Najnowsze ostrzeżenie ze strony Korpusu Piechoty Morskiej USA wybrzmiało tak bardzo, że dotarło aż do Europy. Tym jednak razem nie chodzi tylko o kolejną analizę chińskich rakiet, okrętów czy dronów. Chodzi o zmianę mentalną, bo Amerykanie coraz częściej mówią o świecie, w którym ich bazy przestają być bezpiecznym zapleczem, a stają się celem pierwszej fazy wojny. Jeżeli taki punkt widzenia przebije się do planowania strategicznego, to konsekwencje będą ogromne. Mowa o przebudowie całego sposobu, w jaki USA przygotowują się do konfliktu z państwem zdolnym uderzać jednocześnie w morze, powietrze, kosmos, cyberprzestrzeń, logistykę i nawet w morale.
Chiny są nie prawie, a całkowicie równorzędne
Generał porucznik Stephen Sklenka, zastępca komendanta Korpusu Piechoty Morskiej USA do spraw instalacji i logistyki, podczas Modern Day Marine Expo w Waszyngtonie odrzucił łagodniejsze określenie Chin jako rywala prawie równego. W jego ocenie Chiny są już przeciwnikiem równorzędnym, bo rywalizują z USA w niemal wszystkich głównych wymiarach wpływu narodowego. Nie jest to żadna gra słówek, bo tego typu różnica w planowaniu wojskowym oznacza bardzo dużo. Przeciwnik “prawie równy” pozwala jeszcze myśleć zupełnie innymi kategoriami opóźniania, odstraszania i selektywnego wzmacniania wybranych zdolności. Z kolei przeciwnik równorzędny zmusza do założenia, że wojna od pierwszych godzin będzie prowadzona bez komfortowej przewagi.
Czytaj też: Chiny mają nowy myśliwiec. Błękitny Rekin już podbija przestworza

Sklenka mówił jako oficer odpowiedzialny nie za demonstracje siły, ale za utrzymanie Korpusu Piechoty Morskiej USA w walce. Jego ostrzeżenie nie sprowadza się więc do pytania, czy chiński myśliwiec jest lepszy od amerykańskiego, albo czy dany pocisk ma większy zasięg od odpowiednika. W centrum jest coś znacznie bardziej przyziemnego, bo logistyka, przepustowość baz, odporność instalacji, zdolność do mobilizacji i utrzymania tempa operacji po pierwszych uderzeniach. Innymi słowy: nie tylko czym USA będzie walczyć, ale czy zdoła w ogóle wyprowadzić siły z baz, zasilić je paliwem, częściami, amunicją i danymi.
Wojna z Iranem jako niewygodna lekcja dla Amerykanów
Tłem dla tej oceny jest operacja Epic Fury przeciwko Iranowi, która według CENTCOM rozpoczęła się na rozkaz prezydenta USA i obejmowała uderzenia w irański aparat bezpieczeństwa oraz cele uznane za bezpośrednie zagrożenie. Z perspektywy generała porucznika najważniejszy nie jest jednak sam przebieg operacji, lecz wniosek, że oto właśnie państwo wyraźnie słabsze od USA zdołało pokazać, jak bardzo wrażliwe są amerykańskie instalacje i sojusznicza infrastruktura w regionie.

W tym miejscu zaczyna się najbardziej niewygodna część porównania – Iran nie ma chińskiego zaplecza przemysłowego, skali gospodarki, potencjału stoczniowego ani tempa modernizacji sił zbrojnych. Jeżeli państwo tej klasy potrafi uderzać dronami i pociskami w bazy oraz wymuszać ogromne koszty obrony, to konflikt z Chinami oznaczałby zupełnie inną skalę presji. Nie chodzi wyłącznie o liczbę pocisków w pierwszej salwie, ale o zdolność do powtarzania uderzeń, naprawiania strat, produkowania kolejnych jednostek, zakłócania sieci i jednoczesnego wykorzystywania presji ekonomicznej.
Czy to przesada albo straszenie dla samego straszenia? Niekonieczne. Chiny dysponują już największą na świecie morską siłą bojową pod względem liczby okrętów, a około 70 proc. chińskich okrętów wojennych zwodowano po 2010 roku. W przypadku USA taki udział wynosi około 25 proc. Jeszcze istotniejsza jest baza przemysłowa, bo ponoć chińska zdolność stoczniowa jest 230 razy większa od amerykańskiej. Taka zdolność nie oznacza automatycznie, że Pekin może z dnia na dzień zamienić każdy metr doku w produkcję okrętów wojennych. Część tego potencjału dotyczy sektora cywilnego, a budowa nowoczesnych niszczycieli, okrętów podwodnych czy lotniskowców wymaga specjalistycznych łańcuchów dostaw, kadr i doświadczenia. Mimo tego przewaga przemysłowa ma znaczenie w długim konflikcie, bo państwo, które szybciej buduje, remontuje i zastępuje straty, nie musi mieć perfekcyjnej broni w każdym segmencie. Może wygrać tempem.
Fujian, Sichuan i chińska logika skali, a do tego atom
Trend rosnącej potęgi Chin widać zwłaszcza w jej marynarce wojennej. Fujian, trzeci chiński lotniskowiec, został formalnie wcielony do służby w listopadzie 2025 roku i jest pierwszym chińskim lotniskowcem wyposażonym w katapulty elektromagnetyczne. Jest to najnowocześniejszy chiński lotniskowiec, choć jego pełna gotowość operacyjna wymaga dalszego zgrywania okrętu, załogi i lotnictwa pokładowego. Obok klasycznych lotniskowców rośnie też znaczenie konstrukcji hybrydowych. Typ 076, z pierwszą jednostką Sichuan, pokazuje kierunek, w którym Chiny próbują połączyć okręt desantowy, bazę dla dronów i platformę projekcji siły. Nie jest to więc zwykły desantowiec, lecz projekt mogący zmienić sposób wsparcia operacji w rejonie wysp, a zwłaszcza w scenariuszach związanych z Tajwanem.

