Nowy rower Salsy wchodzi na miejsce legendy. Warbird właśnie schodzi ze sceny

Koniec jednej z ikon gravela. Nowy Salsa Flyway robi więcej, szerzej i niestety dużo drożej, a przy tym wszystkim zdradza, dokąd ucieka dziś cały rynek rowerów do podbijania dróg szutrowych.
Nowy rower Salsy wchodzi na miejsce legendy. Warbird właśnie schodzi ze sceny

Segment rowerowy typu gravel przez lata próbował udawać, że wszystko da się rozdzielić grubą kreską. Tu rower do ścigania, tam maszyna na wyprawę, a gdzieś obok bardziej przystępny model dla tych, którzy po prostu chcą zjechać co jakiś czas z asfaltu, a przy tym nie potrzebują jakiejś terenowej bestii. Problem w tym, że sam rynek już dawno przestał respektować taki porządek. Trasy stawiane przed gravelami robią się trudniejsze, opony stają się coraz szersze, a geometria mniej przypomina dawną “szosę z większym prześwitem”. W 2026 roku nie wystarczy już po prostu zbudować lekkiego gravela i nazwać go wyścigowym i w takim właśnie momencie firma Salsa wyciąga z rękawa Flywaya i jednocześnie porządkuje resztę swojej szutrowej oferty.

Warbird był rowerem z epoki, w której gravel chciał jeszcze udowadniać, że jest szybki. Flyway wygląda już jak sprzęt z czasów, w których nikt nie musi tego udowadniać, bo rynek oczekuje dziś przede wszystkim stabilności, komfortu i szerszego pola zastosowań.

Salsa Flyway nie zastępuje tylko Warbirda. On pokazuje, jak bardzo zmienił się gravel

Salsa nie ukrywa, że nowy rower Flyway ma być dla firmy “performance gravel bike”, czyli platformą szybszą i lżejszą od Journeyera, a jednocześnie mniej wyprawową niż Cutthroat i Fargo. Producent sam porównuje go bezpośrednio do Warbirda i przekonuje, że nowa rama waży prawie tyle samo, a przy tym oferuje więcej praktycznych cech. W grę ma wchodzić większy prześwit na opony, zgodność z amortyzowanym widelcem i więcej opcji przewożenia ekwipunku. Według Salsy udało się też ograniczyć drgania docierające od tylnego koła do rowerzysty o 20% i podnieść sztywność boczną o 3% względem Warbirda. W skrócie? Więcej uniwersalności bez całkowitego porzucania sportowego DNA.

Czytaj też: Minimalizm na pokaz czy sprytna rowerowa inżynieria? Nie zgadniesz, gdzie upchnęli cały napęd

Flyway dostał progresywną geometrię z dłuższym reach’em, krótszym mostkiem, niższym suportem i łagodniejszym kątem główki ramy. W praktyce oznacza to rower, który ma dawać więcej pewności przy wyższej prędkości i na trudniejszym terenie, ale bez całkowitej utraty reaktywności. Krótkie tylne widełki o długości 425 mm mają podtrzymać żywe prowadzenie, a bardziej stromy kąt rury podsiodłowej ma poprawiać przenoszenie mocy. To już typowa geometria gravela, który zakłada, że użytkownik regularnie wjedzie w gorszą nawierzchnię i nie spanikuje, gdy trasa zrobi się mniej przewidywalna.

Jeszcze ciekawsze są konkrety. Rama przyjmuje opony 700c x 50 mm, widelec aż 700c x 57 mm, a całość jest przygotowana pod widelce amortyzowane o skoku 40 mm. Do tego dochodzi zgodność z napędami z przednią przerzutką elektroniczną, hak SRAM UDH, suport T47, prowadzenie przewodów przez stery, możliwość montażu błotników i bagażnika oraz opcja użycia kół 650b z oponą o szerokości do 51 mm. Innymi słowy, Flyway nie zamyka się w jednym scenariuszu użycia. Pytanie tylko, czy każdy rower nazwany wyścigowym naprawdę musi dziś umieć niemal wszystko?

Czytaj też: 32 cale przestają być dziwactwem. Ten rower można już po prostu kupić

Salsa mocno podkreśla też stronę użytkową. Mniejsze rozmiary mieszczą dwa bidony w głównym trójkącie, większe trzy, do tego dochodzą mocowania pod torby i dodatkowe punkty montażowe na widelcu. To rozsądne, ale jednocześnie symboliczne – Flyway nie jest już rowerem projektowanym wyłącznie wokół bicia rekordów i wygrywania wyścigów. Nawet producent mówi o nim jako o sprzęcie zdolnym zarówno do ścigania, jak i dalszych wypadów na wyprawy.

Dwa włókna węglowe, waga poniżej 10 kg i cena bodąca w zdrowy rozsądek

Flyway występuje z ramą w dwóch wersjach karbonu. Salsa tłumaczy, że odmiana DLX korzysta z bardziej zaawansowanego włókna węglowego, co pozwala zejść z masą o około 150 gramów względem standardowej ramy, przy zachowaniu podobnej sztywności i charakteru jazdy. Efekt? W przypadku kompletnego Flyway C GRX 610 mówimy o masie około 9,9 kg w rozmiarze Medium/Large. To wynik dobry, ale nie taki, który sam z siebie zamyka dyskusję o sensie zakupu. Zwłaszcza że wraz z kolejnymi generacjami graveli łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że każdy dodatkowy milimetr prześwitu i każdy dodatkowy punkt montażowy automatycznie oznacza lepszy rower, a niekoniecznie tak jest.

Wchodząc w temat cen rowerów tego typu, tradycyjnie najlepiej usiąść. Te rowery są sprzedawane bezpośrednio tylko w Ameryce Północnej, a ich ceny po przeliczeniu zamykają się w przedziale od 13040 zł za podstawowego Flyway C GRX 610 i aż do 44730 zł za topowego DLX RED XPLR. Sam frameset DLX to z kolei około 10430 zł. Innymi słowy, jest to typowa półka premium, jednoznacznie określającą aktualną hierarchię rowerów w ofercie Salsa.

Czytaj też: Gigant w pułapce ewolucji. Rower Propel lżejszy, sztywniejszy i szybszy, ale ciągle taki sam?

Model Cutthroat pozostaje karbonową maszyną pod ultra i długie trasy mieszane, Fargo zostaje stalowo-tytanowym wozem na dalsze wyprawy i bardziej terenowe przygody, a Journeyer nadal pełni funkcję najłatwiejszego wejścia w świat szutru, z wygodniejszą, bardziej wyprostowaną pozycją i ceną, która nie odstrasza tak brutalnie jak wycena Flyway. To zresztą sprawia, że sama premiera Flywaya nabiera sensu, bo firma Salsa nie stworzyła po prostu kolejnego modelu między innymi modelami. Ona uporządkowała swój gravelowy katalog tak, by klient od razu wiedział, czego szuka i Flyway jest w tym układzie modelem typowo “do wszystkiego”.

Źródła: Salsa Cycles, Bike Rumor

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.