Szykujcie się na kilka godzin, żeby grę przygotować i ogarnąć
Apex Legends: Gra planszowa to nie byle pierwsza lepsza planszówka, po którą sięga się w chwilach nudy czy przy byle fascynacji oryginałem. Nie jest to może najbardziej skomplikowany czy rozbudowany tytuł na rynku, ale jest to gra ogromna, jeśli idzie o samo pudełko i jego zawartość (całość waży 6,4 kg) oraz (co najgorsze) sam poziom wejścia. Samo jej przygotowanie do stanu gotowości po odpakowaniu przesyłki wymagało ode mnie dobrych trzech godzin rozeznania się w elementach, wydłubania ich z kartonowych wyprasek i schowania do pudełka w sensowny sposób.
Czytaj też: Recenzja Gwint: Legendarna gra karciana. Oczekiwane rozczarowanie, ale i tak jest fajnie







Tutaj zresztą już zaczynają się schody. Wprawdzie producent zapewnia instrukcję całego pakowania, ale jest ona dosyć raczej ogólna, a nie precyzyjna do każdego jednego elementu. W tym stanie rzeczy nie pomagają niewielkie grafiki, na których zwyczajnie trudno doszukać się mniejszych elementów. Wersja polska ma też to do siebie, że część grafik w została przetłumaczona, a mała część nie, przez co narobiło się w tym pudle trochę początkowego chaosu.










Kiedy już się z tym uporamy i przeżyjemy fakt, że na pewno nie poskładaliśmy całości do kupy tak, jak przewidział to projektant wyprasek, to nadejdzie czas na zapoznanie się z instrukcją. Najpierw musimy skupić się na prawie 50-stronicowej instrukcji podstawowej, ale w pudełku znajdziemy drugą, podobnie obszerną “książkę” wchodzącą w szczegóły trybów gry, map oraz modyfikatorów. Najważniejsze jest jednak to, że już lektura tego pierwszego “kloca” pozwoli nam rozegrać pierwszą grę i choć z pozoru mogłoby się wydawać, że oto twórcy zrobili kawał dobrej roboty z wprowadzeniem, to moim zdaniem można było podejść do przygotowywania pierwszej gry znacznie lepiej.



Wystarczyło podzielić całe wprowadzenie na pierwszą grę skupiającą się na ruchu i strzelaniu, uprościć zasadę pola widzenia do zabawy z byle sznurkiem czy tasiemką ciągniętą od jednej postaci do drugiej, a potem dodać do tego zarządzanie ekwipunkiem i na koniec zamknąć całość poprzez wprowadzenie konceptu bohaterów-legend o unikalnych zdolnościach. Metoda małych kroczków w takiej grze spisałaby się idealnie. Tak przynajmniej uważam z perspektywy gracza, który musi tłumaczyć zasady innym, a przy tym woli podchodzić do pierwszej rozgrywki z instrukcją opanowaną przynajmniej w wysokim stopniu. W przypadku Apex Legends: Gra Planszowa to wyzwanie było dla mnie ogromne. Wprawdzie nie z rodzaju tych niemożliwych, ale ewidentnie takich, które dało się pokonać w przyjemniejszy sposób ot lepszym podejściem do wprowadzania gracza w cały ten koncept rozgrywki.


Kiedy już poradzimy sobie z wysoką poprzeczką co do wejścia w grę Apex Legends: Gra Planszowa, to od razu czeka na nas kolejne wyzwanie. Przygotowanie rozgrywki w tę produkcję nie jest łatwe i wymaga ogromnego stołu, bo musimy za każdym razem okiełznać ogromną ilość elementów i przygotować całą planszę do gry, co obejmuje mozolne nieco składanie budynków ze specjalnych papierowych elementów. Na ten proces trzeba poświęcić dobrą godzinę, więc trzymam kciuki, że możecie poświęcić jeden stół na rozłożenie tej gry i pozostawienie jej w nienaruszonym stanie na kilka rozgrywek. Zwłaszcza że pierwsze gry trwają ewidentnie dłużej niż obiecane przez producenta 60-90 minut.


