Pierwsze chwile z TP-Link M7750 przywołały mi w pamięci dawne czasy, kiedy to telefony miały z tyłu klapki, baterię można było łatwo wymienić, a pod nią znajdowały się dwa sloty – jeden na kartę pamięci, a drugi na kartę SIM. Ba, ten sprzęt przypomina poniekąd stary telefon i tylko klawiaturki mu brakuje. Jest to jednak coś pozytywnego, bo mierzy niewiele (114x64x19 mm), więc mieści się praktycznie wszędzie i nie przeszkadza na co dzień, ale niestety ktoś uznał, że na jego froncie znajdzie się kawał “śliskiego”, czarnego plastiku. Efekt? Przód M7750 to magnes na zabrudzenia i drobne ryski. Szkoda, bo tego typu prosty sprzęt powinien być możliwie najdłużej odporny na trudy codziennego życia, a niestety nie jest, bo producent nie zadbał o nawet najprostsze certyfikaty bezpieczeństwa.




TP-Link M7750 to sprzęt prosty, więc i konfiguracja jest prosta
W samym opakowaniu nie zaskoczyło mnie nic. Znalazłem tam ot kilka papierków, naładowany akumulator w osobnym woreczku oraz przewód USB-C do ładowania.




Przygotowanie sprzętu do działania również obyło się bez zaskoczeń. Ściągnąłem plastikową klapkę z zatrzasków (wystarczy mocno podważyć), włożyłem kartę SIM w rozmiarze Nano i opcjonalną kartę microSD o pojemności do 2 TB w stosowne szufladki, wsunąłem akumulator na miejsce, zacisnąłem klapkę i wziąłem się za konfigurację. Wystarczyło tylko przytrzymać jeden z dwóch przycisków na górnej krawędzi plastikowej obudowy (jest przycisk menu oraz on/off), a urządzenie się włączy.
Czytaj też: Test TP-Link M8550. Co musi oferować mobilny router, żebyś wydał na niego 1500 zł?


Po uruchomieniu TP-Link M7750, ekran informuje o aktualnym stanie urządzenia, które tak naprawdę już działa, ale żeby móc skorzystać z jego Wi-Fi, musicie najpierw odkryć jego nazwę oraz hasło. Te informacje są dostępne z początku wyłącznie na niewielkim ekranie TFT o przekątnej 1,44 cala, a dobijamy się do nich poprzez kliknięcie dwa razy przycisku menu i raz włącznika, który po aktywacji niedotykowego ekranu zaczyna pełnić funkcję “entera”.


Mając już te podstawowe informacje, możemy połączyć się z Wi-Fi routera np. z użyciem smartfona, a to akurat warto zrobić, bo wszelka zaawansowana konfiguracja jest dostępna wyłącznie z poziomu aplikacji tpMiFi. Sam ekranik i przyciski M7750 są więc raczej tylko dodatkiem i opcją ostatniej szansy, bo po tym, jak już odkryłem hasło, przestałem z nich kompletnie korzystać. No, może poza okazjonalnym podejrzeniem, jaki jest aktualnie stan sieci, bo sam system routera jest bardzo, ale to bardzo okrojony i obejmuje tylko podstawowe ustawienia.










Powyżej możecie obejrzeć to, na co pozwala aplikacja i trzeba przyznać, że tpMiFi nie wygląda jak nowoczesne cudo projektowania interfejsów, ale w praktyce daje dokładnie to, czego od takiego sprzętu oczekuję. Z jej poziomu da się przejść przez szybki kreator konfiguracji, zmienić nazwę sieci i hasło, wybrać pasmo 2,4 lub 5 GHz, podejrzeć kod QR do błyskawicznego udostępniania Wi-Fi, a także sprawdzić, jakie urządzenia są aktualnie podpięte do routera. Jeśli zajdzie potrzeba, można je też zablokować z poziomu listy klientów, więc nie jesteśmy skazani na zerkanie wyłącznie w mikroskopijny ekran M7750.








