Odkąd piszę o tureckiej zbrojeniówce, to mam nieodparte wrażenie, że Ankara działa według dość konsekwentnego wzoru. Najpierw pokazuje coś, co wygląda jak kolejny element lokalnej ambicji, a potem okazuje się, że ten element pasuje do znacznie większego planu. Tak było z Bayraktarem TB2, tak było z Akinci i tak też zaczyna wyglądać historia dronów kamikadze Baykar K2. Właśnie dlatego nowy pocisk Yildirimhan jest tak ciekawy, bo potwierdza mi, że tamtejszy przemysł obronny przestał walczyć wyłącznie o uznanie. Dziś coraz częściej walczy o miejsce przy stole, przy którym jeszcze niedawno siedziały głównie USA, Chiny, Rosja, kilka państw europejskich i państwa z własnymi programami strategicznego odstraszania. Naturalnie jednak między pokazaniem pocisku a wdrożeniem wiarygodnego systemu bojowego jest długa droga. Tyle że samo pokazanie Yildirimhana mówi więcej o tym kierunku.
Pocisk Yildirimhan wygląda jak turecki komunikat do świata
Podczas targów SAHA 2026 w Stambule, które trwają od 5 do 9 maja, publicznej prezentacji doczekał się Yildirimhana, czyli turecki pocisk dalekiego zasięgu opracowany przez centrum badawczo-rozwojowe Ministerstwa Obrony Narodowej. Nie jest to byle kolejna broń, bo wedle zapewnień Turków jej zasięg ma wynosić 6000 km, a prędkość dochodzić od Mach 9 do Mach 25, ale naturalnie wyłącznie w chwilach spadania na cel. Nie jest to więc byle pocisk. Ba, można uznać go za typowy pocisk międzykontynentalny, którego potencjał buduje obecność nie jednego, a aż czterech silników rakietowych na paliwo ciekłe (tetroksyd diazotu).
Czytaj też: Zawstydzili Shahedy w wyjątkowy sposób. Kolejna unikalna broń od Baykar
Mimo tego wszystkiego Yildirimhan nie jest bezpośrednim tureckim odpowiednikiem chińskiego DF-41 ani nawet pełnym odpowiednikiem DF-31, którego zasięg mieści się w przedziale 7000-11700 km. Te systemy należą do zupełnie innej klasy. Bliżej mu więc do broni z pogranicza klas, która wychodzi poza zasięg typowych pocisków pośredniego zasięgu i jednocześnie nie ma jeszcze publicznie udowodnionego dorobku prób. Chiński DF-26, często przywoływany do tego pocisku jako punkt odniesienia, ma zasięg około 4000 km i jest klasyfikowany jako IRBM, więc turecki pocisk na papierze idzie dalej, ale nie przeskakuje całej chińskiej drabiny odstraszania.



Zasięg 6000 km z terytorium Turcji wystarcza, żeby objąć ogromny obszar Europy, Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej, południowej Rosji, części Azji Centralnej i zachodnich Chin. Nie oznacza to automatycznie możliwości rażenia całego globu, ale oznacza przejście z logiki regionalnego odstraszania do logiki znacznie szerszego politycznego nacisku. Turcja pokazała tym samym, że chce mieć narzędzie, którego nie da się zamknąć w rozmowie o Grecji, Syrii, Iraku, Kaukazie albo Morzu Czarnym, a to akurat bardzo dobrze pasuje do szerszego ruchu tureckiej zbrojeniówki. Niedawno podobny problem widać było przy dronie Baykar K2, który nie próbuje być wyłącznie następcą tanich Shahedów, ale częścią bardziej sieciowego uderzenia. Wcześniej programy pocisków Tajfun zaczęły przesuwać granicę tego, co Turcja może zrobić własnym przemysłem rakietowym, a doniesienia o Tajfun Block 4 mówią już o przejściu w stronę produkcji seryjnej w 2026 roku po udanych próbach.