Marynarka jest jednak tylko jedną ze składowych Raport Departamentu Obrony USA o chińskiej armii wskazywał, że chiński arsenał jądrowy pozostawał w 2024 roku na poziomie nieco ponad 600 głowic, choć jednocześnie Pekin pozostaje na ścieżce do przekroczenia 1000 głowic do 2030 roku. Ten sam dokument opisuje rozwój zdolności w kosmosie, cyberprzestrzeni i walce elektronicznej, a w tym systemy antysatelitarne, zakłócanie łączności satelitarnej i broń energii skierowanej. Właśnie tutaj ostrzeżenie z tytułu wychodzi poza opowieść o wojnie morskiej. Konflikt na Oceanie Spokojnej nie musiałby zacząć się od spektakularnego ataku na okręt albo od pierwszych eksplozji w Cieśninie Tajwańskiej. Może zacząć się od awarii sieci energetycznej w bazie, ataku cybernetycznego na systemy logistyczne, kampanii dezinformacyjnej skierowanej do rodzin wojskowych, zakłócenia satelitów albo lokalnego nalotu dronów. W takim modelu wojna zaczyna się przed momentem, który opinia publiczna rozpozna jako “początek wojny”.
Czytaj też: Amerykański kolos na łopatkach? Chiny szykują Y-30 jako konkurencję dla Super Herkulesa

Najmocniejszy element wypowiedzi generała dotyczy jednak samych amerykańskich baz. Sklenka zasugrował, że instalacje wojskowe trzeba traktować jak formacje bojowe, a nie administracyjne garnizony. Jest to zmiana o ogromnym znaczeniu, bo przez dekady USA mogły prowadzić wiele operacji z baz, które były oddalone od głównego pola walki albo osłonięte przewagą powietrzną i morską. W konflikcie z Chinami taki komfort może zniknąć. Nie chodzi tylko o Guam, Japonię, Koreę Południową czy Filipiny. Sklenka mówi również o instalacjach na kontynentalnym terytorium USA.

Do tego dochodzi lekcja z wojny ukraińsko-rosyjskiej. Operacja Spiderweb z czerwca 2025 roku polegała na użyciu dronów ukrytych i odpalanych z ciężarówek znajdujących się na terytorium Rosji, które dojechały aż w pobliże baz lotniczych. Atak objął kilka baz i uderzył w samoloty rosyjskiego lotnictwa dalekiego zasięgu. Podobny schemat ataków pojawił się także w opisach izraelskich działań przeciwko Iranowi w 2025 roku w ramach operacji Rising Lion, która stała się przykładem użycia wcześniej rozmieszczonych małych dronów uderzeniowych do rażenia radarów i węzłów obrony przeciwlotniczej.
Twarda infrastruktura zamiast wiary w przewagę technologiczną
Generał porucznik Stephen Sklenka teraz domaga się odpornej energetyki, utwardzonej infrastruktury, zabezpieczonych sieci i zintegrowanej obrony baz. Trudno się temu dziwić, bo hangary, zapasy paliwa, magazyny amunicji, centra dowodzenia, węzły transmisji danych i zasilanie awaryjne stają się elementami pola walki. Jeżeli zostaną wyłączone w pierwszych godzinach, to potencjał nawet najnowocześniejszego uzbrojenia straci wszelkie znaczenie.
Czytaj też: Chiny rozwiązały jeden z największych problemów nowoczesnej broni
Warto jednocześnie zachować chłodny dystans do samej retoryki. Generał Korpusu Piechoty Morskiej USA nie jest neutralnym komentatorem akademickim. Reprezentuje formację, która walczy o budżet, przemysłowe wsparcie i priorytety modernizacyjne. Ostrzeżenie o Chinach pełni więc także funkcję wewnętrzną: ma przyspieszyć decyzje, wzmocnić argument za inwestycjami i przesunąć uwagę z samych systemów ofensywnych na odporność zaplecza. Cała wypowiedź jest jednak w gruncie rzeczy przyznaniem, że amerykański sposób myślenia o wojnie musi dogonić rzeczywistość. Chiny budują flotę, powiększają arsenał jądrowy, rozwijają zdolności kosmiczne, inwestują w drony i systemy sieciocentryczne, ale równie ważne jest to, że robią to na fundamencie przemysłowym, którego USA nie mogą szybko skopiować.
Źródła: The War Zone, CENTCOM, CSIS

