Test Ninkear S13, czyli 13-calowego urządzenia 2w1 z Windowsem

Ostatnie dni spędziłem z Ninkear S13, czyli 13-calowym urządzeniem 2w1, które bardzo wyraźnie próbuje wejść tam, gdzie zwykle patrzymy w stronę sprzętów pokroju Microsoft Surface Pro. Czy jest to tani laptop/tablet którego potrzebujecie, czy może tylko kolejny ot tablet z Windowsem, który tylko dobrze wygląda na papierze, a później zaczyna przypominać, dlaczego droższe konstrukcje kosztują więcej?
Test Ninkear S13, czyli 13-calowego urządzenia 2w1 z Windowsem

W teorii wszystko w Ninkear S13 się zgadza. Odpinana klawiatura w formie etui z gumką na rysik, dotykowy ekran wysokiej rozdzielczości, rysik, Windows 11 Pro i podzespoły, które mają wystarczyć do pracy, Internetu, notatek i lekkiej mobilnej codzienności. Pytanie tylko, czy za niższą ceną kryje się sensowna alternatywa, czy raczej sprzęt zbudowany wokół oszczędności, które wychodzą na jaw dopiero po dłuższym kontakcie?

Pudełko i dołączone wyposażenie

Ninkear S13 dociera do nas w grubym, białym pudełku zamykanym magnetycznie i już sam ten detal sugeruje, że producent ewidentnie chciał zrobić dobre pierwsze wrażenie, sugerując nawet sprzę ze znacznie wyższej półki. W środku, poza samym tabletem, znajdziemy klawiaturę magnetyczną na złącze POGO, zasilacz, przewód do niego, wymagający ładowania po USB-C rysik obsługujący 4096 poziomów nacisku, dokumentację oraz zestaw naklejek, a w tym również te na klawiaturę dla bardziej nietypowych oznaczeń regionalnych (w tym polskich). Pamiętajcie jednak, że zastosowanie naklejek powoduje całkowite zasłonięcie podświetlenia czcionki.

Sam pakiet startowy wypada więc dobrze, bo sprzęt tego typu żyje właśnie dodatkami. Bez klawiatury staje się po prostu cięższym tabletem z Windowsem, a bez rysika traci część sensu jako mobilne narzędzie do notatek czy szkicowania. Ninkear dorzuca więc wszystko, co powinno się znaleźć w sprzęcie tego typu.

Jakość wykonania i projekt Ninkear S13

Główna jednostka urządzenia została wykonana ze stopu aluminium i magnezu, więc pod tym względem trudno mówić o rozczarowaniu. Ba, tablet w kwestii wykonania sprawia bardzo dobre wrażenie, jest sztywny, dobrze spasowany i nie daje poczucia obcowania z tanią plastikową wydmuszką. Sama bryła w srebrnym kolorze wypada estetycznie, a wymiary 300 x 195 x 10 mm są jak najbardziej akceptowalne, jak na 13-calowe urządzenie tego typu.

Nie da się jednak przejść obojętnie obok masy, bo sam tablet waży około 850 gramów, a jest to już wartość, którą odczuwa się wyraźnie podczas dłuższego korzystania w trybie typowo tabletowym. Przypomina to zresztą nieustannie, że taki sprzęt jest bliżej spokrewniony z ultrabookiem bez klawiatury niż z klasycznym mobilnym tabletem. Po podłączeniu klawiatury waga rośnie do około 1235 gramów, ale wtedy paradoksalnie odbiór całości staje się lepszy, bo zaczynamy traktować S13 bardziej jak lekkiego laptopa niż przerośnięty tablet.

Jeśli idzie o elementy zewnętrzne, to na górnej krawędzi znalazł się przycisk zasilania i dwa otwory wentylacyjne po bokach, po lewej tradycyjna belka regulacji głośności, a po bokach dodatkowe wloty chłodnego powietrza. Z tyłu producent zastosował z kolei stopkę odchylaną do 155 stopni i właśnie ten element (tuż po obudowie) okazuje się jednym z najmocniejszych punktów całego projektu. 

