Mam wrażenie, że z międzynarodowymi europejskimi programami zbrojeniowymi coraz częściej jest tak samo, jak z najbardziej ambitnymi wizjami technologicznej przyszłości. Są zapowiadane z pompą, początki idą jak po maśle tym bardziej im większe wspólne finansowanie udało się zebrać, a później przychodzi polityka, narodowe interesy, przemysłowe tarcia i różne potrzeby armii. Ciężko opancerzona, mobilna siła ognia nadal jest potrzebna, tylko nie może już udawać, że działa w świecie sprzed tanich bezzałogowców i nasyconego rozpoznania. CAPINT ma wpisywać się w to idealnie.
CAPINT, czyli francuski problem ubrany w niemiecki kadłub
Na targach Eurosatory 2026 firma KNDS pokazała CAPINT, czyli konstrukcję określaną jako “capacité intermédiaire”. W prostszym tłumaczeniu? Zdolność przejściowa. Sama nazwa mówi bardzo dużo, bo nie mamy tutaj do czynienia z następcą Leclerca w pełnym, historycznym sensie. Francuska firma nie pokazuje nowego czołgu jako dumnej, zamkniętej odpowiedzi na wszystko. Pokazuje raczej pojazd, który ma utrzymać ciągłość sił pancernych, zanim opóźniony Main Ground Combat System, czyli francusko-niemiecki MGCS, w ogóle będzie gotowy do wejścia na służbę.
Czytaj też: Francja zaskoczyła. Rafale F5 dostanie broń, której nikt nie chce oglądać na radarze
Problem jest prosty tylko na papierze. Leclerc nie będzie służył wiecznie, a jego wycofanie jest planowane na okolice 2038 roku. MGCS miał być wielkim następnym krokiem dla Francji i Niemiec, ale program zalicza poślizg, który we francuskiej debacie politycznej określano już jako opóźnienie rzędu około dekady. W efekcie Francja znalazła się w bardzo niekomfortowym miejscu, bo stary czołg ma określony horyzont życia, nowy wspólny system wciąż jest odległy, a cała Europa patrzy na Rosję oraz Ukrainę z poczuciem, że ciężki sprzęt lądowy wrócił do centrum rozmowy o bezpieczeństwie.
CAPINT odpowiada na ten problem w sposób dość pragmatyczny. Zamiast projektować wszystko od zera, KNDS proponuje połączenie niemieckiego podwozia wywiedzionego z Leoparda 2 A8 z francuską, bezzałogową wieżą ASCALON. Napęd ma zapewniać silnik wysokoprężny o mocy około 1100 kW, czyli nie mówimy o eksperymencie na miękkich nogach, tylko o wykorzystaniu sprawdzonej bazy pancernej i obudowaniu jej elementami, które miały dojrzewać w ramach przyszłościowych programów.


Dla mnie właśnie tutaj robi się najciekawiej. CAPINT nie jest bowiem tylko “Leopardem z francuską wieżą”. W zamyśle ma być pomostem do świata, który MGCS obiecuje od lat, bo czołgiem z cyfrową architekturą, ochroną przeciwko dronom, systemami aktywnej obrony, łącznością z bezzałogowymi pojazdami i możliwością dalszego skalowania uzbrojenia.
Bezzałogowa wieża to nie gadżet, tylko zmiana logiki przetrwania
Najważniejsza techniczna różnica względem wielu obecnych czołgów kryje się w wieży. ASCALON w CAPINT ma być bezzałogowy, automatycznie ładowany i uzbrojony w gładkolufowe działo kalibru 120 mm. Istotna jest jednak nie tylko sama armata, lecz cała filozofia zbudowana wokół niej. Załoga ma bowiem trafić do opancerzonej “cytadeli” z przodu kadłuba, a więc do lepiej chronionego przedziału, oddzielonego od uzbrojenia oraz większej części mechaniki wieży.

Takie podejście nie jest nowe w skali świata, bo podobny kierunek od lat przewija się w różnych konstrukcjach i demonstratorach. W Europie ma jednak szczególne znaczenie, bo pokazuje, że przyszły czołg nie będzie już tylko dyskusją o grubości pancerza i kalibrze działa. Przetrwanie załogi zaczyna się od architektury całego pojazdu. Mniej ludzi w wieży oznacza mniejszy profil, inną organizację przestrzeni i szansę na ograniczenie skutków trafienia w część bojową. Oczywiście nie ma tutaj żadnej magii. Dron, mina, ciężki pocisk przeciwpancerny albo dobrze przygotowana zasadzka nadal mogą zniszczyć nawet bardzo zaawansowany pojazd. Podobny problem widać przy izraelskiej Merkawie Mk IV Barak, gdzie sama renoma, elektronika i aktywna ochrona nie wystarczyły do usunięcia ryzyka z pola walki.