Apex Legends: Gra Planszowa – wrażenia z grania
Na szczęście cały ten wysiłek związany z wejściem w grę nie idzie na marne, bo kiedy Apex Legends: Gra Planszowa wreszcie trafia na stół w pełnej gotowości, to bardzo szybko pokazuje, że twórcy nie poszli tutaj na skróty. To nie jest planszówka, która tylko nakleja znaną markę na zestaw przypadkowych mechanik. Fundament rozgrywki rzeczywiście próbuje oddać to, z czym Apex Legends kojarzy się najbardziej, a więc drużynową współpracę, ciągłe szukanie lepszej pozycji, improwizację w walce i podejmowanie decyzji pod presją, kiedy pole gry zaczyna się kurczyć. Sama konstrukcja gry mocno to wspiera, bo mamy tutaj legendy z własnymi zdolnościami, różne tryby starć, modułową trójwymiarową planszę, ekwipunek zbierany w trakcie meczu i w jednym z trybów pierścień, który zmusza graczy do konfrontacji zamiast biernego czekania na błąd przeciwnika. Modyfikacji i map jest zresztą w tej grze na tyle dużo, że na pewno nie będziecie się nudzić nawet po kilku rozgrywkach.



Najmocniej kupiło mnie jednak to, że strzelanie nie sprawia wrażenia doklejonego na siłę. W wielu adaptacjach gier wideo na planszę problem polega na tym, że samo “czucie” walki gdzieś wyparowuje i zostaje po nim wyłącznie suche rozpatrywanie statystyk. Tutaj jest inaczej. System walki opiera się na kartach, modyfikatorach, zasięgu, celności i obrażeniach, więc każda broń ma własny charakter, a do tego loot pozostaje ważny praktycznie przez cały mecz. To oznacza, że nowy celownik, lepsza kolba, dodatkowa amunicja albo dobrze dobrany przedmiot leczący potrafią odwrócić przebieg starcia, zamiast być tylko małym bonusem. W praktyce daje to bardzo przyjemne poczucie, że nie tylko przesuwamy figurki po planszy, ale rzeczywiście budujemy przewagę krok po kroku i pilnujemy tego, żeby nie trafić w pułapkę wroga. Zwłaszcza że taktyka w stylu szybkiej eliminacji może odwrócić się przeciwko nam, kiedy wrogowie powrócą na plansze, a my będziemy biegali po skrzyniach w poszukiwaniu amunicji, z której się wystrzelaliśmy.



Dobrze wypada też asymetria postaci. Każda legenda ma własny zestaw kart i własne narzędzia, więc skład drużyny ma znaczenie większe, niż początkowo mogłoby się wydawać. Nie chodzi tylko o prosty podział na “ta postać bije mocniej, a tamta lepiej wspiera”, ale o to, że cała drużyna zaczyna działać sensowniej dopiero wtedy, kiedy zrozumiemy, jak jej elementy się uzupełniają. Dzięki temu Apex Legends: Gra Planszowa najlepiej wypada wtedy, kiedy gracze naprawdę ze sobą współpracują, planują kolejność aktywacji, myślą o osłonie, liniach strzału i o tym, kto powinien ryzykować wejście po lepszy sprzęt. Wtedy ten tytuł pokazuje, że jest pełnoprawną taktyczną grą figurkową, a nie tylko widowiskową ciekawostką dla fanów marki. Widać to już przy graniu we dwójkę, choć sterowanie dwóch legend jednocześnie jest dosyć wymagające.




Nie znaczy to jednak, że w trakcie partii wszystko działa idealnie. Apex ma momenty, w których wyraźnie czuć planszówkową “biurokrację”. Rozpatrywanie niektórych akcji, pilnowanie żetonów, operowanie wyposażeniem i czytanie sytuacji na planszy potrafią spowolnić tempo, zwłaszcza gdy przy stole są osoby dopiero uczące się systemu. To trochę paradoks, bo sama gra chce być dynamiczna, agresywna i pełna krótkich zrywów, ale od czasu do czasu wpada w rytm bardziej analityczny niż intuicyjny. Nie wszystkim to będzie przeszkadzać, ale jeśli ktoś liczy na czystą, płynną akcję bez przestojów, to tutaj może się nieco odbić od ściany. Żonglerka zasobami również jest spora, więc obok głównego stołu, warto mieć dodatkową przestrzeń na elementy usunięte z gry, aby nie zawadzały one ciągle przy głównej planszy.