Tego typu podstawka jest solidna, działa pewnie i pozwala dobrze ustawić ekran na blacie, a to wszystko bez wrażenia, że całość zaraz zacznie się chwiać. Problem? Nie ma żadnej gumowej osłonki, więc w efekcie każde przesunięcie powoduje haratanie metalu o blat. Ała. Niestety jednak w moim egzemplarzu po kilku dniach podkładka zaczęła się okazjonalnie zacinać, wymagając użycia dodatkowej siły przy składaniu. Wtedy też przejrzałem testy innych recenzentów Ninkear S13, ale nie znalazłem w nich żadnych wzmianek o tym problemie, więc zakładam, że dręczy on tylko część sztuk, a ja mogłem mieć ot pecha. 

Ninkear w kwestii portów zszedł poniżej poziomu, który można uznać za naprawdę wygodny w typowych zastosowaniach laptopa. Rozumiem oczywiście kompromisy wynikające z formy tabletu, ale do dyspozycji dostajemy tylko dwa USB 3.2 Gen2 typu C z obsługą DisplayPort 1.2 i ładowania oraz jedno USB 3.2 Gen1 typu A. Nie ma klasycznego złącza audio 3,5 mm, nie ma dodatkowego wyjścia wideo i tym samym nie ma niczego, co pozwalałoby mówić o większej swobodzie bez sięgania po przejściówki lub HUBa. Jak na urządzenie próbujące wypełnić przestrzeń między tabletem a laptopem, jest to dość bolesne ograniczenie. Zwłaszcza jeśli myślimy o nim jako o sprzęcie do pracy w drodze, bo wtedy każdy dodatkowy adapter staje się kolejną rzeczą do noszenia.

Klawiatura i touchpad jako yin i yang tego urządzenia

Doczepiana klawiatura w Ninkear S13 to typowa wyspowa konstrukcja o bardzo niskim skoku aktywacji mechanizmu przycisków bez sekcji numerycznej. Została pokryta tworzywem o lekko gumowej fakturze, które jest przyjemne w dotyku, ale niestety bardzo chętnie zbiera odciski palców. Łączy się z tabletem za pomocą magnetycznego mechanizmu i pinów pogo, a po zamknięciu pełni też funkcję etui ochronnego. 

W swojej podstawowej roli klawiatura sprawdza się naprawdę dobrze i trudno mieć do niej większe pretensje, choć nie możemy przymykać oka na to, że ugina się praktycznie na całej powierzchni. Jest to naturalnie typowe w takich konstrukcjach, ale i tak warto mieć to na uwadze. Same klawisze zostały już wykonane z twardszego, satynowego plastiku, który jest zwyczajnie praktyczniejszy, a ich użyteczność podbito subtelnym białym podświetleniem. Najważniejsze jest to, że w nocy rzeczywiście się przydaje… o ile dacie sobie spokój z naklejkami.

Znacznie gorzej wypada sam gładzik umieszczony w centrum pod klawiaturą. Jest bowiem na  tyle mały, a sam klik jest tak sztywny i nierówny między lewym i prawym (ten lewy w moim egzemplarzu klika się dwukrotnie), że zwyczajnie myszka staje się nie dodatkiem, a koniecznością. O ile wielkość nie przeszkadza aż tak w prowadzeniu kursora, to wielokrotnie zdarzało mi się klikać tak, że aktywowałem oba przyciski (LPM i PPM). Innymi słowy, działa, ale do zachwycających jakością ewidentnie nie należy.

Audio, mikrofon i dwie kamery. Dobrze to nie wygląda

Ninkear S13 został wyposażony w dwa głośniki o mocy 2 watów każdy, które to zostały umieszczone po bokach z przodu urządzenia. Nie ma tu żadnego dedykowanego głośnika niskotonowego i słychać to od razu. Dźwięk jest cienki, płaski, mało szczegółowy i zwyczajnie pozbawiony charakteru tonów niskich. Oczywiście jednak do obejrzenia byle filmu czy odsłuchiwania czegokolwiek  funkcjonalnego taki duet wystarczy, ale nie ma tu nic, co zachęcałoby do dłuższego słuchania.

Mikrofon wypada z kolei równie poprawnie. Rozmówcy nie mają większego problemu ze zrozumieniem tego, co mówimy, ale słychać wyraźnie, że nie jest to poziom, który dawałby przyjemność z regularnych wideorozmów. Zwłaszcza że jeszcze gorzej jest z kamerkami, jako że zarówno przednia, jak i tylna oferują jakość rodem sprzed kilku lat. Obraz jest zaszumiony i tak niskiej jakości, że nawet trudno w to uwierzyć.

