Są na rynku takie samochody, które próbują wyglądać groźnie, ale po kilku minutach obcowania z nimi czar pryska. Ariel Atom 4RR działa dokładnie odwrotnie. Na pierwszy rzut oka wygląda jak coś, co nie powinno wyjechać poza tor, ale jednak producent przekonuje, że jest to wciąż auto drogowe. Właśnie dlatego ten model robi tak duże wrażenie – nie przez samą moc, ale przez to, jak bardzo ignoruje współczesne wyobrażenie o “samochodzie na ulicę”.

Ariel zrobił Atoma, który nie idzie na kompromisy
Ariel Atom 4RR to jubileuszowa, skrajnie dopracowana odsłona konstrukcji, która od lat żyje z jednego pomysłu: odchudzić samochód do granic przyzwoitości i dać kierowcy możliwie najmniej warstw między nim a maszyną. Producent podaje, że mówimy o najmocniejszym Atomie w historii marki, stworzonym z okazji 25-lecia modelu Pod maską pracuje ręcznie składany, 2-litrowy silnik Hondy oparta na jednostce K20C z Civica Type R, ale po tak głębokich zmianach trudno traktować go już jako zwykły “byle silnik z hot hatcha”. Jego powstanie wymaga bowiem około stu godzin ręcznej pracy, a efekt to całe 525 koni mechanicznych mocy i 550 Nm momentu obrotowego.
Czytaj też: Chiny poszły o krok za daleko? Ten sportowy motocykl ma przewidywać zakręty i przyczepność

Najciekawsze jest jednak to, że ta moc nie trafiła do kolejnego ciężkiego supersamochodu, ale do konstrukcji ważącej mniej niż 700 kg, bo około 669 kg. Przekłada się to na stosunek mocy do wagi rzędu ponad 780 koni na tonę, co pozwala na sprint od 0 do 100 km/h w 2,4 sekundy, przyspieszenie do 161 km/h w 5,1 sekundy i prędkość maksymalną 281,6 km/h. Są to więc liczby, które zwykle towarzyszą egzotycznym hipersamochodom, a nie pojazdowi wyglądającemu jak zmutowany gokart po terapii sterydowej i tu dochodzimy do sedna całej historii.

Firma bardzo wyraźnie podkreśla, że Atom 4RR jest zgodny z drogową homologacją, ale jednocześnie w tym samym oddechu opisuje go jako samochód torowy, budowany na zamówienie dla najbardziej wymagających kierowców, którzy chcą dojechać na tor, a niekoniecznie do biura. Oczywiście “legalny na ulicy” nie oznacza tutaj “sensowny w miejskiej codzienności”. Nie ma tu mowy o aucie, które kupuje się po to, żeby wygodnie przecisnąć się przez centrum miasta, podjechać pod galerię handlową i zapomnieć, że pod prawą nogą czeka ponad 500 koni mechanicznych.

Czytaj też: BMW zaskoczyło świat. Tak wyjątkowy samochód to dla wielu marzenie
Widać to zresztą w całej specyfikacji. Zdradza to sześciobiegowa sekwencyjna skrzynia Quaife z łopatkami, pełny tytanowy wydech, zawieszenie Ohlinsa, wentylowane tarcze 310 mm, elementy aero z włókna węglowego, opony drogowe Yokohama A052 i możliwość dalszego “podkręcenia” auta opcjami pokroju motorsportowej klatki czy nawet pokładowych podnośników pneumatycznych. Kokpit nie udaje luksusu. Ariel stawia na funkcję, lap timery i torowe metryki. Nawet jeśli producent zostawia kierowcy miejsce na “drogowe” użytkowanie, to jest to raczej droga jako etap między garażem a nitką toru.
Cena Ariel Atom 4RR zabija szybciej niż przyspieszenie
Ariel wycenił Atom 4RR bardzo wysoko, bo początkowa cena zaczyna się od 208000 funtów, czyli około 1,01 mln zł, a to dopiero punkt wejścia, bo producent mówi tutaj o cenie przed wszelkimi podatkami i o budowie na indywidualne zamówienie. Jest to więc produkt dla bardzo wąskiego grona ludzi, którzy chcą kupić intensywność samą w sobie. W praktyce Ariel przestał więc rywalizować z tradycyjnymi sportowymi autami i zaczął sprzedawać zupełnie inne, wręcz brutalnie czyste doświadczenie.
Czytaj też: Jeździsz samochodem i tracisz pieniądze, bo boisz się prawdy. Wysokie ceny paliwa to nie jedyny wróg
Motoryzacja od pewnego czasu znów flirtuje z projektami, które próbują połączyć torową bezczelność z drogową legalnością, choć każdy robi to po swojemu. Jedni stawiają na bardziej klasyczne podejście, jak Toyota GR GT, czyli projekt auta wyścigowego przystosowanego do ruchu drogowego. Inni idą w pokaz technologicznej ekstrawagancji, czego dobrym przykładem jest BYD Yangwang U9 ze “skaczącym” zawieszeniem. Jest też droga rekordów i widowiska, którą pokazuje Czinger 21C, łączący torowe bicie rekordów z jazdą po zwykłych drogach. Na tym tle Ariel nie próbuje jednak być ani futurystyczny, ani efektowny w marketingowym sensie. On po prostu bierze starą, mechaniczną receptę i wykręca ją mocniej niż wcześniej.
Źródła: Ariel Motor Company

