Sponsorujesz elektryczne samochody bogaczom, a rząd nie widzi w tym nic złego

Elektryczne samochody mają być dla wszystkich. Rzeczywistość jest jednak brutalna, bo trafiają głównie w ręce konkretnej grupy, która na dodatek zgarnia dopłaty, podczas gdy te nie pomagają bardziej potrzebującym.
Sponsorujesz elektryczne samochody bogaczom, a rząd nie widzi w tym nic złego

Samochód elektryczny funkcjonuje po dziś dzień jako obietnica prostszej, czystszej i bardziej nowoczesnej mobilności. Mniej spalin w miastach, niższe koszty codziennej jazdy, cichsze ulice, szybsza reakcja na gaz i koniec uzależnienia od paliw kopalnych. Tyle że między takim obrazem przyszłości a zwykłym zakupem auta nadal stoi bardzo konkretna przeszkoda – cena wejścia, dostęp do ładowania i miejsce zamieszkania.

Hiszpania pokazała słaby punkt elektromobilności

Elektryczne samochody od samego początku wchodzenia na rynek nie mają dobrego PR-u. Zaczęło się od zbyt niskiego zasięgu, zbyt długich czasów ładowania, braku odpowiedniej infrastruktury i faworyzowaniu przez ten fakt kierowców posiadających własne domy i garaże (najlepiej z fotowoltaiką). Gdy doszły do tego wygórowane ceny oraz brak rynku używanych modeli, to wizerunek typowego posiadacza elektrycznego samochodu stał się klarowny. W skrócie? Nie był to “typowy Kowalski”, a to akurat ogromny problem. Zwłaszcza że nie są to tylko nasze domysły, bo potwierdziły to właśnie nowe badania.

Czytaj też: Ten samochód nie powinien istnieć, a i tak możesz spotkać go na ulicy

Samochody elektryczne mają sens – z tym nie można się kłócić. Najnowsze badanie dotyczące Hiszpanii jest jednak niewygodne, bo pokazuje, że elektromobilność może bardzo łatwo stać się technologicznym przywilejem dobrze sytuowanych mieszkańców dużych miast. Wspólne badanie EHU-University of the Basque Country oraz centrum badawczego BC3, opublikowane w Energy Economics, analizuje nie tylko preferencje deklarowane w ankietach, lecz dane o posiadaniu pojazdów. Jest to ważna różnica, bo wcześniejsze badania często odpowiadały na pytanie, kto chciałby kupić elektryka. Tutaj chodzi o coś twardszego – kto faktycznie już go ma.

Wynik nie jest szczególnie zaskakujący, ale właśnie dlatego jest istotny. Wedle danych samochody elektryczne w Hiszpanii (około 600000) znajdują się przede wszystkim w gospodarstwach domowych o wysokich dochodach, wśród osób z wyższym wykształceniem i przede wszystkim w dużych miastach, a to szczególnie w Madrycie i Barcelonie, gdzie punktów ładowania jest więcej niż w byle hiszpańskiej miejscowości. Badanie wskazuje też, że najważniejszymi czynnikami wpływającymi na posiadanie takiego auta są dochód, poziom wykształcenia i miejsce zamieszkania. Innymi słowy, bogaci się bogacą, bo nabywają sprzęt, który i tak mogliby kupić bez pomocy, ale chętnie sięgają po dopłaty od państwa, na które zrzuca się całe społeczeństwo.

Problem nie leży wyłącznie w cenie auta

Najprościej byłoby sprowadzić sprawę do ceny zakupu, ale to tylko część problemu. Samochód elektryczny jest wygodniejszy wtedy, gdy właściciel ma gdzie go ładować, może zaplanować sensownie codzienne trasy i nie musi traktować każdej dłuższej podróży jak logistycznej operacji. Mieszkaniec domu jednorodzinnego z podjazdem jest w lepszej sytuacji niż osoba z bloku, która parkuje tam, gdzie akurat znajdzie miejsce.

Dochód działa tu więc podwójnie. Po pierwsze, pozwala udźwignąć wyższą cenę zakupu. Po drugie, często łączy się z lepszym dostępem do infrastruktury, stabilniejszą sytuacją mieszkaniową i większą skłonnością do zakupu drugiego auta. W tym ostatnim miejscu pojawia się największy zgrzyt środowiskowy. Jeśli elektryk zastępuje stary samochód spalinowy, bilans zmierza w dobrą stronę. Jeśli staje się dodatkowym pojazdem w garażu, to efekt klimatyczny jest znacznie słabszy.

Czytaj też: Każdy elektryk może dostać silnik spalinowy. Ten pomysł brzmi jak herezja, ale ma sens

Z tego powodu dopłaty do aut elektrycznych nie powinny być traktowane jak zwykła promocja sprzedażowa. Ich zadaniem nie jest nagradzanie samego zakupu nowego auta, lecz zmiana zachowania. Jeśli człowiek kupiłby elektryka również bez wsparcia, to publiczne pieniądze nie przyspieszają transformacji w sposób proporcjonalny do wydatku. Po prostu zmniejszają koszt prywatnej decyzji, za co w Hiszpani odpowiadał do końca 2025 roku program MOVES III (do 7000 euro dopłaty do BEV w cenie do 45000 euro bez VAT), którego następcą jest Plan Auto+, mający stosować rabat bezpośrednio przy zakupie u dealera.