Czytaj też: Nie uwierzysz, jak ważna jest ta technologia. Wiem o tym po latach pisania o wojnach
Mam jednak wrażenie, że Yildirimhan jest czymś innym niż Tajfun w większej skali. Tayfun pasuje do rozmowy o precyzyjnym uderzeniu w konkretnym teatrze wojskowych działań, a Yildirimhan do rozmowy o polityce państwowej. Tego typu pocisk nie służy już wyłącznie do niszczenia konkretnego celu. Służy do tego, żeby przeciwnik musiał uwzględnić nową odległość, nowy czas reakcji, nową infrastrukturę startową i nowy problem w planowaniu pierwszego uderzenia.
Napęd ciekły jest zaletą i problemem pocisku Yildirimhan
Najbardziej interesujący fragment opisu tej nowej tureckiej broni dotyczy napędu, bo niestety o samej głowicy nie wiemy zbyt wiele. W przypadku Yildirimhana w grę wchodzi tetroksyd diazotu, który bywa wrzucany do worka “paliwa”, ale technicznie jest utleniaczem. W typowych układach hipergolicznych współpracuje z paliwami z rodziny hydrazyn, na przykład UDMH, a taka para zapala się po kontakcie bez zewnętrznej iskry. Tego typu napędy są jako toksyczne, trudne w obsłudze, ale przydatne tam, gdzie liczy się długie przechowywanie i ciągła gotowość systemu. Tłumaczy to, dlaczego taki wybór może mieć sens w pocisku dalekiego zasięgu.
Czytaj też: USA usłyszało brutalną prawdę. Generał piechoty morskiej nie szczędził słów o Chinach

Paliwa ciekłe tego typu nie są wygodne ani przyjemne logistycznie, ale dają przewidywalność, możliwość przechowywania i potencjalnie większą kontrolę nad pracą silnika. Problem polega na tym, że w epoce mobilnych, stałopaliwowych systemów strategicznych każde wydłużenie procedur przygotowania do startu jest niebezpieczne. Jeżeli przeciwnik wie, gdzie znajduje się wyrzutnia, a system potrzebuje więcej czasu przed odpaleniem, rośnie jednocześnie podatność na uderzenie wyprzedzające. Chiny rozwiązały to np. w pociskach DF-31, które można transportować na ciężarówkach i nie martwić się o ich stan paliwa z racji stanu stałego, oznaczającego prostszą gotowość i krótszy czas reakcji.
Dlaczego Chiny są tu dobrym punktem odniesienia?
Tytułowe “rzucenie rękawicy Chinom” nie polega na tym, że Turcja nagle dogoniła chiński arsenał. Nie dogoniła. Chiny mają już dojrzałe siły rakietowe, rozwijają triadę nuklearną, posiadają całą rodzinę pocisków od DF-26 po DF-31 i DF-41, a ich baza przemysłowa działa w zupełnie innej skali. Widać to też przy tematach takich jak chińska potęga militarna, gdzie sednem nie jest pojedyncza broń, tylko przemysł, logistyka, marynarka, kosmos, cyberprzestrzeń i tempo produkcji.
Chiny są jednak dobrym punktem odniesienia z innego powodu, bo pokazują, jak państwo przechodzi od regionalnych systemów rakietowych do pełnej architektury odstraszania. DF-26 był etapem, który pozwolił Pekinowi trzymać w ryzyku cele takie jak amerykański Guam i działać na dystansach istotnych dla zachodniego Pacyfiku. DF-31 i DF-41 to już inna półka, związana z przetrwaniem sił nuklearnych i zdolnością do uderzenia międzykontynentalnego. Jeśli Turcja zaczyna od Yildirimhana jako pocisku o zasięgu 6000 km, to znaczy, że próbuje wejść na ścieżkę, której końcem może być zupełnie inna pozycja strategiczna niż dotąd.
Źródła: Ministerstwo Obrony Turcji, Army Recognition, Missile Threat

