Sony A9 II to najwygodniejszy aparat jakiego używałem

Arkadiusz Dziermański Z-ca Redaktora Naczelnego

Przez ostatnie tygodnie miałem okazję używać aparatu Sony A9 II. Jeden z najbardziej zaawansowanych aparatów firmy okazał się najwygodniejszym, jakiego miałem okazję używać.

Specyfikacja Sony A9 II

  • wymiary ok 128,9 x 96,4 x 77,5mm, masa 678 gramów, obudowa uszczelniona,
  • pełnoklatkowa matryca CMOS, 24,2 Mpix,
  • procesor BIONZ X,
  • ISO 100 – 51200, rozszerzone 50 – 204800,
  • migawka mechaniczna 30 – 1/8000s, elektroniczna 30 – 1/32000s,
  • kompensacja ekspozycji +/- 5EV,
  • zdjęcia seryjne do 20 klatek/s (do 241 RAW i 362 JPEG), migawka mechaniczna do 10 klatek/s,
  • 5-osiowa stabilizacja obrazu,
  • hybrydowy autofocus, 693 pola AF z detekcją fazy,
  • 3-calowy ekran TFT, dotykowy, 1,44 mln pikseli,
  • wizjer OLED, 0,5 cala, powiększenie x0,78, 100% pokrycie kadru, 3,69 mln pikseli,
  • akumulator NP-FZ100, wydajność ok 500 zdjęć przy korzystaniu z wizjera, ładowanie przez USB-C,
  • cena: 21 849 zł.

Sony A9 II pokrętłami stoi

Na obudowie Sony A9 II dzieje się naprawdę dużo. Przycisków i pokręteł jest tu sporo. Pokręteł to nawet jeszcze więcej. I to właśnie głównie one odróżniają A9 II od A7 III. Poza tym z daleka oba aparaty można dosyć łatwo ze sobą pomylić.

Elementów kręcących się mamy na obudowie Sony A9 II aż siedem. Pierwsze pokrętło znajdziemy na gripie. Dalej, z prawej strony górnej części obudowy, mamy blokowane pokrętło zmiany ekspozycji, programowane pokrętło np. do zmiany czasu naświetlania czy wartości przysłony i blokowane koło wyboru trybu pracy. Z lewej znajdziemy, również blokowane, podwójne pokrętło – zmiany trybu fotografowania oraz działania autofocusu. Ostatnim obracanym elementem jest d-pad.

Resztę uzupełniają cztery programowalne przyciski, klawisz Fn, AF-ON oraz AEL. Wszystko to pozwala bardzo dobrze dopasować aparat do naszych potrzeb i skonfigurować go tak, że wszystkie najważniejsze skróty mamy pod zawsze pod ręką.

Sony A9 II jest kanciasty, ale dobrze leży w dłoni

Sony A9 II to bardzo dobry kompromis rozmiarowy. Jest mniejszy od topowych lustrzanek, a także bezlusterkowców Canona jak EOS R5. Jest przy tym większy od małych kompaktów typu Canon M50 i niewiele większy (głównie głębszy) od aparatów Olympusa i Fujufilm.

Kanciastość Sony nie każdemu przypada do gustu, ale osobiście jestem fanem tego typu kształtów. Szczególnie, że aparat dobrze leży w dłoni. Grip jest głęboki i zapewnia pewny chwyt. Nie ma problemów z fotografowaniem jedną ręką.

Z aparatu korzystałem sporo, bo ponad 1,5 miesiąca i chyba dzięki temu przyzwyczaiłem się już do guzika zwolnienia mocowania obiektywu obok gripu. Przestał mnie stresować, jak miało to miejsce w A7 III. Cała konstrukcja jest oczywiście wodoszczelna i odporna na czynniki zewnętrzne.

Konstrukcyjnie drażniła mnie za to jedna rzecz. Sony A9 II ma wbudowaną zasłonę matrycy. Ale za nic nie mogłem załapać jak działa. Raz się zamykała przy wyłączonym aparacie i zdjęciu obiektywu. Raz przy włączonym. Innym razem (głównie) wcale. Efekt był taki, że jeszcze na żadnej innej matrycy nie osadzały mi się drobinki kurzu jak na A9 II. I chociaż mocno tego pilnowałem, to często jakąś plamę z paprochu znajdowałem dopiero na zdjęciu.