Nieco głębiej zaczyna się już bardziej praktyczna część. Aplikacja pozwala podejrzeć całkowite zużycie danych, ustawić limit pakietu, próg ostrzeżenia i nawet zdefiniować darmowy przedział godzinowy, jeśli akurat korzystacie z oferty z nocnym transferem bez limitu. Da się też zdecydować o trybie pracy sieci komórkowej, przełączyć router na tryb preferowania 4G, zarządzać roamingiem, pasmami i APN-em. Znalazło się tu nawet miejsce na obsługę SMS-ów, kodów USSD, funkcję SD Sharing, prosty podgląd akumulatora, tryb oszczędzania energii, regulację zasięgu Wi-Fi w trzech poziomach oraz automatyczne wyłączanie sieci po określonym czasie bezczynności.
Mobilny hotspot TP-Link M7750 wie, gdzie kończą się jego ambicje
TP-Link nie próbuje udawać, że M7750 jest sprzętem z wyższej ligi i specyfikacja od razu to zdradza. Ten model nie dostał ani modemu 5G, ani sieci Wi-Fi 6, ani nawet bardziej rozbudowanego zaplecza portów. Zamiast tego producent postawił na 4G LTE-Advanced kategorii 12 z pobieraniem do 600 Mb/s i wysyłaniem do 150 Mb/s, a po stronie sieci lokalnej na klasyczne już Wi-Fi 5 z wyborem pasma 2,4 lub 5 GHz. Można więc powiedzieć, że to taki “prosty domowy router”, którego dostaje się zwykle w cenie od dostawcy Internetu.

Wedle specyfikacji maksymalne prędkości w samej sieci bezprzewodowej mają wynosić do 300 Mb/s w 2,4 GHz i do 867 Mb/s w 5 GHz, więc nie mówimy tutaj o sprzęcie, który ma imponować czymkolwiek ponad poziom ot sensownie wyposażonego hotspotu LTE. M7750 nie chce tym samym zastępować większego routera czy droższych modeli z oferty TP-Linka, a po prostu zaoferować coś wygodniejszego od telefonu z tetheringiem i reszta specyfikacji tylko to potwierdza.

Czytaj też: Test TP-Link Tapo D235 – więcej niż dzwonek z kamerą. To prawdziwy stróż drzwi wejściowych
Na pokładzie znalazł się akumulator 3280 mAh, który wedle producenta ma wystarczać nawet na 15 godzin pracy, obsługa do 32 urządzeń jednocześnie oraz pojedynczy port USB-C przeznaczony do ładowania. Całość oparto na antenach wewnętrznych, a więc sprzęt nie ma żadnych ambicji do zabawy w sprzęt półprofesjonalny z dodatkowymi antenami czy złączami sieciowymi. M7750 ma więc po prostu zapewnić dostęp do Internetu kilku sprzętom i zmieścić się praktycznie wszędzie. Co jednak powiedzą pomiary?
Test TP-Link M7750 w praktyce
Tego typu router ma przede wszystkim pełnić funkcję mobilnego punktu dostępowego do Wi-Fi wtedy, kiedy albo nie macie routera, albo macie problem z głównym dostawcą Internetu. W takich scenariuszach można się posiłkować telefonem i udostępnianiem Wi-Fi w formie Hotspota, ale jeśli nie chcecie tego robić albo macie do utrzymania przy Wi-Fi wiele urządzeń, no to smartfon najlepszym wyborem zwyczajnie nie jest. Dlatego też sprawdziłem w ramach pierwszego zestawu testów, jak TP-Link M7750 spisze się w roli “awaryjnego domowego routera”. Postawiłem go w miejscu o najlepszym zasięgu, wsadziłem do niego kartę SIM z telefonu i wykonałem kilka tradycyjnych pomiarów.



Niestety w mieszkaniu M7750 nie wykazał się najlepiej, oferując ledwie kilka Mb/s pobierania i kilkanaście Mb/s wysyłania przy opóźnieniu w zakresie od 20 do 35 ms. Jego zasięg jednak mnie nie rozczarował, bo pokrył w dobry sposób jedno pomieszczenie, w którym się znajdował i nie zrywał połączenia z urządzeniami w pokoju obok, ale niestety wpływ na rzeczywiste transfery był dla mnie niemożliwy do zmierzenia z racji zadziwiająco niskiej wydajności sieci komórkowej 4G LTE w mojej okolicy.


