dużej mierze z tego, że chciałem przetestować każdą możliwą ścieżkę i regularnie zmieniałem postaci pomiędzy czterema Flame Lordami.

Ukończenie każdej ze ścieżek, to duża praca, lecz wszystko to przygotowuje graczy do momentu kulminacyjnego. Każda poświęcona minuta i długie godziny, budują uczucie motywujące do wykorzystania wszystkich sił podczas ostatecznej bitwy.

Trzeci akt rzuca graczowi zupełnie nowe wyzwanie organizacyjne i zamiast przemierzać mapę jedną drużyną, musimy równolegle zarządzać wieloma oddziałami na raz. Początkowo ten skok skali potrafi przytłoczyć, ale gdy tylko opanuje się równoczesne wysyłanie oddziałów w różne zakątki kontynentu Dagda, na pewno każdy poczuje niesamowitą satysfakcję z płynnego czyszczenia mapy i niszczenia sił wroga.

Działa i wygląda o wiele lepiej niże kiedykolwiek, lecz otoczenie na Switchu 2, sprawia że czuć niedosyt

Wizualnie i technicznie Fortune’s Weave to bez wątpienia ogromny krok naprzód dla całej serii. Animacje postaci w trakcie walk są niezwykle dynamiczne i dopracowane, a oprawa muzyczna to arcydzieło – jak zawsze – orkiestrowe utwory idealnie budują podniosłą, epicką atmosferę. Gra na Switchu 2 wygląda świetnie, choć w głowie pojawia się pewien zgrzyt poznawczy, gdy uświadomimy sobie, że ta sama konsola mieści w swoim katalogu pozycje takie jak zremasterowany Wiedźmin 3 czy Cyberpunk 2077.

Wiem oczywiście, że to czepialstwo, nie mogę jednak niczego poradzić na uczucie niedosytu. Mimo że twórcy zrobili gigantyczny skok jakościowy, wciąż jest pole do poprawy, zwłaszcza w kwestii ożywienia postaci pobocznych. Mieszkańcy Dagsion wciąż wyglądają i zachowują się bardziej jak nieruchoma dekoracja niż prawdziwi obywatele tętniącej życiem stolicy. Odbiór ten potęguje fakt, że niedawno zagrywałem się w Metaphor: ReFantazio, które przy bardzo zbliżonym klimacie fantasy potrafiło znacznie przekonująco wykreować tętniący życiem świat i jego społeczność.

Czy warto kupić nowe Fire Emblem: Fortune’s Weave na Nintendo Switch 2?

Nie każda godzina z dziesiątek spędzonych przy tym tytule była jednakowo porywająca. Ze względu na strukturę gry w aktach pierwszym i drugim powtarzałem sporo tych samych zadań i tras eksploracyjnych. Czasami frustrowało mnie, że nowy system kalendarza, nie zostawia wystarczająco czasu na szkolenie jednostek, co można robić tylko w głównym mieście. Irytują też niewidzialne ściany lub te widzialne na mapie, ale bardzo “growe”, które nie przepuszczają mnie dalej, bo nie mam wystarczającej renomy. Tak samo nowe dungeony, też wymagają poprawek, dopracowania niuansów.

Mimo tego, tych powtarzalnych momentów i drobnostek, Fortune’s Weave całkowicie mnie pochłonęło. Pętla rozgrywki polegająca na rozwijaniu bohaterów, przygotowywaniu potężnych armii i realizowaniu misternych planów taktycznych jest niemal doskonała. Dotarcie do trzeciego aktu było dla mnie ogromną nagrodą za poświęcone wielu godzin i po prostu nie miałem tego dość.

Fire Emblem: Fortune’s Weave to doskonały dowód na to, jak skutecznie Nintendo potrafi adaptować ideę otwartości do swoich flagowych marek. Gra nie burzy fundamentów serii, lecz buduje na nich kolejne, niezwykle bogate warstwy strategii na uniwersum, które już przy Three Houses zaczęło odważnie przesuwać swoje własne granice. Fortune’s Weave sprawia wrażenie kulminacji wszystkiego, do czego marka Fire Emblem dążyła przez ostatnie lata i chociaż wymaga od gracza ogromnej inwestycji czasowej, odpłaca się przygodą, której nie sposób szybko zapomnieć.

Bartosz GabiśB
Napisane przez

Bartosz Gabiś

Redaktor
Od lat logistyk i project manager, który postanowił w pewnym momencie, że pora zmienić coś w życiu i warto odnowić marzenia z lat szkolnych. Tak zaczęła się moja przygoda z dziennikarstwem, którą udało się połączyć z pasją do technologii, a szczególnie z tą starą jak discmany, walkmany i telefony z klapką. Niestety takie sformułowanie zdania, uświadamia mi własny wiek, ale cóż! Takie jest właśnie życie i to w nim jest najciekawsze.