Jeden pocisk zamiast stu samolotów nad miastem. Tak wygląda nowoczesna wojna, o której mało kto wie

W czasach II wojny światowej bombardowanie z powietrza było brutalnie proste: ogromne formacje bombowców, tony ładunków zrzucanych mniej więcej na cel i nadzieja, że prawdopodobieństwo zrobi swoje. Dziś uderzenie, które ma strategiczne znaczenie, coraz częściej przypomina operację chirurgiczną. Zamiast setek maszyn nad celem pojawia się kilka, a często nawet tylko jedna sylwetka na radarach, a efektem jest eksplozja dokładnie tam, gdzie trzeba – w określonym skrzydle budynku, w konkretnej sekcji mostu albo w wyrzutni ukrytej między zabudowaniami. To właśnie pociski manewrujące sprawiły, że słowo “precyzja” w wojskowym słowniku wyrwało się poza abstrakcyjne diagramy i stało się czymś bardzo konkretnym.
...

Najbardziej charakterystyczne z pocisków manewrujących potrafią lecieć setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów z prędkością poddźwiękową, trzymając się kilkunastu metrów nad ziemią i wykorzystując teren jako zasłonę przed radarami. Z zewnątrz wyglądają jak “większe rakiety”, ale w środku są raczej latającymi komputerami: mają dokładne systemy nawigacji satelitarnej, cyfrowe mapy ukształtowania terenu i głowice optyczne, które w ostatniej fazie lotu porównują obraz celu z zapisaną wcześniej “fotografią”. Dlatego też w tym tekście przyglądamy się siedmiu pociskom, które w różnych epokach przesunęły granice tego, co oznacza precyzyjne uderzenie – od Tomahawka, przez Storm Shadow i Kalibra, po JASSM oraz chińskie odpowiedniki.

Jak właściwie mierzy się “precyzję” pocisku manewrującego?

W wojskowych opisach uzbrojenia kluczowym parametrem jest CEP (Circular Error Probable), czyli promień okręgu, w którym z 50 procent prawdopodobieństwem spadną pociski odpalone w tych samych warunkach. Dla wczesnych pocisków balistycznych mówimy o setkach metrów, dla klasycznych bomb lotniczych z czasów zimnej wojny – też. Jednak wraz z pojawieniem się nawigacji inercyjnej, systemów TERCOM (Terrain Contour Matching) i DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation), a później GPS i odpowiedników GLONASS/BeiDou, typowe wartości dla pocisków manewrujących zaczęły spadać z dziesiątek metrów w stronę jednocyfrowych wartości. W uproszczeniu: kiedyś “trafienie w fabrykę” było sukcesem, a dziś oczekuje się trafienia w konkretną halę albo nawet wybrane skrzydło. Więcej na temat tych technologii przeczytacie w moim artykule “Jak pociski trafiają w cel? Opisujemy technologie naprowadzania rakiet“.

Zapamiętajcie tę nazwę. Pociski manewrujące Barracuda-M wniosą wojnę na wyższy poziom

Drugi element to sposób naprowadzania. Klasyczny profil to połączenie systemu inercyjnego (INS), poprawek satelitarnych, korekty względem cyfrowej mapy terenu oraz terminalnego sensora elektrooptycznego czy termicznego. W przesłankach technicznych publikacji poświęconych pociskom manewrującym podkreśla się, że kluczem jest fuzja danych – nie pojedynczy sensor, ale oprogramowanie, które scala wiele źródeł informacji w spójny obraz i pozwala rakiecie “rozpoznać” cel mimo dymu, chmur czy częściowych uszkodzeń otoczenia. To właśnie ta kombinacja sprawiła, że niektóre z poniższych konstrukcji stały się symbolami precyzji na całe dekady.

