Najbardziej przekombinowany czołg świata? Trzy kadłuby i hydraulika z fantastyki wojskowej

Historia francuskiej broni pancernej zwykle kojarzy się z ikonami w rodzaju Renault FT czy późniejszego Leclerca. Pomiędzy tymi dobrze znanymi maszynami są jednak projekty, które bardziej przypominają eksperyment myślowy niż realny sprzęt wojskowy. Train d’Assaut Victora-Barthélemy’ego Jacqueta należy właśnie do tej kategorii. Formalnie jest to czołg, ale na rysunkach patentowych wygląda jak skrzyżowanie stonogi z miniaturowym pociągiem gąsienicowym.
...

Wyobraźcie sobie machinę z trzech połączonych części, sunącą przez pole bitwy niczym stalowa stonoga. Taką właśnie wizję miał francuski inżynier Victor-Barthélemy Jacquet, który pod koniec II wojny światowej stworzył projekt jednego z najbardziej osobliwych pojazdów pancernych. Train d’Assaut pozostał jedynie na papierze, ale sama koncepcja sięgała daleko w przyszłość, wyprzedzając swoją epokę o dziesięciolecia. Powstał zresztą w czasie, gdy Francja wracała do życia po okupacji, a wojskowi rozważali nowe kierunki rozwoju broni pancernej. Jacquet, prawdopodobnie na bazie doświadczeń I wojny światowej, chciał rozwiązać problemy trapiące ówczesne czołgi, a więc głównie słabą mobilność w trudnym terenie. Jego pomysł był tak odważny, że aby go zrealizować, potrzebne byłyby technologie, które pojawiły się znacznie później.

Nietypowa konstrukcja Train d’Assaut, czyli trzy sprzężone moduły

Train d’Assaut składał się z trzech pełnoprawnych, gąsienicowych kabin połączonych ze sobą hydraulicznie. Przód nazywano głową, środek korpusem, a tył ogonem. Plany zakładały wykorzystanie w nich pancerza ze staliwa lub stopu manganu o zaokrąglonych kształtach, ale najważniejsze było to, że każdy ten moduł dysponował własnym niezależnym zawieszeniem, układami gąsienicowymi oraz wieżyczką na broń. Takie rozwiązanie teoretycznie pozwalało na niemal samodzielny ruch poszczególnych części, a to miało przekładać się na niezwykłą zwrotność całego pojazdu.

Czytaj też: Myślałeś, że F-35 jest futurystyczny? SM-39 Razor robi wejście smoka w świat myśliwców 6. generacji

Cała konstrukcja miała od 6 do 7 metrów długości, co jak na tak skomplikowany projekt czyniło go zaskakująco zwartym, bo przecież np. współczesny francuski czołg Leclerc mierzy około 9,87 metra razem z lufą działową. Napęd stanowił z kolei jeden silnik umieszczony w centralnej sekcji, który mechanicznie przekazywał moc do wszystkich trzech zestawów gąsienic. Załoga miała z kolei liczyć od ośmiu do dziesięciu osób, z czego kierowca miał zajmować miejsce w wysokiej, centralnej wieży, a w takim układzie jego widoczność na teren bezpośrednio przed pojazdem byłaby pewnie mocno ograniczona.

Uzbrojenie stanowiło pojedyncze działo kalibru 75 mm, skierowane do tyłu, a więc rozwiązanie, które w 1944 roku było już uważane za przestarzałe. Celowanie odbywało się poprzez manewrowanie całym pojazdem, podobnie jak w ówczesnych niszczycielach czołgów. Train d’Assaut miał także dysponować co najmniej czterema karabinami maszynowymi, a plany obejmowały nawet wyrzutnie min na sprężone powietrze.

Wielomodułowe pojazdy wojskowe nie bez powodu były rozważane

Co ciekawe, Jacquet nie wymyślił czegoś zupełnie nowego. Idea pojazdów artykułowanych wracała jak bumerang już od I wojny światowej, bo przecież pojawiały się brytyjskie koncepcje łączenia dwóch ciągników gąsienicowych, pomysły dodatkowych wózków gąsienicowych doczepianych do kadłuba czy całych pociągów czołgowych. Train d’Assaut wpisuje się w tę tradycję, ale idzie o krok dalej, bo zamiast prostego podwojenia kadłuba, próbuje stworzyć pełnoprawny, trzyczłonowy system, w którym każdy segment ma własną rolę taktyczną.

Czytaj też: Wojna bez tej broni nie istnieje. Najciekawsze artylerie kalibru 155 mm

W teorii dawało to imponującą zwinność. Patent opisuje scenariusze, w których pojazd niemal wspina się na pionowy próg terenowy równy swojej wysokości, a to dzięki przedniemu segmentowi, który był podnoszony hydraulicznie i wspierany przez środkowy oraz tylny, które najpierw dopychałyby go na krawędź, a potem pełniły rolę ruchomej przeciwwagi, gdy kolejne części kadłuba traciłyby kontakt z gruntem. Przy odpowiednim zablokowaniu przegubów ten sam układ miał działać w drugą stronę. Przy pokonywaniu głębokich rowów czy kanałów, zamiast zatrzymać się na krawędzi okopu, Train d’Assaut wysuwałby swoją “głowę” nad pustkę, trzymając środek ciężkości na stabilnym gruncie do momentu, gdy przedni segment znajdzie oparcie po drugiej stronie.

Czytaj też: Amerykańskie GPS do lamusa. Kwantowe pozycjonowanie Chin odporne na wszelkie zakłócenia

W praktyce każda taka ewolucja terenowa oznaczałaby jednak koszmar dla załogi i mechaników. Do klasycznego zestawu czynności kierowcy dochodziłaby bowiem konieczność precyzyjnego sterowania przegubami kulistymi, a więc zsynchronizowania ruchu gąsienic, pracy silnika i zmian ułożenia trzech ciężkich, odlewanych kadłubów. Już same przekładnie i wały napędowe biegnące przez całe wnętrze pojazdu musiałyby być wyjątkowo precyzyjnie wykonane i serwisowane, co w realiach wojennej produkcji masowej byłoby niezwykle trudne. Tu właśnie widać największy rozdźwięk między śmiałą koncepcją a możliwościami ówczesnego przemysłu: pomysł był geometrycznie elegancki, ale technologicznie przedwcześnie narodzony.

Dlaczego Train d’Assaut nigdy nie opuścił deski kreślarskiej?

Powód, dla którego Train d’Assaut nigdy został zrealizowany, jest dość prosty: był zbyt skomplikowany i pojawił się za późno. Francja w 1944 roku koncentrowała się na odbudowie kraju, a nie na rozwijaniu eksperymentalnych, ofensywnych systemów pancernych. Jednak mimo że projekt nie wyszedł poza fazę koncepcyjną, pomysł Jacqueta nie był pozbawiony wartości. Chociaż dziś możemy patrzeć na niego z lekkim uśmiechem, to nie da się odmówić inżynierowi rozmachu i wyobraźni. Train d’Assaut to ciekawa ciekawostka historyczna, która pokazuje, jak nawet nieracjonalne na pierwszy rzut oka pomysły mogą inspirować przyszłe pokolenia konstruktorów.