
Podczas aukcji w Paryżu zorganizowanej przez RM Sotheby’s pod koniec stycznia 2026 roku padła kwota, która na nowo definiuje pojęcie luksusowej zabawki. Jeden z zaledwie 299 egzemplarzy miniaturowego Ferrari Testa Rossa J został wylicytowany za 243864 dolarów, czyli około 876000 złotych. Stanowi to nowy rekord świata dla samochodów dziecięcych, który przebił poprzedni, ustanowiony pięć lat wcześniej przez model Ferrari 330 P2 Junior i to niemało, bo o niemal 100 tysięcy dolarów.
Rekordowa sprzedaż miniaturowego Ferrari Testa Rossa J
Oczywiście Testa Rossa J to nie byle sklepowa zabawka z myślą o najmłodszych. Jest to bardziej oficjalny, ręcznie wykonany produkt Ferrari, którego produkcja została ograniczona do 299 sztuk. Za jego stworzeniem stoi brytyjskie Hedley Studios, a więc firma specjalizująca się w budowie miniaturowych, kolekcjonerskich legend motoryzacji. Tamtejsi specjaliści zadbali o to, aby replika w skali 75% słynnego Ferrari 250 Testa Rossa z 1957 roku została odtworzona z pietyzmem na podstawie oryginalnych planów z archiwum marki.
Czytaj też: Realna alternatywa dla benzyny? Chiny połączyły ciekawe paliwo z napędem elektrycznym



Miniaturę napędza silnik elektryczny o mocy 12 kW, co daje około 16 koni mechanicznych i pozwala na rozpędzenie się do 80 km/h. Co ciekawe, pojazd oferuje aż cztery tryby jazdy, które są dostosowane do umiejętności kierowcy – począwszy od podstawowego, po wyczynowy. Przed aukcją szacowano, że osiągnie cenę między 120 a 160 tysięcy euro, ale ostateczna kwota znacznie przekroczyła te oczekiwania. Taki zwrot akcji pokazuje, jak nieprzewidywalny i emocjonalny potrafi być ten segment rynku, gdzie wartość często mierzy się sentymentem i ekskluzywnością, a nie tylko metalami czy mocą.
Stuletnia tradycja miniaturowych legend
Fenomen luksusowych aut dla dzieci ma już długą historię. Wszystko zaczęło się sto lat wcześniej, bo w 1926 roku, gdy Ettore Bugatti podarował swojemu synowi miniaturę wyścigowego Bugatti T35. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i szybko przerodził się w komercyjną produkcję. W latach 1926-1935 powstało około 500 egzemplarzy Bugatti Baby, które trafiały do dzieci z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w Europie. Były to pojazdy z napędem elektrycznym, a na dodatek wyposażone w prawdziwą, czterobiegową skrzynię i hamulce bębnowe.

Czytaj też: Trzy rzędy, wielki ekran i klasyczne przyciski. Toyota pokazała swój nowy sekret
Rynek aukcyjny obudził się do tych historycznych miniatur dosyć późno. Przełomem była sprzedaż w 2008 roku, kiedy to Bugatti Type 52 osiągnęło na aukcji w Pebble Beach cenę 110 tysięcy dolarów, bijąc wszelkie prognozy. Od tamtej pory rekordy systematycznie rosły. W ślady Bugatti poszły też inne firmy, jak francuska De La Chapelle, która w latach 70. i 80. produkowała na zamówienie repliki napędzane małymi silnikami spalinowymi, stając się nieoficjalnym dostawcą zabawek dla dzieci posiadaczy prawdziwych Ferrari.
Miniaturowe samochody jako nowa klasa aktywów inwestycyjnych?
Od pewnego czasu miniaturowe samochody przestały być postrzegane wyłącznie jako zabawki. Dla części inwestorów stały się one odrębną, niszową klasą aktywów kolekcjonerskich, czemu sprzyja ich rosnąca wartość rynkowa. Kluczową rolę w legitymizacji tego trendu odegrały prestiżowe wydarzenia motoryzacyjne, które zaczęły traktować te pojazdy z pełną powagą. Na konkursach elegancji, takich jak Concours of Elegance, prezentuje się je obok pełnowymiarowych klasyków, a na torze Le Mans organizuje się specjalne wyścigi właśnie dla dzieci za kierownicami miniatur. Droga zabawa.
Czytaj też: Pierwszy taki samochód bez tradycyjnego układu hamulcowego. Czy to przyszłość?

Hedley Studios, twórca rekordowego Ferrari, zdaje się być obecnie liderem tego odrodzonego rynku. Firma ma na koncie dwa najwyższe wyniki aukcyjne w historii, co tylko utwierdza przekonanie, że dla wąskiej grupy kolekcjonerów autentyczność, rzemiosło i limitowana dostępność są warte naprawdę dużo. Patrząc z boku, kwota ćwierć miliona dolarów za samochód, który nie pomieści przeciętnego dorosłego, może szokować. Jednak w świecie, gdzie wartość dyktuje rzadkość i emocje, takie transakcje stają się kolejnym rozdziałem w długiej historii kolekcjonerstwa, gdzie granica między rozsądkiem a pasją bywa bardzo cienka.