Tomahawk – pocisk, który pokazał, że chirurgiczne uderzenia z tysiąca kilometrów są realne

Jeśli jakiś pocisk manewrujący stał się ikoną precyzyjnych uderzeń, jest to amerykański BGM-109 Tomahawk. Opracowany jeszcze w czasach zimnej wojny jako broń strategiczna dalekiego zasięgu, pierwszą pełnoskalową próbę przeszedł podczas operacji Pustynna Burza w 1991 roku. Wówczas kamery całego świata pokazywały charakterystyczne ujęcia: Tomahawk lecący nisko między budynkami Bagdadu i uderzający w wybrane obiekty infrastruktury. Z wojskowego punktu widzenia ważniejsze było jednak to, czego nie widać na nagraniach – sposób, w jaki rakieta trafiła tam, gdzie trzeba.

Wczesne wersje Tomahawka wykorzystywały kombinację nawigacji inercyjnej, TERCOM oraz DSMAC. TERCOM pozwalał porównywać profil przelotu nad terenem z zapisanym w pamięci cyfrowym odwzorowaniem ukształtowania, a DSMAC dostarczał dodatkowej korekty w fazie terminalnej, porównując obraz z kamery z zapisanym wcześniej “wzorem” celu. Późniejsze wersje dodały nawigację GPS, a potem dwukierunkowe łącze danych i możliwość zmiany celu w locie. Szacunki CEP dla wariantów konwencjonalnych schodziły do kilkunastu metrów, co przy przenoszonym ładunku rzędu 450 kg oznaczało możliwość skutecznego niszczenia pojedynczych budynków lub kluczowych elementów infrastruktury.

Warto przy tym pamiętać, że Tomahawk nie jest ideałem. W konfliktach ostatnich lat pojawiały się informacje o niewypałach czy problemach z trafieniem w dokładnie wskazany punkt, choć część z nich wynikała raczej z błędów wywiadu niż samego systemu naprowadzania. Z punktu widzenia ewolucji technologii to jednak pocisk, który przekonał polityków, że precyzyjne uderzenie z odległości około 1600 km w budynek w środku dużego miasta jest czymś więcej niż tylko teoretycznym scenariuszem.

Pocisk AGM-86 ALCM – dyskretny prekursor epoki “map cyfrowych”

Mniej medialny, ale bardzo ważny z punktu widzenia rozwoju technologii, był amerykański AGM-86 ALCM, czyli pocisk manewrujący odpalany z bombowców B-52. Projektowano go głównie jako nosiciel głowic jądrowych, ale późniejsze warianty konwencjonalne (CALCM) pokazały, jak daleko można pójść z precyzją w broni strategicznej. AGM-86B (ALCM) wykorzystywał TERCOM w połączeniu z nawigacją inercyjną, a w nowszych wersjach już GPS, co pozwalało mu lecieć na dystans ponad 2400 km z CEP liczonym w dziesiątkach metrów. Wariant AGM-86C (CALCM) może z kolei uderzać w cele oddalone o około 1100 kilometrów i również wykorzystuje połączenie danych INS+GPS.

Czytaj też: Pięć polskich systemów uzbrojenia, które naprawdę zmieniły Wojsko Polskie

Dla Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych ten pocisk był arcyważny, bo oto wreszcie bombowiec nie musiał zbliżać się do obrony przeciwlotniczej przeciwnika. B-52 mógł odpalić pociski poza zasięgiem większości systemów, a właściwa “precyzyjna robota” odbywała się już na poziomie rakiet. Z biegiem lat okazało się jednak, że precyzja AGM-86 ma swoją cenę: konieczność aktualizowania cyfrowych map, utrzymania skomplikowanego systemu TERCOM/DSMAC i modernizacji elektroniki. To m.in. dlatego w kolejnych dekadach większy nacisk położono na nowe generacje pocisków o bardziej elastycznej architekturze i niższej skutecznej powierzchni odbicia radarowego.