Ekran ładny, ale mógłby się obracać. Menu Sony dalej nie lubię, ale…

A9 II jest jeszcze z tych aparatów Sony, w których nie ma obracanego ekranu. Szkoda, że Japończycy tak długo bronili się przed tym, jakby nie patrzeć bardzo wygodnym rozwiązaniem. Zamiast tego ekran jest wychylany i to w stosunkowo niewielkim zakresie w dół. Lepiej wygląda sytuacja przy wychyleniu w górę. Vlogowanie czy robienie sobie selfie bez dodatkowego ekranu odpada. Wyświetlacza nie można skierować do przodu.

Wyświetlacz jest dobrej jakości. Obraz jest jasny, kontrastowy i bardzo dobrze widoczny w każdych warunkach. Ale jeśli porównamy go z flagowymi aparatami konkurencji, to łatwo można dostrzec, że Sony jest krok za nimi. Ekran jest dotykowy i można używać go jak tocuhpada do ustawiania punktu, w którym chcemy ustawić ostrość. Ale już nie użyjemy go do poruszania się po Menu. Bardzo dobrze wypada wizjer. Obraz jest idealnie płynny i wysokiej jakości.

Z Menu Sony niezmiennie nie potrafię się dogadać. Odnalezienie konkretnej funkcji czasami potrafi trwać naprawdę sporo czasu, póki nie nauczymy się go na pamięć. Nie mniej sama obsługa aparatu, interfejsu, skrótów i taki ogólny (nienawidzę tego określenia…) feeling stoi na bardzo wysokim poziomie. Tak szybko i tak mocno przyzwyczaiłem się do tego aparatu, że czułem chwilę niepewności biorąc inne urządzenia do ręki.

Autofocus w Sony A9 II rozkłada na łopatki

Działanie autofocusu to zdecydowanie najwyższa półka. To jedna z wielu i zarazem jedna z największych zalet aparatu. Sony A9 II ostrzy błyskawicznie, a przy tym jest niemal bezbłędny. Bardzo mało było sytuacji, w których autofocus nie trafił w punkt, na którym chciałem mieć ustawioną ostrość. W końcu aparat jest kierowany w dużym stopniu do fotografów sportowych.

Ostrość można ustawiać bardzo precyzyjnie, co jest zasługą aż 693-polowego układu. Za pomocą bardzo dobrze działającego dżojstika można trafić w dosłownie malutki, konkretny punkt. Chyba jeszcze w żadnym aparacie nie korzystało mi się z niego tak wygodnie jak w Sony A9 II.

Fotografowanie Sony A9 II to czysta przyjemność

Przez cały okres użytkowania zrobiłem za pomocą Sony A9 II kilka tysięcy zdjęć. Ujęć, z których jestem bardzo zadowolony jest tyle, że gdybym chciał wstawić tu chociaż połowę z nich, moglibyście mieć problemy z prawidłowym załadowaniem strony.

To aparat z gatunku tych będących przedłużeniem oka. Widzisz coś, masz pomysł, robisz zdjęcie. To zasługa bardzo dobrej szybkości działania i ogólnej wygody fotografowania. A jak wyglądają zdjęcia? Krótko można powiedzieć, że bardzo dobrze.

Sony A9 II oferuje szeroką rozpiętość tonalną. Zdjęcia są bardzo kolorowe i bardzo podatne na obróbkę. Tak jak zawsze chwaliłem pod tym względem Canona, tak z RAW-ami Sony pracowało mi się równie dobrze. W przypadku zdjęć RAW możemy bez problemu fotografować do ISO 6400 bez obaw o szumy masakrujące jakość zdjęcia. W przypadku zdjęć JPG, algorytmy odszumiania są na tyle dobre, że możemy wyjść do ISO 12600.

Automatyczny balans bieli niestety słabo wypada przy ciepłym świetle żarowym. Choć w bezpośrednim porównaniu do Canona EOS R5, przy ustawieniach automatycznych i w tym samym miejscu, to właśnie Canon zrobił więcej przesadnie ciepłych zdjęć, które trudniej było później obrobić.

Bardzo dobrze spisuje się też stabilizacja obrazu. Bez większych problemów mogłem robić zdjęcia nocne z ręki przy czasie naświetlania rzędu nawet 1/4s. Miałem okazję robić też zdjęcia nocne z mocno rozbujanej łodzi. Tutaj co prawda nie było opcji, żeby utrzymać aparat stabilnie poniżej 1/40s, ale to i tak dobry wynik jak na warunki jakie miałem.