Do tego dochodzi brak jakiejkolwiek biometrii, bo w Ninkear S13 nie ma ani kamery IR do rozpoznawania twarzy, ani czytnika linii papilarnych. To akurat ogromny problem, bo w sprzęcie, który próbuje wyglądać na nowoczesne mobilne narzędzie do pracy, taki brak jest czymś, co po prostu odczuwa się w codziennym użytkowaniu.

Test wyświetlacza IPS w Ninkear S13

Ramki wokół ekranu nie są przesadnie grube, choć ich zaokrąglenie daje dość osobliwy efekt, bo przy samych krawędziach obraz jest minimalnie “ścięty”. To nie jest wada, która utrudnia korzystanie ze sprzętu, ale jednak zwraca to uwagę po przejściu z typowego monitora. Szkoda tylko, że znacznie ważniejszy od samych ramek ekran nie broni się już tak dobrze, jak sugeruje specyfikacja, bo to właśnie wyświetlacz miał być jedną z głównych zalet tego urządzenia. Mówimy przecież o 13-calowym panelu IPS w proporcjach 16:10 i rozdzielczości 2560 x 1600 pikseli, a więc zestawie, który zapowiada się sensownie w sprzęcie do pracy, notatek i przeglądania internetu. Zwłaszcza że do tego producent obiecuje pełne pokrycie sRGB, więc na poziomie samych założeń łatwo dojść do wniosku, że Ninkear S13 przynajmniej ekranem będzie próbował nadrabiać resztę kompromisów. Niestety, właśnie tutaj ten sprzęt zaczyna tracić grunt pod nogami.

Zacznijmy od jasności. Mój pomiar pokazał maksymalnie 230,6 cd/m², a to po prostu zbyt mało na każdą scenerię, jak na błyszczącą matrycę, która z natury lubi “zbierać” odbicia. Przy 50% jasności robi się jeszcze mniej komfortowo, bo ekran schodzi wtedy do 120 nitów. W domu da się z tym żyć, ale wystarczy usiąść bliżej okna albo pracować w mocniej oświetlonym miejscu, żeby wyraźnie poczuć ograniczenia tego panelu. Nie pomaga też kontrast, który przy maksymalnej jasności wynosi tylko 770:1. Jak na IPS-a nie jest to poziom tragiczny, ale zdecydowanie nie taki, który pozwalałby mówić o szczególnie przyjemnym, głębokim obrazie.

Kwestia kolorów również nie zachwyca. Mój pomiar wykazał 87% pokrycia sRGB, 67% AdobeRGB i 67% DCI-P3 i choć jest to wynik lepszy niż w najtańszych laptopach z byle jakim ekranem, to nadal zbyt skromny, by traktować Ninkear S13 jako narzędzie do czegokolwiek więcej niż podstawowa praca i konsumpcja treści. Taki gamut nie daje już przestrzeni do poważniejszego myślenia o obróbce zdjęć czy pracy z grafiką, a sam obraz od początku sprawia wrażenie lekko przygaszonego i pozbawionego nasycenia tam, gdzie powinien wyglądać żywiej.

Fabryczne ustawienia dodatkowo tego nie ratują. Gamma na poziomie 2,8 jest po prostu zbyt wysoka, więc obraz robi się za ciemny w średnich tonach i traci naturalną lekkość, którą powinien mieć przy typowym użytkowaniu. Temperatura barwowa w skali szarości utrzymuje się z kolei w okolicach 8400-9100 K, a więc wyraźnie powyżej neutralnego punktu bieli. Efekt jest łatwy do zauważenia gołym okiem, bo biel wpada tutaj w chłodny, lekko niebieskawy odcień. Sama dokładność kolorów nie wygląda źle wyłącznie w oderwaniu od reszty, bo średni Delta E wynosi 2,22, ale maksymalny dobija do 7,92, więc niektóre barwy potrafią już uciekać wyraźnie dalej od tego, co powinny pokazywać.

Do tego dochodzi nierówność panelu. Jednorodność luminancji przy 100% jasności wypada przeciętnie, bo różnice względem najjaśniejszego punktu dochodzą do 17%, a to już poziom, który widać przy jaśniejszych planszach i jednolitych tłach, po prostu patrząc na lewą i prawą krawędź ekranu. Jednorodność kolorystyczna wygląda nieco lepiej, ale nadal nie idealnie, bo odchylenia Delta E względem najlepszego punktu sięgają do 5,2. Innymi słowy, to nie jest ekran, który daje poczucie porządnie dopracowanego panelu na całej powierzchni.