Naturalnie na tym się nie poddałem. Zadziwiająco niskie wyniki TP-Link M7750 w mieszkaniu sprawiły, że zabrałem router w kilka miejsc w mojej okolicy. Innymi słowy, w teren, a pomiary wypadły następująco i… no cóż, przeglądać Internet się da, ale ładowanie stron do superszybkich nie należy. Nie jest to jednak wada samego routera, bo testując smartfon w sieci 4G, uzyskane pomiary były nawet gorsze.

Dlatego zdecydowałem się również na weryfikację lokalnego przesyłania (urządzenie-urządzenie bez pośrednictwa Internetu). Wyszło z tego, że mimo obecności sprzętów w tym samym pomieszczeniu, średni transfer na przestrzeni kilkuminutowego procesu testowego wyniósł 121 Mb/s zarówno w sferze pobierania, jak i wysyłania. Zważywszy jednak na to, że producent obiecywał 150-Mb/s transfery wysyłania, to najpewniej to ograniczenie wpłynęło na ten (bądź co bądź) słaby wynik, którym powinny zainteresować się zwłaszcza osoby, poszukujące mobilnego routera do “mobilnych biur” czy częstych transferów między urządzeniami w sieci.
Czytaj też: TP-Link ma pomysł jak uzyskać szybki internet bez światłowodu

Po weryfikacji transferów, nadszedł czas na weryfikację wytrzymałości na jednym ładowaniu. Wprawdzie router można zasilać (choć akumulator ciągle musi być zamontowany), ale przecież nie zawsze jest to możliwe, a 3280 mAh zapasu energii nie robi specjalnie dobrego wrażenia. Musimy też pamiętać, że zapotrzebowanie energetyczne routera jest zależne od tego, co “robią w sieci” podłączone do Wi-Fi urządzenia i jakie połączenie ma router z siecią. Jeden smartfon i przeglądanie Internetu to nie to samo, co kilka urządzeń jednocześnie pobierających i wysyłających jakieś dane. W mieszanym scenariuszu M7750 wypadł przyzwoicie, bo po każdej godzinie użytkowania poziom naładowania spadał o około 20% lub ~25% zależnie od obciążenia, co przekłada się na 4-5 godzin ciągłej pracy. Samo ładowanie akumulatora do 100 procent trwa z kolei około 2-3 godziny.
Test TP-Link M7750 – podsumowanie
TP-Link M7750 to nie mobilny router dla osób szukających zapasowego centrum dowodzenia siecią. Nie jest też to sprzęt mający zastąpić bardziej zaawansowane modele z 5G, lepszym zapleczem portów i większą swobodą konfiguracji. M7750 ma być po prostu prostym, niewielkim hotspotem LTE, który działa lepiej i wygodniej niż telefon z tetheringiem wtedy, kiedy naprawdę potrzebujecie osobnego źródła Internetu dla wielu urządzeń. W tej roli broni się całkiem sensownie, bo jest mały, łatwy w konfiguracji, oferuje przyzwoitą aplikację, działa stabilnie i nie wymaga od użytkownika żadnego specjalnego zaangażowania.

Nie znaczy to jednak, że jest to sprzęt bez zastrzeżeń. Największy problem nie leży tu nawet w samym projekcie czy jakości wykonania, ale w tym, że M7750 bardzo szybko przypomina o własnej klasie. Brak 5G, umiarkowane możliwości lokalnej sieci, przeciętny akumulator i osiągi, które są mocno uzależnione od jakości samej sieci komórkowej w okolicy sprawiają, że przy zakupie trzeba mieć świadomość o tych ograniczeniach. Jeśli jednak spojrzymy na M7750 uczciwie, czyli jak na sprzęt za około 700 złotych dla kogoś, kto chce po prostu małego i wygodnego hotspotu LTE, to obraz robi się znacznie bardziej pozytywny, bo jest to po prostu rozsądny, prosty hotspot dla tych, którzy wiedzą, czego od niego oczekują.

