Ostatni taki niszczyciel wszedł na służbę USA. Nowa epoka już za rogiem

Potęga marynarki wojennej bierze się z dziesiątek okrętów, które trzeba zbudować, sprawdzić, uzbroić, obsadzić załogą i utrzymać w dobrym stanie technicznym przez dekady. Dlatego właśnie postanowiłem poświęcić kilka minut wyjątkowemu okrętowi USA, który właśnie symbolicznie skończył pewną ciekawą epokę na morzu. Zwłaszcza z perspektywy Amerykanów.
Ostatni taki niszczyciel wszedł na służbę USA. Nowa epoka już za rogiem

Właśnie rozpoczęły się próby morskie okrętu USS Patrick Gallagher (DDG 127) i wbrew pozorom, nie chodzi wyłącznie o byle kolejny niszczyciel rakietowy, który po testach ma trafić do floty. Chodzi o okręt stojący na granicy dwóch etapów: sprawdzonej, wielokrotnie modernizowanej linii Arleigh Burke Flight IIA oraz nowszych jednostek Flight III, które są projektowane już pod ostrzejsze wymagania obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

USS Patrick Gallagher wypłynął na próby morskie jako ostatni Flight IIA

USS Patrick Gallagher został zbudowany przez General Dynamics Bath Iron Works w Bath w stanie Maine i w ostatnich dniach kwietnia 2026 roku rozpoczął próby morskie przed przekazaniem Marynarce Wojennej USA. Okręt opuścił tym samym stocznię i wyszedł na otwarte wody, gdzie sprawdzane są między innymi napęd, manewrowość, wytrzymałość oraz współpraca systemów pokładowych. Stanowi to etap poprzedzający formalną akceptację jednostki przez marynarkę, a więc moment, w którym przestaje się mówić tylko o ukończeniu budowy, a zaczyna o gotowości okrętu do wejścia do floty.

Czytaj też: Kilka lat temu w to nie wierzyłem. Teraz firma z USA pokazała klasę w przestworzach

Najważniejsze jest jednak to, co kryje się pod jego poszyciem, bo DDG 127 to akurat ostatni niszczyciel Arleigh Burke w konfiguracji Flight IIA, podczas gdy nowsza linia Flight III zaczęła się od DDG 125-126 i ma być kontynuowana od DDG 128 wzwyż. Amerykańska marynarka opisuje tę zmianę przede wszystkim jako przejście do okrętów z radarem AN/SPY-6(V)1 AMDR, który ma zapewniać znacznie większe możliwości w zintegrowanej obronie powietrznej i przeciwrakietowej niż Flight IIA.

Ważne jest w tym przede wszystkim to, że Flight IIA to w żadnym razie jakiś muzealny etap programu, tylko sprawdzony wariant okrętu, który przez lata stał się jednym z podstawowych narzędzi amerykańskiej obecności na morzu. Nowe radary i systemy zasilania są potrzebne, ale flota nadal potrzebuje liczby kadłubów, wyrzutni, hangarów dla śmigłowców i załóg zdolnych do działania tu i teraz. Właśnie dlatego ostatni Flight IIA nie jest tylko epilogiem. Jest też pomostem do kolejnej generacji, czego podróż rozpoczęła się już w 1991 roku wraz z wejściem do służby pierwszego okrętu typu Arleigh Burke.

Arleigh Burke to stara nazwa, ale wciąż bardzo nowoczesna platforma

Typ Arleigh Burke wszedł do służby całe 35 lat temu, więc na pierwszy rzut oka można uznać go za projekt z poprzedniej epoki. Byłby to jednak błąd wynikający z patrzenia na okręty wojenne jak na smartfony. W marynarce liczy się kadłub, zapas modernizacyjny, sieć logistyczna, kompatybilność uzbrojenia, szkolenie załóg i możliwość stałego unowocześniania sensorów oraz systemów dowodzenia. Z tego powodu historia Arleigh Burke trwa tak długo, a kolejne “Flighty” nie są kosmetyką, tylko sposobem utrzymania jednej rodziny okrętów przy życiu przez kilka dekad.

Czytaj też: Przyszłość już tu jest. Pierwsza taka operacja Marynarki Wojennej USA

Niszczyciel Arleigh Burke
Niszczyciel Arleigh Burke

Niszczyciele DDG 51 to niezmiennie wielozadaniowe okręty nawodne zdolne do prowadzenia działań przeciwlotniczych, przeciwpodwodnych i przeciwokrętowych. Ważną częścią ich uzbrojenia jest pionowy system startu Mk 41 VLS. Wraz z nowszymi wersjami systemu Aegis okręty te zyskały również znaczenie w obronie przeciwrakietowej i naturalnie najnowszy USS Patrick Gallagher zachowuje tę logikę. Z racji konfiguracji Flight IIA otrzymał 96 komór VLS, które można konfigurować pod różne zadania: obronę powietrzną, zwalczanie pocisków, uderzenia na cele lądowe albo zwalczanie okrętów podwodnych za pomocą rakietotorped. Do tego dochodzi armata morska kalibru 127 mm, systemy obrony bezpośredniej, wyrzutnie torped oraz możliwość operowania dwoma śmigłowcami MH-60R/S.

W przypadku DDG 127 sercem napędu są cztery turbiny gazowe General Electric LM2500-30 połączone z dwoma wałami o łącznej mocy około 74,6 megawatów. Jest to poziom energii mechanicznej pozwalający rozpędzić okręt o wyporności około 9250 ton do prędkości ponad 55 km/h, co przy jednostce o długości około 155,3 metra i szerokości całkowitej około 20,1 metra robi ogromne wrażenie.

Flight III nadchodzi, ale Flight IIA nadal ma sens

Największa różnica między kończącym się Flight IIA a Flight III nie sprowadza się do większej liczby rakiet czy radykalnie innego wyglądu kadłuba. Kluczowy jest radar i zdolność przetwarzania obrazu pola walki i dlatego też Flight III został zbudowany wokół radaru AN/SPY-6(V)1 AMDR, który ma umożliwiać jednoczesne wykonywanie zadań obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej na wyższym poziomie niż starsze konfiguracje. Marynarka Wojenna USA wprost wiąże ten system z potrzebą wzmocnienia zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

Powód tego jest sam w sobie prosty. Współczesne okręty nie bronią się już tylko przed pojedynczym pociskiem przeciwokrętowym wystrzelonym z przewidywalnego kierunku. Muszą radzić sobie z dronami, pociskami manewrującymi, pociskami balistycznymi, środkami walki elektronicznej, a w przyszłości także z bronią hipersoniczną. W podobnym kontekście pojawiały się już tematy modernizacji niszczycieli Arleigh Burke oraz przejścia na nowsze radary w tekstach o modernizacji tych okrętów i użyciu systemu Aegis w obronie przed pociskami balistycznymi, o czym pisałem również na innym serwisie przy okazji działań Amerykanów na Bliskim Wschodzie.

Czytaj też: Piechota USA nigdy nie była tak potężna. Nowa broń zmieni wszystko

Nie znaczy to jednak, że Flight IIA nagle traci wartość. Marynarka USA nie może wymieniać swojej floty jak byle elektroniki użytkowej, a każda nowa generacja okrętów wchodzi do służby stopniowo. Przez lata to właśnie mieszanka wariantów będzie wykonywać te same zadania operacyjne. W takim układzie DDG 127 jest nadal bardzo cennym okrętem, bo ma znany system walki, sprawdzoną architekturę, zaplecze serwisowe i uzbrojenie zgodne z resztą floty.

Źródła: Army Recognition, Marynarka USA

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.