Szkoda, bo Ninkear S13 nadrabia tam, gdzie łatwo to zauważyć na pierwszy rzut oka. Obraz jest ostry, kąty widzenia stoją na dobrym poziomie, a dotyk i obsługa rysika działają bezproblemowo. Tyle że w tym przypadku to za mało, żeby uznać wyświetlacz za jakiś wyróżnik całego urządzenia. Ostatecznie jest to ekran, który dobrze wypada w teorii, ale już po pierwszych pomiarach i dłuższym kontakcie wyraźnie pokazuje, że jest ot przeciętny. Daleko mu do poziomu tragicznego, ale też bardzo daleko do ideału. Jeśli więc liczycie na panel, który będzie jednym z głównych argumentów za zakupem Ninkear S13, to właśnie tutaj czeka was największy zawód.

Co ma do zaoferowania Ninkear S13 pod maską?

Sercem tego laptopo-tableta jest Intel Core Ultra 5 115U z rodziny Meteor Lake i już sama końcówka “U” powinna studzić oczekiwania, bo mówimy o niskonapięciowym układzie nastawionym nie na wysoką moc, ale na oszczędność energii. Intel deklaruje dla niego poziom PBP rzędu 15 watów, a sama budowa tego procesora również nie zostawia złudzeń, że jest to mniej zaawansowana jednostka do lżejszej pracy. Do dyspozycji mamy tylko dwa rdzenie wydajnościowe, cztery energooszczędne oraz dwa dodatkowe LP E-Core, co łącznie daje osiem rdzeni i dziesięć wątków.

Maksymalne taktowanie dla rdzeni Performance dochodzi do 4,2 GHz, ale to tylko fragment prawdy, bo w praktyce ten procesor nie jest projektowany z myślą o długotrwałym utrzymywaniu wysokiej wydajności. Do tego dochodzi NPU o mocy 11 TOPS, które nie wystarcza do postawienia go w jednym rzędzie z nowszymi konstrukcjami szykowanymi pod bardziej zaawansowane funkcje SI. Ten zestaw domyka zintegrowana grafika Intel Graphics z trzema rdzeniami Xe i taktowaniem do 1,8 GHz, czyli bardzo podstawowa integra, po której nie należy oczekiwać cudów.

Na pokładzie znalazło się też 16 GB pamięci LPDDR5 6400 MT/s, a to akurat przyzwoita wartość, bo do codziennych zastosowań i pracy biurowej taka ilość pamięci nadal jest solidnym punktem wyjścia. Trzeba jednak pamiętać, że kości są wlutowane na stałe, więc późniejsza modernizacja nie wchodzi w grę. Z jednej strony to typowe dla LPDDR, ale z drugiej, kupując ten sprzęt, od razu musicie zaakceptować zamkniętą drogę rozbudowy.

Dysk SSD również zdradza bardziej budżetowy charakter konstrukcji, bo jest to niemarkowy nośnik NS1T0BSSD530 na PCIe 3.0 x4 i NVMe 1.4 o pojemności 1024 GB. Pojemnością więc wprawdzie nie rozczarowuje, ale już samą responsywnością podczas przerzucania większych plików potrafi przypomnieć, że nie obcujemy z najnowszą klasą magazynów danych. Producent nie przewidział też prostego dostępu do wnętrza (byle śrubek w Ninkear S13 nie uświadczycie), więc nawet wymiana dysku nie zapowiada się na coś wygodnego.

Tego typu “tajemnica” co do budowy wnętrza Ninkear S13 zmusza też do domysłów w zakresie tego, co kryje się dokładnie w tym laptopie w kwestii chłodzenia. Odpowiedź na to jest jednak dosyć prosta – tradycyjnej (i głośnej) turbiny tu nie uświadczymy, ale dwa wentylatory ewidentnie ciągle pracują nad zasysaniem zimnego powietrza z boków, rozpraszaniem ciepła z radiatorów i wyrzucaniem gorącego powietrza poza górną krawędź. 