Storm Shadow/SCALP EG – europejski standard “uderzenia w konkretne okno”

Gdy Europa postanowiła zbudować własny pocisk do precyzyjnych uderzeń na duże odległości, efektem stał się Storm Shadow/SCALP EG, który to został opracowany przez konsorcjum MBDA dla Wielkiej Brytanii i Francji. Ten pocisk o masie ok. 1300 kg przenosi około 450 kg ładunku w postaci głowicy BROACH, czyli dwustopniowego ładunku penetrującego, który najpierw przebija się przez beton czy ziemię, a dopiero potem detonuje właściwą część wewnątrz celu. To nie jest broń do “zniszczenia dzielnicy”, ale do zlikwidowania określonego bunkra, centrum dowodzenia albo schronu lotniczego.

SCALP-ER

Storm Shadow korzysta z kombinacji INS, GPS, systemu TERPROM (dopasowanie do ukształtowania terenu) oraz terminalnej głowicy IR, która w ostatniej fazie lotu porównuje obraz celu z zapisaną w pamięci bazą danych. Dzięki temu pocisk może “rozpoznać” dokładne położenie budynku również w nocy lub przy częściowym zniszczeniu otoczenia. W otwartych źródłach nie podaje się oficjalnego CEP, ale analizy i testy wskazują na skuteczność w przedziale pojedynczych metrów względem punktu celowania.

Storm Shadow

Czytaj też: Kolejna broń na froncie zmieni obliczę wojny. Te pociski są niczym wyrzutnie HIMARS

Storm Shadow/SCALP był używany m.in. przez brytyjskie i francuskie lotnictwo w Iraku, Libii, Syrii, a ostatnio także w Ukrainie, gdzie uderzał w składy amunicji i mosty daleko za linią frontu. Dla obrony przeciwlotniczej oznacza to bardzo nieprzyjemną zmianę: nie wystarczy bronić samego miasta czy zgrupowania wojsk, trzeba liczyć się z tym, że pocisk wleci nisko przez słabo chronione sektory i trafi w konkretny fragment infrastruktury, na przykład rampę kolejową albo fragment mostu nad ważną rzeką.

3M-14 Kalibr – rosyjskie wejście do klubu precyzyjnych uderzeń dalekiego zasięgu

Rosyjski 3M-14 Kalibr stał się głośny dopiero w 2015 roku, gdy okręty Floty Czarnomorskiej i Kaspijskiej odpaliły go w kierunku celów w Syrii (z przejściem nad Iranem oraz Irakiem), demonstrując zdolność do ataków na dystansach rzędu 1500 – 2500 km z wód zamkniętych akwenów. Z punktu widzenia technologii nie była to rewolucja na miarę Tomahawka, ale dla wielu państw stanowiło to sygnał, że Rosja dysponuje własnym systemem precyzyjnego rażenia celów strategicznych bez naruszania przestrzeni powietrznej przeciwnika.

rosyjskie okręty podwodne Kilo, Kalibr, okręty podwodne Kilo, Kalibr

Kalibr w wersji lądowego ataku korzysta z nawigacji inercyjnej, systemów satelitarnych GLONASS i prawdopodobnie korekty względem terenu, a w fazie końcowej może używać głowicy radarowej lub elektrooptycznej do doprecyzowania punktu trafienia. Według rosyjskich deklaracji CEP ma wynosić kilka metrów, co jednak nie zostało jednoznacznie potwierdzone niezależnymi analizami, a to akurat dziwne zwłaszcza w kontekście użycia tego pocisku w Ukrainie, gdzie część z nich nawet nie trafiła w deklarowane cele.

Rosyjski pocisk Kalibr podczas lotu

Nawet jeśli rzeczywista skuteczność odbiega od materiałów reklamowych, to sama kombinacja zasięgu i precyzji jest dla państw regionu realnym problemem. Zasięg rzędu 1500 – 2000 km pozwala potencjalnie razić cele w Europie z akwenów Morza Czarnego czy rejonów Arktyki. Dla obrony oznacza to konieczność myślenia o warstwowej tarczy antyrakietowej, a nie tylko o “klasycznej” obronie przeciwlotniczej. Więcej o tych pociskach przeczytacie w moim artykule “Opisujemy rosyjskie pociski Kalibr, czyli manewrującą chlubę Rosji“.