Sony A9 II jest na tyle dobry, że sprawdza się nawet w rękach kompletnego amatora. Podczas gdy robiłem zdjęcia na weselu znajomych za pomocą EOS-a R5, Sony dałem w ręce dziewczyny. To jej pierwszy raz z aparatem, więc ustawiliśmy na sztywno czas naświetlania 1/125s, automatyczne ISO do 6400 i automatyczną przysłonę. Dostała Sony 24-70mm F/2.8 GM i… wyszło to o niebo lepiej niż się spodziewaliśmy. Pomijając oczywiste błędy kadrowania, czy złe dobranie ogniskowej, wiele zdjęć wyszło bardzo dobrze, były ostre i można było je z dumą pokazać dalej.

Ładowanie z portu USB powinno być standardem

Akumulator Sony A9 II naładujemy przez port USB-C. Zarówno z sieci, jak i przy użyciu powerbanku. Dzięki temu możemy praktycznie fotografować bez przerwy. Dużym plusem jest też procentowy wskaźnik naładowania akumulatora widoczny na ekranie.

Aparat pozwala zrobić dużo zdjęć na pojedynczym ładowaniu. W trybie mieszanym (ekran+wizjer) można bez większego problemu przekroczyć nawet 700 zdjęć.

Z Sony A9 II przerobiłem kilka obiektywów. W niektórych się zakochałem, niektóre były niewypałem

Sony FE 50 mm f/1.8

Podstawowy obiektyw, kosztujący grosze na tle aparatu. Da się go złapać nawet za niewiele ponad 600 zł, używane nawet taniej. Ciekawostką jest to, że testowy obiektyw wyglądał jak wyjęty psu z gardła. Pierścień ostrości działał jak lekko zasypany piaskiem, obudowa była w nie najlepszym stanie (co widać na zdjęciach i pewnie Sony mnie za pokazanie tego powiesi 😉 ), ale… obiektyw nawet więcej niż dawał radę.

Najlepszy przykład. Wspomniałem przed chwilą o zdjęciach z łódki. Próbując fotografować za pomocą 24-70mm F/2.8 GM szybko się poddałem. Żeby nie masakrować obrazu wysokim ISO powyżej 6400 musiałem zejść do 1/15s, ale bujało tak mocno, że nie było mowy o ostrych zdjęciach. Wyjąłem 50mm, zmniejszyłem czas otwarcia migawki do 1/40-1/60s i… takie były efekty:

Można przyczepić się do momentami powolnego autofocusu, pojawiającego się winietowania na pełnej klatce, ale mimo wszystko jakość obrazu, bardzo ładna miękkość głębi ostrości i szczegółowość, szczególnie centrum kadru, robi robotę. Przy tej cenie to obowiązkowe wyposażenie każdego posiadacza aparatu Sony.

Sony FE 14 mm F1.8 GM

Ten obiektyw utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę kupić coś o podobnej szerokości. Może niekoniecznie aż tak drogiego, bo używałbym go stosunkowo rzadko, ale mimo wszystko – muszę. Ten obiektyw idealnie sprawdza się przy fotografowaniu architektury i bardzo chętnie używałem go do zdjęć wnętrz samochodów, a przydatny okazał się też np. przy zdjęciach testowanego telewizora.

Obiektyw jest świetnie wykonany i przy tym nie jest duży, ani ciężki (46o gramów). Ma solidną ochronę w postaci twardej osłony przeciwsłonecznej, a szkło nie wystaje aż tak bardzo jak w 12-24mm F/2.8 GM. Przez co nie stresowałem się, że mogę je łatwo uszkodzić.

Sony FE 14 mm F1.8 GM oferuje bardzo dobrą jakość obrazu w centrum kadru, nawet na maksymalnym otworze przysłony. Utrata jakości na brzegach kadru nie jest duża, wypada to dużo lepiej niż się spodziewałem. Do tego mamy wzorowo działający, szybki autofocus i dobrze korygowaną dystorsję. Zniekształcenia wyglądają naturalnie, typowo dla tak szerokiego obiektywu i są solidnie trzymane w ryzach. Narzekać można na spore winietowanie, ale przy tych parametrach można było się tego spodziewać.

Zdjęcia przykładowe

Sony FE 16-35 mm f/2.8 GM

Z tego obiektywu korzystało mi się zdecydowanie najprzyjemniej. Szczególnie poza domem. Obiektyw świetnie sprawdza się przy zdjęciach krajobrazu i architektury. Jest spory, wymiarowo porównywalny ze szkłami 24-70mm, ale waży stosunkowo niedużo, bo 680 gramów.