Co ciekawe, nie mamy żadnej kontroli nad ich działaniem (odpowiada za nią wyłącznie Windows), ale trudno przyczepić się do ich pracy. Przynajmniej w kwestii hałasu, bo pod pełnym obciążeniem ten wynosi 37-38 dBa, co sprawia, że łatwo o tych wentylatorach całkowicie zapomnieć przy byle muzyce. Zwłaszcza kiedy nie robimy niczego poważnego, bo wtedy nie przypominają o sobie nagłym zrywem czy nawet specjalnie słyszalnym szumem. Nie oznacza to jednak, że przy takiej kulturze pracy procesor działa na pełnych obrotach, choć potrafi się bardzo rozgrzać (do ponad 90 stopni Celsjusza) i nadal nie wymuszać od wentylatorów wzmożonej pracy.

W praktyce zastosowany układ chłodzenia radzi sobie przyzwoicie w parze z takim procesorem. W teście wielowątkowym w Cinebench R23 rdzenie P początkowo osiągają poziom prawie 4,2 GHz, ale nie trwa to długo. Po chwili zegary spadają i to blisko poziomu 2,3-2,5 GHz, czego efektem jest średnia wszystkich rdzeni na poziomie 2,094 GHz. Winowajca? Na pewno sam procesor z serii -U, który rządzi się w tej wersji własnymi energetycznymi prawami i widać to po zużyciu mocy (szczytowo 39 watów, przeciętnie 15 watów). Poziom temperatury powyżej 90 stopni mówi jednak sam za siebie – chłodzenie jest tutaj zastosowane nie po to, aby nadawać priorytet wydajności, a komfortowi pracy.

Ninkear S13 test stabilności

Wydajność Ninkear S13

Na samym początku ustalmy najważniejsze – Ninkear S13 nie miał być na żadnym etapie potworem wydajnościowym. Ma pojemny dysk, solidny pokład pamięci RAM, dobre chłodzenie, ale poza tym “tylko” stricte mobilny procesor zoptymalizowany pod wydajność zasilania, a nie potęgę obliczeniową, co podkreśla fakt brak wyjątkowo wydajnego procesora graficznego. W skrócie? Podstawowe programy jak najbardziej na nim odpalicie, ale byle praca na czymś bardziej zaawansowanym nie będzie już przebiegać w sposób płynny i szybki. Gry? Tutaj też nie liczcie na coś wielkiego. Starsze produkcje 3D, gry 2D czy prostsze graficznie tytuły działają na Ninkear 13 w sposób przeciętny/dobry, ale byle większa gra jest na nim kompletnie niegrywalna, czego świetnym przypadkiem jest Cyberpunk 2077 odpalony na najniższych ustawieniach. Innymi słowy, to sprzęt całkowicie biurowy, a nie gamingowy.

Wchodząc głębiej w liczby z benchmarków, potęga obliczeniowa Ninkear S13 zdradza się tak naprawdę sama. Naturalnie różni się już na poziomie trybu pracy, bo wypada lepiej w trybie zasilania sieciowego, a nie akumulatorowego.

Akumulator i czas pracy na jednym ładowaniu

Ninkear S13 jest zasilany za pośrednictwem jednego złącza USB-C, a dołączona do zestawu 65-watowa ładowarka jest w pełni wystarczająca zarówno do pracy pod pełnym obciążeniem, jak i jednoczesnym ładowaniem 42-Wh akumulatora. Podczas zasilania przy pełnym naładowaniu ładowarka pobiera 24-28 watów podczas benchmarku Cyberpunka 2077, a samo ładowanie zamyka się nie w obiecanych 65 watach, a ~24 watach. Sprawia to, że proces ładowania trwa około godziny do 50%, dwóch godzin do 90% i dobre 150 minut do 100% niezależnie od tego, czy na laptopie pracujecie, czy pozostawicie go samemu sobie.

Czytaj też: Test MSI Prestige 16 Flip AI+ C3MTG-067PL. Ultrabook z nowym procesorem Intela

Czytaj też: Test GIGABYTE GAMING A16 Pro DYH, czyli rozsądny laptop z RTX 5080 bez ceny z kosmosu

Akumulator o pojemności 42 Wh nie jest zbyt imponujący jak na 13-calowe urządzenie z Windowsem. Producent obiecuje jednak do 8 godzin pracy i trzeba przyznać, że nie są to gruszki na wierzbie, ale tylko pod warunkiem, że nie oczekujecie tych 8 godzin w bardziej wymagającym scenariuszu i potraktujecie sprzęt łagodnie. Test w PCMark 10 Modern Office wykazał wytrzymałość na poziomie 6 godzin i 50 minut przy 100-procentowej jasności ekranu i ustawieniu zrównoważonym. Wynik 8 godzin jest więc w zasięgu niższej jasności oraz profilu energooszczędnego, ale jeśli robicie coś bardziej wymagającego (np. programowanie w Unity), to jedno ładowanie wystarczy Wam na jakieś 2-3 godziny pracy. Innymi słowy, żadne zaskoczenie.