Ch-101 jako broń, która miała być wzorem precyzji, a zderzyła się z rzeczywistością

Nowszym, bardziej zaawansowanym przykładem rosyjskiej broni precyzyjnej jest Ch-101 ( równieżKh-101), pocisk manewrujący odpalany z bombowców Tu-95MS i Tu-160. Rosja projektowała go jako odpowiednik zachodnich pocisków stealth: ma zmniejszoną skuteczną powierzchnię odbicia, leci nisko nad terenem, a jego zasięg w szacunkach sięga 4500 – 5000 km, choć znacznie bardziej realny jest poziom 2500-2800 km. Architektura naprowadzania zakłada połączenie INS, GLONASS, korekty względem cyfrowych map terenu oraz terminalnej głowicy elektrooptycznej, co teoretycznie pozwala osiągać bardzo małe wartości CEP.

Czytaj też: Nagrali rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 w locie i odkryli jego sekret

W materiałach rosyjskich podkreślano, że Ch-101 jest w stanie razić cele punktowe z dokładnością rzędu kilku metrów (lub 10-20 metrów, zależnie od źródła danych) i to przy przenoszeniu głowicy o masie około 400 kg. Konflikt w Ukrainie pokazał jednak drugą stronę tej historii. Część pocisków ulegała awariom, myliła drogę albo była mylona przez obronę przeciwlotniczą i środki walki elektronicznej. Dla analityków to ważne przypomnienie, że precyzja pocisku manewrującego nie zależy wyłącznie od samego algorytmu naprowadzania, ale też od jakości komponentów, odporności na zakłócenia oraz aktualności danych wykorzystywanych do planowania trasy.

CJ-10 – chińska odpowiedź na Tomahawka

Chiński CJ-10/DH-10 jest częścią szerszego trendu: przenoszenia koncepcji precyzyjnych uderzeń z USA i Rosji do arsenałów kolejnych państw. To lądowy pocisk manewrujący dalekiego zasięgu, który według dostępnych szacunków może pokonywać około 1500 – 2000 km z głowicą rzędu 500 kg i CEP liczonym w jednocyfrowych dziesiątkach metrów. Z technicznego punktu widzenia architektura przypomina połączenie rozwiązań znanych z Tomahawka i rosyjskich odpowiedników: INS, satelitarny system BeiDou, korekta względem terenu oraz terminalne systemy optyczne.

Czytaj też: Najpotężniejsze pociski manewrujące oraz ich potencjał. Ta broń zmieniła znaczenie słowa “precyzja”

Czytaj też: Uciekli do portu, bo zaatakował ich potwór. Mija prawie pół wieku bez jednoznacznej odpowiedzi

Większość informacji o CJ-10 pochodzi z analiz zachodnich think-tanków, bo Chiny tradycyjnie niechętnie dzielą się szczegółami. Mimo to trend jest jasny. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza rozwija rodzinę pocisków manewrujących nie po to, by “mieć to samo, co inni”, ale by wpasować się w własną koncepcję A2/AD, czyli antydostępowo-zapory. Zasięg rzędu 1500 – 2000 km pozwala z dystansu razić bazy lotnicze, porty i węzły logistyczne w regionie Indo-Pacyfiku, utrudniając przeciwnikowi prowadzenie operacji morskich i lotniczych. Precyzja nie jest więc jedynie parametrem z tabelki, ale jednym z filarów strategii mającej utrudnić działanie lotniskowców i baz sojuszników USA w regionie.

AGM-158 JASSM – kiedy “precyzja” spotyka się z “niewidzialnością”

Nie można mówić o nowoczesnych pociskach manewrujących bez wspomnienia o rodzinie AGM-158 JASSM. W przeciwieństwie do klasycznych, “cylindrycznych” konstrukcji JASSM od początku projektowano jako broń niskiej wykrywalności: ma bryłę przystosowaną do redukcji odbić radarowych, wnękę na ładunek wewnątrz kadłuba i minimalną liczbę wystających elementów. Podstawowa wersja ma zasięg około 370 km, a wariant JASSM-ER zwiększa go do ponad 900 km, co pozwala nowoczesnym myśliwcom i bombowcom odpalać pociski poza zasięgiem większości systemów obrony przeciwlotniczej przeciwnika.