Polska powinna potraktować ten sygnał poważnie

Na całe szczęście polski program NaszEauto pokazuje, że nasi rządzący lepiej przygotowali zasady dopłat, ale i tak daleko jest im do ideału wedle tych wniosków. Bazowa dotacja dla osoby fizycznej przy zakupie auta wynosi 18750 zł, premia za zezłomowanie auta spalinowego może dodać 10 tys. zł, a osoby z dochodem do 135 tys. zł mogą otrzymać kolejne 11 250 zł. Limit ceny pojazdu ustalono na 225 tys. zł netto, a więc program nie obejmuje przesadnie drogich aut. Jednocześnie nasz program ma własne ograniczenia, bo 27 stycznia 2026 roku stopień wykorzystania budżetu przekroczył 100%, a 27 kwietnia 2026 roku wciąż oceniane były wnioski złożone 28 października 2025 roku.

Są efekty programu NaszEauto. Flagowy SUV Kia tańszy o 1/3

Najważniejsza część badania z Hiszpanii dotyczy nie samego napędu, lecz skutku końcowego. Elektryk w garażu nie jest automatycznie sukcesem klimatycznym, jeśli obok nadal stoi stary samochód spalinowy. Publiczna dopłata powinna więc premiować jeszcze bardziej sytuację, w której dochodzi do wymiany pojazdu, a nie tylko do powiększenia prywatnej floty. Sam zakup nowego pojazdu elektrycznego poprawia wprawdzie statystyki rejestracji, ale nie musi ograniczać liczby aut spalinowych na drogach. Dopiero usunięcie starego samochodu z obiegu przesuwa cały system transportu w stronę niższych emisji. Jeśli dopłata nie wymusza albo mocno nie zachęca do takiej wymiany, jej skuteczność środowiskowa staje się dyskusyjna.

Nie jest to argument przeciwko elektrykom. Przeciwnie, wiele dawnych zarzutów wobec nich słabnie wraz z dojrzewaniem technologii, bo analizy trwałości aut elektrycznych coraz częściej pokazują, że obawy o krótkie życie akumulatorów i całych pojazdów były przesadzone, zwłaszcza w nowszych generacjach. Problem polega raczej na tym, że dobra technologia może być źle wspierana przez państwo.

Jak powinny wyglądać mądrzejsze dopłaty do elektrycznych samochodów?

Hiszpania jest tu ostrzeżeniem dla całej Europy. Elektromobilność może być narzędziem obniżania emisji, ale może też stać się kosztowną polityką wsparcia dla klasy średniej wyższej i najzamożniejszych gospodarstw. Różnica między jednym a drugim nie leży jednak w samych samochodach. Leży w regulaminie dopłat. Badanie wskazuje jasno, że najbardziej oczywista korekta to próg dochodowy. Wsparcie powinno być najwyższe tam, gdzie bez niego zakup elektryka nigdy nie nastąpi. Zamożny kierowca z Madrytu, Barcelony, Warszawy czy Krakowa nie powinien otrzymywać identycznej pomocy jak osoba, dla której różnica kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych decyduje o możliwości wymiany starego auta.

Czy elektryczne samochody szkodzą środowisku?, elektryczne samochody, spalinowe vs elektryczne

Drugim elementem powinna być silniejsza zachęta do pozbycia się samochodu spalinowego. Nie chodzi tylko o formalne złomowanie dla samej statystyki, lecz o projektowanie programu tak, aby pieniądze publiczne finansowały zmianę, a nie ot luksusowy dodatek do gospodarstwa domowego. Jeśli państwo płaci za elektryfikację, to powinno wymagać efektu, choć tutaj akurat trzeba uważać, żeby taki nabywca nie zaczął np. żonglować spalinowymi samochodami między członkami rodziny. Trzeci problem dotyczy samego momentu wypłaty pieniędzy, bo dopłata rozliczana po zakupie jest mniej atrakcyjna dla osób z niższymi oszczędnościami. Rabat od razu u dealera, zapowiadany przy hiszpańskim Plan Auto+, może być z kolei skuteczniejszy, bo zmniejsza barierę w momencie podejmowania decyzji.

Czytaj też: Kupujesz nowe auto z salonu, a subskrypcji przybywa. Czy to koszmar nie do ominięcia?

Czwarta sprawa to infrastruktura. Dopłata do auta ma ograniczoną wartość dla osoby, która nie ma gdzie go ładować. Bez inwestycji w ładowarki przy blokach, na osiedlach, w mniejszych miastach i przy drogach lokalnych elektromobilność będzie nadal najwygodniejsza dla tych, którzy i tak mają najlepsze warunki startowe. Przykładowo gdybym chciał w swojej miejscowości mieć elektryczny samochód, to w promieniu kilku kilometrów znajdę tylko kilka publicznych punktów ładowania, których nijak nie mógłbym odwiedzać na co dzień bez straty czasu. Rządzący muszą o tym pamiętać, bo jesteśmy już w czasach wprowadzania Stref Czystego Transportu, a kto wie, czy w przyszłości elektryki nie będą promowane w jeszcze większym stopniu.

Źródła: EHU

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.