“Stężenie przekroczone setki tysięcy razy”. Rosyjski okręt nadal zatruwa morze

Na dnie jednego z mórz wciąż tyka dawny atomowy koszmar, który po prawie czterech dekadach powrócił w światło medialnych reflektorów. Wrak, który nie zniknął wraz z końcem zimnej wojny nie jest na szczęście zwiastunem rychłej katastrofy.
radziecki-rosyjski-okret-podwodny-komsomolec-skazenie-radioaktywne
radziecki-rosyjski-okret-podwodny-komsomolec-skazenie-radioaktywne

Na dnie Morza Norweskiego leży obiekt, który w teorii powinien być już tylko przypisem do historii zimnej wojny. Zamiast tego po niemal 37 latach wraca do nagłówków, bo naukowcy pokazali nagranie wycieku radioaktywnych substancji z wraku radzieckiego atomowego okrętu podwodnego K-278 “Komsomolec”. Brzmi to jak początek nowej katastrofy, ale właśnie tutaj warto zwolnić. Norwegowie i Rosjanie wiedzieli o problemie od dawna, miejsce było monitorowane przez lata, a najnowszy rozgłos wynika z tego, że materiał z ekspedycji z lipca 2019 roku został teraz opisany w recenzowanej publikacji naukowej w PNAS. Innymi słowy, nie mamy do czynienia z nagłym przełomem, ale z doprecyzowaniem tego, co od dawna wisiało w tle.

Co właściwie stało się z “Komsomolcem”?

“Komsomolec”, znany na Zachodzie jako jednostka typu Mike, zatonął 7 kwietnia 1989 roku po pożarze na pokładzie. Okręt zdołał się jeszcze wynurzyć, ale ostatecznie przegrał walkę o pływalność. Z 69 osób na pokładzie przeżyło 27, a wrak osiadł na głębokości około 1680 metrów. Nadal znajduje się w nim reaktor jądrowy oraz dwie torpedy z głowicami jądrowymi. Sama geneza katastrofy też jest istotna, bo nie chodziło o jedno proste “coś się zapaliło”.

Czytaj też: Tak wielkiego okrętu wojskowego Europa jeszcze nie widziała. France Libre ma być symbolem nowej epoki

Według norweskich opracowań i wcześniejszych analiz pożar w rufowej części okrętu został dodatkowo podsycony przez instalację sprężonego powietrza powiązaną z głównymi zbiornikami balastowymi. Pokazuje to zresztą klasyczny problem złożonych systemów wojskowych, bo kiedy jedna awaria zaczyna kaskadowo uruchamiać kolejne słabe punkty konstrukcji, to nawet bardzo zaawansowana jednostka może błyskawicznie stracić szansę na uratowanie.

Dziś najgłośniejszy element najświeższych ustaleń obejmuje widoczną smugę, która wydostaje się z przewodu wentylacyjnego w pobliżu przedziału reaktora. Już podczas ekspedycji z 2019 roku badacze zarejestrowali coś w rodzaju “chmury” unoszącej się z przewodu i pobrali z tego miejsca próbki. W jednej z nich aktywność cezu-137 sięgała około 800 Bq na litr, podczas gdy typowe tło dla wód Morza Norweskiego wynosi około 0,001 Bq na litr. Innymi słowy, w grę wchodzi poziom 800000 razy wyższy od normy tła… ale musimy pamiętać, że chodziło o próbkę pobraną bezpośrednio z wnętrza przewodu, a nie o otwartą wodę wokół wraku. Kilka metrów nad nim nie stwierdzono już mierzalnych poziomów tego radionuklidu.

Nowa publikacja dorzuca do tego jeszcze ważniejszy element. W materiałach pobranych przy wycieku wykryto izotopy plutonu i uranu w proporcjach wskazujących na źródło związane z korodującym paliwem jądrowym w reaktorze, a nie z dawnym globalnym opadem po testach atomowych czy innymi źródłami tła. Problem nie polega więc na tym, że naukowcy “znaleźli promieniowanie w morzu”, ale na tym, że potwierdzili aktywny, choć ograniczony, wyciek powiązany z samym wrakiem. Jednocześnie badacze podkreślają, że wyciek nie wygląda na stały i równomierny. Z wcześniejszych obserwacji wynika, że emisje z przewodu wentylacyjnego zmieniały się w czasie, a raport DSA zwraca uwagę na ich przerywany charakter.

Czytaj też: Amerykański okręt jak stare BMW. Skarbonka bez dna, której USA w porę nie porzuciły

Nowe ustalenia nie wskazują też na istotny wyciek z głowic torpedowych, a wcześniejsze działania zabezpieczające z połowy lat 90. (między innymi zaślepienie obszaru wyrzutni torped) nadal wyglądają na skuteczne. Obecne dane sugerują więc, że główny problem dotyczy reaktora i powiązanego z nim układu, a nie całego uzbrojenia wraku naraz. To zresztą jeden z ciekawszych paradoksów tej sprawy. Okręt był symbolem militarnej ambicji późnego ZSRR, ale po jego zatonięciu przynajmniej część działań osłonowych i monitoringowych okazała się zaskakująco rzeczowa. Nie oznacza to, że wszystko zrobiono idealnie ani że Rosja odsłoniła wszystkie techniczne szczegóły. Oznacza tylko tyle, że bez tych wcześniejszych interwencji i późniejszych norweskich badań wiedzielibyśmy dziś mniej, a ryzyko mogłoby wyglądać gorzej.

Dlaczego Morze Norweskie nie zamieniło się w skażoną strefę?

Tak – wyciek istnieje i nie – z dostępnych danych nie wynika, by oznaczał on dziś katastrofę dla rybołówstwa, fauny czy całego regionu. Norweski Instytut Badań Morskich już w 2019 roku podkreślał, że z powodu ogromnej głębokości i szybkiego rozcieńczania zanieczyszczeń wpływ na ryby oraz owoce morza jest znikomy. Podobny wniosek pojawia się w najnowszych omówieniach wyników, bo skażenie jest wykrywalne przy samym źródle, ale nie przekłada się obecnie na szeroką, łatwo uchwytną falę zanieczyszczenia środowiska. To jednak nie jest powód, żeby temat zbyć wzruszeniem ramion, bo rozcieńczanie nie usuwa źródła problemu, a tylko osłabia jego wpływ w danym momencie i miejscu. Reaktor dalej koroduje, wrak nie stanie się z biegiem lat młodszy, a pytanie nie brzmi już tylko “czy teraz jest groźnie”, ale też “jak szybko ten stan będzie się zmieniał”.

Czytaj też: 1600 ton i akumulatory litowo-jonowe. Włosi budują okręt podwodny nowej generacji

Na pierwszy rzut oka najprostsze rozwiązanie wydaje się oczywiste: skoro wrak przecieka, to trzeba go podnieść. Tyle tylko, że w praktyce od lat dominuje ocena, że pełne wydobycie “Komsomolca” byłoby ekstremalnie kosztowne i obarczone dużym ryzykiem uwolnienia dodatkowych radionuklidów. Ewentualne uwolnienie skażenia do atmosfery podczas operacji ratowniczej mogłoby mieć poważniejsze i bardziej długotrwałe skutki niż obecny, głębinowy i rozcieńczany wyciek do wody.

Źródła: PNAS, DSA, Havforskningsinstituttet, Gizmodo

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.