Klucz do precyzji JASSM tkwi w połączeniu GPS/INS z terminalną głowicą obrazującą w podczerwieni (IIR). Pocisk w ostatniej fazie lotu stosuje rozpoznawanie obrazu, porównując aktualny widok celu z zapisanym wcześniej wzorcem. Pozwala to trafić w konkretną część obiektu nawet wtedy, gdy ten został częściowo uszkodzony lub zakryty dymem. Informacje z analiz amerykańskiego biura GAO i publikacji branżowych sugerują, że celność JASSM jest porównywalna z najlepszymi pociskami tej klasy, choć szczegółowe wartości CEP pozostają utajnione. Dziś wiemy też o powstawaniu pocisku JASSM XR, który wyniesie możliwości USA na wyższy poziom.

Lockheed Martin pocisk AGM-158 JASSM XR USA

Z perspektywy państw takich jak Polska ważne jest to, że JASSM i JASSM-ER są integrowane z F-16 i F-35, co zmienia możliwości planowania operacji. Zamiast wysyłać samoloty z bombami w głąb obrony przeciwlotniczej przeciwnika, można przeprowadzić uderzenie z dystansu kilkuset kilometrów, wykorzystując tym samym niską wykrywalność pocisku i wysoką precyzję terminalną. Równocześnie jest to broń bardzo droga, bo w przeliczeniu na złotówki mówimy o pojedynczych pociskach wycenianych na kilka milionów złotych, co wymusza ostrożne planowanie celów i nie pozwala traktować ich jak “amunicji masowego użytku”.

Co te pociski mówią o przyszłości precyzyjnych uderzeń?

Jeśli położymy obok siebie Tomahawka, AGM-86, Storm Shadow, Kalibra, Kh-101, CJ-10 i JASSM, to zobaczymy ewolucję na kilku poziomach. Najpierw pojawiły się cyfrowe mapy terenu i TERCOM, które pozwalały zejść z CEP z setek do dziesiątek metrów. Potem do gry weszły satelitarne systemy nawigacyjne, które ustabilizowały trajektorię na dużym dystansie. Następnie dołożono terminalne głowice optyczne i termiczne, dzięki którym pocisk może “zobaczyć” cel i skorygować kurs w ostatnich sekundach lotu. Wreszcie w JASSM i podobnych konstrukcjach do przepisu dodano obniżoną wykrywalność, która utrudnia przeciwnikowi w ogóle wykrycie nadlatującej rakiety.

W praktyce oznacza to, że dziś “precyzja” to nie tylko punktowy CEP, ale cały ekosystem: sieć rozpoznania, dokładne dane wywiadowcze, systemy planowania trajektorii i logistyka podtrzymująca te pociski w gotowości. Konflikty ostatnich lat pokazały, że same rakiety – nawet najbardziej zaawansowane – bywają zawodne, gdy brakuje aktualnych map, dobrej ochrony przed walką elektroniczną i spójnego łańcucha dowodzenia. Jednocześnie te same konflikty przypomniały, że dobrze użyta broń precyzyjna potrafi zmienić bieg działań, niszcząc pojedynczy most, węzeł kolejowy czy centrum dowodzenia w taki sposób, którego klasyczne naloty bombowe nie są już w stanie powtórzyć bez ogromnego ryzyka.

Słowo “precyzja” w kontekście pocisków manewrujących przestało więc oznaczać “mniej więcej trafimy w miasto”, a choć na horyzoncie widać już następną epokę w postaci broni hipersonicznej, to właśnie “stare, dobre” pociski manewrujące pozostają sprawdzonym narzędziem, które w milczeniu zmieniło definicję tego, co znaczy celne uderzenie.