Nowoczesny lotniskowiec od dawna nie jest już tylko pływającym lotniskiem. To narzędzie polityki, demonstracja przemysłowej sprawności i bardzo konkretny (oraz kosztowny) komunikat wysyłany światu. Państwo, które buduje taką jednostkę, nie kupuje sobie wyłącznie większego pokładu dla samolotów. Kupuje prawo do podejmowania samodzielnych działań wojennych daleko od własnych granic. Właśnie dlatego francuska decyzja o nadaniu nowemu lotniskowcowi nazwy “France Libre” nie sprowadza się do ładnie brzmiącego gestu. To próba ubrania programu PA-NG w historyczny i strategiczny sens. Emmanuel Macron ogłosił nazwę 18 marca 2026 roku podczas wizyty w Nantes-Indret, podkreślając jednocześnie, że okręt ma zagwarantować ciągłość francuskiej grupy lotniskowcowej i utrzymać zdolność działania na wszystkich akwenach świata.

“France Libre” to nie tylko nowa nazwa lotniskowca
Sama nazwa została dobrana bardzo świadomie. Charles de Gaulle był nazwą odwołującą się do postaci, a “France Libre” (czyt. Wolna Francja) odwołuje się już do wizji państwa, które nie chce być uzależnione od cudzych baz, cudzej osłony i cudzej woli politycznej. W oficjalnym komunikacie Pałac Elizejski połączył ten wybór z pamięcią o Wolnej Francji z czasów II wojny światowej, ale w praktyce chodzi też o coś znacznie bardziej współczesnego – o pokazanie, że Paryż nadal uważa lotniskowiec za element własnej strategicznej autonomii. Ma to swoją wagę zwłaszcza dziś, bo przecież zaledwie kilka dni wcześniej Charles de Gaulle zaczął działania na kierunku śródziemnomorskim, a francuskie władze otwarcie mówiły o potrzebie zabezpieczania interesów i szlaków morskich w napiętej sytuacji regionalnej. W takim otoczeniu nowy lotniskowiec nie jest abstrakcyjnym projektem na lata 30., ale próbą odpowiedzi na pytanie, czy Francja chce nadal występować w roli państwa zdolnego wysłać własne lotnictwo morskie tam, gdzie robi się niebezpiecznie.
Czytaj też: Amerykański okręt jak stare BMW. Skarbonka bez dna, której USA w porę nie porzuciły




Dziś pewne jest, że skok skali względem Charlesa de Gaulle’a jest ogromny, bo już pod względem rozmiaru różnica jest bezdyskusyjna. Według dostępnych danych na temat lotniskowca PA-NG, czyli przyszły “France Libre”, ma mieć około 310 metrów długości i około 78-80 tys. ton wyporności. Dla porównania obecny Charles de Gaulle ma 261,5 metra długości, 42 tys. ton wyporności i załogę liczącą około 1900 marynarzy. Nowy lotniskowiec Francji będzie więc ewidentnie największym okrętem wojennym zbudowanym kiedykolwiek na terenie Europy. Tego typu rozmiar nie służy wyłącznie prestiżowi. Większy kadłub oznacza więcej paliwa lotniczego, większe zapasy uzbrojenia, więcej miejsca na obsługę maszyn i większy margines dla przyszłych systemów, które dziś są jeszcze na etapie planów. To także próba ucieczki od ograniczeń Charlesa de Gaulle’a, który przez lata udowodnił swoją wartość, ale jednocześnie pozostawał okrętem mniejszym i bardziej ciasnym, niż wymaga tego dzisiejsza wojna powietrzno-morska.
Najciekawsze nie jest to, że lotniskowiec Francji urośnie
Znacznie ważniejsze względem samych rozmiarów France Libre jest to, co Francja chce zrobić z jego architekturą energetyczną i lotniczą. Pewne jest, że na jego pokładzie znajdą się dwa reaktory jądrowe (o całe 2 więcej niż ma cała Polska), a gdyby tego było mało, będzie to pierwszy w pełni elektryczny okręt o napędzie jądrowym na służbie francuskiej marynarki. Oznacza to, że cała energia z reaktorów K22 ma być zamieniana na energię elektryczną i to także na potrzeby nowych katapult elektromagnetycznych. Trzy silniki elektryczne mają rozpędzać jednostkę do około 56 km/h.

To właśnie tutaj widać, że Francja nie buduje po prostu większego Charlesa de Gaulle’a. Buduje okręt przygotowany pod inne tempo działań i inne lotnictwo. Francuska marynarka mówi dziś o grupie lotniczej obejmującej 30 myśliwców lub bezzałogowych maszyn bojowych, trzy samoloty wczesnego ostrzegania E-2D Hawkeye oraz 5-6 śmigłowców. W praktyce daje to potencjał przekraczający 40 statków powietrznych, ale ważniejszy od samej liczby jest skład: Rafale M w standardzie F5, E-2D i drony mają działać wspólnie, a nie osobno.
Równie istotny jest ruch w stronę EMALS. General Atomics już w 2022 roku potwierdził, że pracuje nad dalszą oceną konfiguracji systemów EMALS i AAG dla francuskiego lotniskowca nowej generacji. Innymi słowy, Paryż chce wejść w tę samą rodzinę technologii startu i odzyskiwania maszyn, którą wykorzystują najnowsze amerykańskie lotniskowce. To daje większą elastyczność wobec cięższych samolotów i bezzałogowców, ale jednocześnie zwiększa złożoność projektu i uzależnia część jego kluczowych funkcji od technologii zza Atlantyku.

Macron powiedział wprost, że nowy lotniskowiec będzie kosztował blisko 10 miliardów euro, czyli około 42,8 mld złotych. Jest to kwota absurdalnie wysoka jak na jeden okręt i to nawet jeśli mówimy o jednostce tej klasy. Z punktu widzenia Francji rachunek ma się jednak spinać politycznie i przemysłowo, bo Pałac Elizejski podkreśla, że 90 procent kosztu ma trafić do krajowych firm, a w program zaangażowanych będzie ponad 800 przedsiębiorstw, w tym wiele mniejszych podmiotów. Czy więc to nadal przede wszystkim projekt wojskowy, czy już równie mocno program utrzymania narodowych kompetencji w atomie, stoczniach, systemach walki i lotnictwie morskim? Odpowiedź brzmi: jedno i drugie. Francja chce zachować zdolność do budowy takiego okrętu, bo wie, że jeśli ją raz odda, to odzyskanie jej za kilkanaście lat będzie znacznie trudniejsze i jeszcze droższe. Problem polega na tym, że przemysłowa logika nie zawsze idzie w parze z logiką pola walki.
Źródła: Elysee, Reuters, Naval News