Test Ninkear S13 – podsumowanie

Ninkear S13 jest jednym z tych sprzętów, które początkowo robią naprawdę dobre wrażenie, bo sprzedają bardzo kuszącą wizję. Tablet z Windowsem, sensownie wykonana obudowa ze stopu aluminium i magnezu, odpinana klawiatura, rysik w zestawie, przyzwoita podstawka i forma, która rzeczywiście potrafi zastąpić zarówno prostego laptopa, jak i większy tablet do notatek czy przeglądania internetu. Problem polega na tym, że im dłużej korzystacie z tego urządzenia, tym wyraźniej zaczynacie dostrzegać, gdzie producent szukał oszczędności i dlaczego sprzęty pokroju Surface Pro nie kosztują tyle, co przypadkowy tablet z Windowsem od mniej znanej marki.

Najbardziej boli to, że Ninkear S13 nie przegrywa tam, gdzie można było się tego spodziewać, czyli wyłącznie na wydajności. Intel Core Ultra 5 115U robi tutaj dokładnie tyle, ile powinien robić niskonapięciowy procesor do lekkiej pracy, a ciche chłodzenie wręcz pokazuje, że producent świadomie postawił bardziej na komfort niż na próbę wyciskania ostatnich procent mocy. Problemem są za to elementy, które miały ten sprzęt bronić. Ekran okazuje się co najwyżej przeciętny i rozczarowuje zarówno jasnością, jak i kolorami. Touchpad jest po prostu słaby. Głośniki, mikrofon i obie kamerki również nie dają powodów do zadowolenia, a brak biometrii w sprzęcie nastawionym na mobilną pracę zwyczajnie razi. Do tego dochodzi bardzo ograniczony zestaw portów, który szybko przypomina, że bez przejściówek i HUB-a daleko tu nie zajedziecie.

Czytaj też: Test Ninkear S14 – zawodnik wagi lekkiej

To nie jest jednak sprzęt kompletnie nieudany. Wręcz przeciwnie, Ninkear S13 ma kilka cech, które da się zwyczajnie polubić. Dobrze wykonana główna bryła, przyzwoita klawiatura, sensowna podstawka, bezproblemowy dotyk, poprawna obsługa rysika i czas pracy na akumulatorze, który w lekkich zadaniach potrafi dobić do sensownych wartości, sprawiają, że ten model da się traktować jako narzędzie do prostych obowiązków. Pisanie, notatki, praca biurowa, Internet, filmy i mobilna codzienność – właśnie w takim środowisku S13 ma najwięcej sensu. Nie jest to jednak sprzęt, który wybacza wysokie oczekiwania. Im bardziej chcecie widzieć w nim coś więcej niż podstawowe urządzenie 2w1, tym szybciej zaczniecie odbijać się od jego ograniczeń.

Ostatecznie Ninkear S13 dostępny za 659 euro (około 2800 zł) z kodem S13Ninkear jest więc sprzętem, którego sens zakupu zależy prawie w całości od ceny (aktualnie ta wynosi około 3000 zł w polskich sklepach) i świadomości kompromisów. Jeśli traficie go wyraźnie taniej od markowych alternatyw i od początku wiecie, że kupujecie prosty komputer 2w1 do niespecjalnie wymagających zadań, to można go obronić. Jeśli jednak liczycie na taniego Surface’a z prawdziwego zdarzenia, to właśnie ten model bardzo szybko przypomni wam, że sama forma nie wystarczy. Ninkear S13 nie jest zły, ale zdecydowanie zbyt często sprawia wrażenie sprzętu, który najlepiej wygląda przed zakupem, a nie po kilku dniach realnego użytkowania, podczas których mogą wyjść spore problemy w samej konstrukcji i to z rodzaju tych, które trzeba reklamować u sprzedawcy.

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.