Mimo tego wszystkiego podczas grania w Apex Legends: Gra Planszowa bardzo łatwo wyczuć, że projektanci naprawdę rozumieli, co chcą przełożyć z ekranu na stół. Nie skopiowali gry wideo jeden do jednego, bo byłoby to bez sensu, ale zachowali jej najważniejszy kręgosłup. Jest presja, jest walka o pozycję, jest kombinowanie z uzbrojeniem, jest poczucie, że jedna dobra albo zła decyzja potrafi odmienić całą rundę. Do tego dochodzi bardzo duża regrywalność, bo sama podstawowa wersja oferuje różne tryby, moduły specjalne i układy map, więc kolejne partie nie muszą wyglądać tak samo. I właśnie dlatego, kiedy gra już ruszy i złapiemy wszystko bez konieczności przeglądania instrukcji co akcję, bardzo łatwo docenimy i zrozumiemy wyjątkowość tej taktycznej planszówki.
Recenzja Apex Legends: Gra Planszowa – podsumowanie
Apex Legends: Gra Planszowa nie jest tytułem, który poleciłbym każdemu bez zawahania. To gra wymagająca, duża, ciężka organizacyjnie i momentami wręcz zaskakująco uparta w tym, jak bardzo chce, żebyśmy zapracowali sobie na dobrą zabawę. Trzeba jej poświęcić czas, miejsce i trochę cierpliwości. Trzeba pogodzić się z tym, że pierwsze spotkania z nią będą bardziej przypominały wdrażanie się w system niż lekki wieczór z planszówką. Jeśli jednak ktoś ten próg wejścia zaakceptuje, dostanie w zamian grę, która ma własny charakter i potrafi dać naprawdę sporo satysfakcji. Zwłaszcza z opcjonalnymi modyfikatorami oraz w odpowiednim gronie, które zjadło zęby na grach wideo tego typu i wie, co to znaczy dobre pozycjonowanie.

Największa zaleta tego tytułu polega na tym, że pod całym ciężarem pudełka, instrukcji, insertu i dziesiątek elementów faktycznie kryje się bardzo solidna gra. Nie kolejny przypadek “fajnej licencji”, która żyje głównie tym, że jest rozpoznawalna, ale produkcja mająca pomysł na siebie. To widać również po tym, jak jest odbierana przez graczy. Na BoardGameGeek Apex Legends: The Board Game trzyma średnią około 7,93/10 przy 209 ocenach, więc mówimy o tytule, który nie wywołał masowego zachwytu, ale ewidentnie został dobrze przyjęty przez osoby szukające taktycznej rywalizacji.

Ja sam patrzę na Apex Legends: Gra Planszowa właśnie w ten sposób. Nie jako na planszówkę dla każdego fana gry wideo, nie jako na “bezpieczny” hit na każdą okazję, ale jako na rozbudowaną, ambitną adaptację, która wreszcie dowozi to, co w podobnych projektach zbyt często się gubi. Jest tu klimat, jest napięcie, jest bardzo przyjemna taktyczna głębia i jest poczucie, że nasze decyzje naprawdę mają znaczenie. Szkoda tylko, że całość została obudowana tak dużą ilością organizacyjnych przeszkód w momencie wejścia, bo przy nieco lepszym wdrożeniu nowych graczy i odrobinę sprawniejszym setupie mogłaby to być pozycja znacznie łatwiejsza do polecenia szerzej. W kwestii wykonania można z kolei przyczepić się wyłącznie do kartonowych budynków, które po ustawieniu nie są idealnie równe, co może powodować przechylanie się niektórych elementów.

Czytaj też: Recenzja imprezowej gry karcianej Sabotażysta: Edycja Rozszerzona (2025)
Apex Legends: Gra Planszowa udowodniła mi, że “planszodaptacje” gier wideo mają sens, ale tylko wtedy, kiedy twórcy naprawdę rozumieją, co w oryginale było najważniejsze i potrafią ubrać to w mechaniki, które bronią się także bez ekranu. Tutaj to się udało. Szkoda jedynie, że zanim usiądziemy do tej naprawdę dobrej gry, musimy najpierw przejść przez tyle niepotrzebnie stromych schodów. Szkoda też, że cena wynosi aż 509,95 złotych w sklepie firmy Rebel, która udostępniła nam egzemplarz do recenzji i nie obejmuje przynajmniej jednego opcjonalnego dodatku – opcji grania w pojedynkę.