Obiektyw jest na pewno bardziej uniwersalny od ultra-szerokiego 12-24mm, a ogniskowa 16mm i tak daje nam duże możliwości fotografowania szerokich kadrów. Co zobaczycie poniżej. Z drugiej strony 35mm pozwala na zrobienie portretu lub fotografowanie mniejszych obiektów. Obiektyw oferuje bardzo dobrą jakość zdjęć, szybki i celny autofocus. Najostrzejsze kadry uchwycimy w przedziale ogniskowych 24-35mm i powyżej F/4. Poniżej tych wartości pojawią się widoczne rozmycia w rogach kadru, ale na niedużym poziomie. Winietowanie na najszerszej ogniskowej jest nieduże, a dystorsja trzymana w ryzach. Nienaturalne zniekształcenia, jeśli się pojawią, są niewielkie.

Zdjęcia przykładowe

Sony FE 24-70mm f/2.8 GM

Na koniec największe rozczarowanie. Ale może po kolei. Zalet jest tutaj zdecydowanie więcej niż wad. Mamy solidnie wykonaną obudowę, błyskawicznie działający autofocus i robiącą wrażenie ostrość kadrów. Do tego dostajemy zaskakująco dobry i przyjemny efekt bokeh oraz ogółem bardzo dobrze pracowało mi się z tym obiektywem w każdych warunkach. To też nim zrobiłem zdecydowanie najwięcej zdjęć A9 II.

Z drugiej strony przy obiektywie tej klasy (i cenie!), dystrosja widoczna na niemal całej długości ogniskowych rozłożyła mnie na łopatki. Jak pierwszy raz zobaczyłem zrobione zdjęcie telewizora, to na początku nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Każdy bok był tak mocno wygięty. Jeszcze nigdy nie musiałem prostować tylu zdjęć na raz. Głównie z tego powodu, na taki zakres ogniskowych zdecydowałbym się szybciej w przypadku Sigmy. Która też ma problemy z dystorsją, ale przynajmniej kosztuje zdecydowanie mniej.

Zdjęcia przykładowe

Zdjęcia wykonane Sony A9 II znajdziecie w poniższych tekstach:

Test Samsung Galaxy S21 FE 5G – czy powtórzy sukces poprzednika?
Canon EOS R5 to aparat z innego świata. Tak dobrego sprzętu jeszcze nie używałem
Test Mercedes GLE 350 de. Ogromny diesel na prąd, czyli bardzo nietypowa hybryda
Test OPPO 5G CPE T1a. 5G zamiast światłowodu? Nie mam powodów do narzekania
Test Motorola moto g200 5G – czy warto wydać na nią 1999 zł?
Test Logitech MX Keys Mini. Jedna klawiatura do wszystkiego
Test Logitech MX Master 3. Tak wygląda mysz ostateczna
Test Philips OLED 806 55OLED806 – unikalne doświadczenia z seansów

Jeszcze z żadnego aparatu nie korzystało mi się tak dobrze jak z Sony A9 II

Jeśli na aparat patrzymy jak na przedłużenie oka, to Sony A9 II jest zdecydowanie najwygodniejszym przedłużeniem, jakiego używałem. Nie jest najlepszym, bo wyżej zdecydowanie postawiłbym Canona EOS R5, ale pomimo tego, że to zawsze z Canonów korzystało mi się wygodniej, tak w tym przypadku wygrywa Sony. W zasadzie pierwszy raz z aparatu Sony korzystało mi się aż tak dobrze.

To zasługa bardzo dobrze działającego autofocusu, szybkości działania oraz wygody obsługi. Choć dalej uważam, że Sony ma niezbyt przejrzyste Menu, to rozmieszczenie przycisków, ich działanie i możliwość personalizacji powodują, że szybko można zacząć ze wszystkiego korzystać dosłownie w ciemno. Wszystko to w połączeniu z obrazem rejestrowanym przez aparat powoduje, że nawet jak damy go w ręce kompletnego amatora, to jest w stanie od razu zrobić nim efektowne zdjęcie.

Sony A9 II to aparat, który sprawdzi się w rękach bardziej zaawansowanych amatorów z bardzo zasobnym portfelem, ale i zawodowców. Działanie autofocusu i błyskawiczne zdjęcia seryjne w połączeniu z cichą migawką elektroniczną oraz możliwością wejścia w wyższe zakresy ISO czynią go idealnym aparatem to fotografowania wydarzeń sportowych, reportaży i przyrody. Jeśli zarabiasz na robieniu zdjęć, Sony A9 II szybko na siebie zapracuje.