Armia USA dała robotom karabiny maszynowe! Żołnierze nie idą już pierwsi na pole walki

Najpierw miały nieść ekwipunek, a teraz dostają karabiny i wchodzą z żołnierzami na pole walki. Człowiek bowiem nie musi iść pierwszy i brać na swoje barki całego ryzyka. Potwierdzają to najnowsze ćwiczenia w surowych warunkach, które przeprowadziła Armia USA.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

Współczesne pole walki coraz rzadziej opiera się na schemacie, w którym człowiek niesie wszystko na plecach, sam wypatruje zagrożenia i sam ponosi niemal całe ryzyko pierwszego kontaktu. Drony, amunicja krążąca, ogień artylerii dalekiego zasięgu i potrzeba działania w rozproszeniu wymusiły kompletnie inne myślenie. Armie szukają dziś nie tylko mocniejszego uzbrojenia, ale też sposobu na rozdzielenie ciężaru, obserwacji i części zagrożenia między żołnierza a maszynę. W takim świecie ważne stają się nie tylko czołgi i bojowe wozy piechoty, ale również mniejsze platformy, które potrafią podwieźć zaopatrzenie tam, gdzie człowiek nie powinien wystawiać się bez potrzeby. Dlatego właśnie warto uważnie przyjrzeć się temu, co wydarzyło się w Joint Readiness Training Center (JRTC) w Luizjanie.

Robot Hunter Wolf wszedł do ćwiczeń bojowych. To nie był test w warunkach laboratoryjnych

101. Dywizja Powietrznodesantowa w ramach ostatnich ćwiczeń nie oglądała współczesnego robota na wystawie ani w sterylnym pokazie technologicznym. Zamiast tego sprawdziła robota Hunter Wolf w szeregu ćwiczeń bojowych, narzucając mu zadania pokroju przewożenia ładunku przez trudny teren, a nawet pełnienia funkcji “strażnika”, w czym pomagał mu zdalnie sterowany karabin maszynowy kalibru 12,7 mm. Pokazuje to przesunięcie od “robotycznego tragarza” do platformy, która zaczyna przejmować także część zadań związanych z osłoną i bezpieczeństwem.

Czytaj też: Ukraina trzymała to w sekrecie. Tajemnicza broń Koral wreszcie w obiektywie

Najważniejsze w tej historii nie sprowadza się do samego pojazdu. Równie istotne jest miejsce, w którym został sprawdzony. JRTC to bowiem nie jest byle typowy tor testowy, na którym sprzęt ma po prostu przejechać kilka kilometrów i dobrze wypaść na nagraniu. Ten ośrodek od lat opiera szkolenie na wymagających scenariuszach praktycznych, nieznanym i ograniczającym terenie, silnym przeciwniku pozorowanym, ciągłej presji działań oraz wspólnym treningu różnych rodzajów wojsk. Oficjalna charakterystyka mówi wręcz o “wysoce realistycznym i obciążającym” szkoleniu sił. Innymi słowy, jeśli amerykańska armia wrzuca tam nowe rozwiązanie, to zwykle nie po to, żeby się nim pochwalić, ale żeby zobaczyć, czy w ogóle ma w sobie praktyczny potencjał.

Program SMET od początku miał większe ambicje

Sama nazwa programu, w ramach którego funkcjonuje Hunter Wolf, wiele wyjaśnia. SMET, czyli Small Multipurpose Equipment Transport, nie powstał wyłącznie po to, aby odciążyć piechura z plecaka. Armia USA chciała, by taki pojazd potrafił podążać za drużyną, pokonać do 97 kilometrów dystansu w ciągu 72 godzin, działać bezzałogowo, być sterowany prostym kontrolerem, a w bardziej złożonych sytuacjach również z użyciem kamer i sterowania poza linią wzroku. Co ważne, wojsko od początku myślało o takich platformach także jako o nośnikach retransmisji łączności, rozpoznania i mobilnego źródła energii, bo wymóg projektu zakładał dostarczanie 1 kW podczas ruchu i 3 kW na postoju, więc nie był to ot zwykły robotyczny tragarz.

Czytaj też: Wyrwie dziurę w niebie przeciwnika. Francja szykuje broń na najgorsze godziny wojny

Program SMET nie zatrzymał się na pierwszym etapie. We wrześniu 2024 roku armia ogłosiła kontrakty inżynieryjno-prototypowe dla HDT Expeditionary Systems i American Rheinmetall Vehicles. Każda firma miała dostarczyć po osiem prototypów i teraz widzimy tego owoce, bo Hunter Wolf dobrze wpisuje się w ten sposób myślenia o nowoczesnym robocie-tragarzu z poszerzonym arsenałem sztuczek. Jest to hybrydowy pojazd 6×6 zdolny do przewożenia około 998 kilogramów ładunku, z zasięgiem przekraczającym 320 kilometrów, napędem z opcją działania w trybie cichym i na dodatek z układem generującym do 15 kW mocy elektrycznej.

Armia USA testuje tu szerszą filozofię walki

Hunter Wolf jest więc mniej opowieścią o jednym robocie, a bardziej o zmianie filozofii. Zresztą sama amerykańska armia mówi dziś wprost o ściślejszym łączeniu człowieka i systemów autonomicznych. Laboratoria DEVCOM ARL pracują nad autonomią terenową, komunikacją człowiek-robot w języku naturalnym, koordynacją systemów naziemnych i powietrznych oraz takimi zachowaniami maszyn, które wykraczają poza prostą jazdę od punktu A do punktu B. Najprościej mówiąc, chodzi o to, by człowiek nie musiał osobiście wykonywać każdej najgorszej części zadania. Jeśli bezzałogowiec lądowy może wysunąć się do przodu z amunicją, sprawdzić fragment drogi, podtrzymać łączność albo stanąć na chwilę w roli wysuniętego środka osłony, to dowódca dostaje więcej opcji działania. Nie zastępuje to piechoty. Nie zastępuje też klasycznych pojazdów, ale może odebrać ludziom część pracy, która jest ciężka, monotonna i niebezpieczna jednocześnie.

Czytaj też: Po co komu satelity na orbicie? Chiny dokonały przełomu w precyzji dla “lepszego GPS”

Nie ma jednak powodu, by udawać, że jesteśmy o krok od epoki robotycznych kompanii szturmowych. Szeroko zakrojone operacje autonomicznych pojazdów lądowych pozostają co najmniej dekadę od sensownej dojrzałości, choć część zadań (takich jak zaopatrzenie, wysunięte wsparcie czy działania ochronne) może wejść do służby wcześniej i na mniejszą skalę. Jeśli z kolei idzie o robota Hunter Wolf samego w sobie, to nie jest on wyjątkiem na skalę światową. Propagowany przez niego kierunek rozwoju widać też przy francuskim MT-10 integrowanym z robotyczną platformą ULTRO, słowackim robocie bojowym MRAZ 3 oraz ukraińskim KRAMPUS-ie. To różne konstrukcje i różne poziomy dojrzałości, ale wszystkie pokazują to samo – bezzałogowe platformy naziemne przestają być niszową ciekawostką.

Źródła: Army.mil, HDT Expeditionary Systems, National Defense Magazine, DVIDS

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.