ASCALON ma jeszcze jedną zaletę, której nie powinno się lekceważyć. W wersji 120 mm pozostaje kompatybilny ze standardową amunicją NATO tego kalibru, więc nie wymusza natychmiastowego wejścia w zupełnie nowy łańcuch logistyczny. Jednocześnie konstrukcja ma być skalowalna pod mocniejsze rozwiązania, a w tym przyszłe działa większego kalibru. W praktyce oznacza to coś, co bardzo pasuje do “czołgu przejściowego”, bo dzisiaj można użyć znanej amunicji, a jutro zachować furtkę do mocniejszej konfiguracji.
W takim sprzęcie nie chodzi więc o rewolucję dla samej rewolucji. Chodzi raczej o rozsądne przeniesienie kilku technologii przyszłości na platformę, która może wejść do służby szybciej niż pełny MGCS.
Czołg przyszłości będzie miał skrzydłowych, tylko nie takich jak myśliwiec
Najbardziej intrygującym elementem w czołgu CAPINT nie jest samo działo. Najbardziej przyszłościowo wygląda pomysł, żeby czołg przestał być pojedynczą, samotną bryłą stali. KNDS opisuje go jako element systemu wieloplatformowego, w którym główny pojazd ma współpracować z robotycznymi skrzydłowymi. W praktyce chodzi o bezzałogowe pojazdy naziemne, które mogą prowadzić rozpoznanie, wspierać walkę, przenosić sensory, działać jako przekaźniki albo przyjmować na siebie część ryzyka w strefach, do których wysłanie załogi byłoby zbyt kosztowne.

Przez lata “robotyczni skrzydłowi” kojarzyli się głównie z lotnictwem, ale na lądzie ich sens może być nawet bardziej namacalny. Czołg nie walczy przecież na pustej planszy. Potrzebuje rozpoznania za przeszkodami, informacji o dronach, oceny min, wskazań celów poza linią wzroku, ochrony przed amunicją krążącą i sprawnego połączenia z artylerią, piechotą oraz obroną przeciwlotniczą. Sam pancerz nie rozwiąże tych problemów.
Czytaj też: Drony będą latać w nieskończoność. Rój na bezprzewodowej kroplówce to wojskowy koszmar
Nie oznacza to jednak, że wystarczy dopisać do projektu SI i bezzałogowe platformy, żeby nagle powstał pancerny organizm przyszłości. Bezzałogowiec naziemny musi nadążyć za czołgiem w trudnym terenie, przetrwać zakłócenia, działać w pyle, błocie, wśród gruzu i pod ostrzałem. Musi też kosztować na tyle rozsądnie, żeby armia nie bała się go stracić. W przeciwnym razie skończymy z drogim dodatkiem, który świetnie prezentuje się na makiecie koncepcji, ale w praktyce będzie traktowany jak zbyt cenny sprzęt do ryzykownych zadań.
Mimo tego kierunek jest słuszny. Pisałem już o tym przy europejskim FMBTech, gdzie głównym tematem były modułowe technologie, cyberodporność, integracja z sieciami dowodzenia i przygotowanie gruntu pod przyszłe systemy pancerne. CAPINT wygląda jak znacznie bardziej konkretny przykład tego samego myślenia.
MGCS miał być wielką odpowiedzią. CAPINT pokazuje, że odpowiedź może przyjść za późno
MGCS od początku był projektem o ogromnych ambicjach. Francja i Niemcy nie chciały po prostu zbudować nowego czołgu. Chodziło o cały ekosystem walki lądowej łączący pojazd załogowy, platformy bezzałogowe, elektronikę, ochronę aktywną, być może środki walki radioelektronicznej, zwalczanie dronów, amunicję krążącą, uzbrojenie do rażenia poza linią wzroku, a w dalszej perspektywie nawet bardziej egzotyczne efektory. Klasyczna lufa miała być tylko jednym z elementów większego układu.

Problem polega na tym, że im większy program, tym więcej miejsc, w których może się zaklinować. Francja ma własny przemysł, Niemcy mają własny przemysł, Rheinmetall ma własne interesy, KNDS ma francusko-niemiecką strukturę, Thales ma swoje kompetencje, a armie mają różne priorytety. Wszystko na końcu musi jeszcze przejść przez budżety, parlamenty, kalendarze polityczne i naciski przemysłowe.
Na tym tle CAPINT może być dla MGCS jednocześnie ratunkiem i zagrożeniem. Ratunkiem, bo pozwala przenieść część technologii do służby szybciej, zanim docelowy system dojrzeje. Zagrożeniem, bo jeśli czołg przejściowy okaże się wystarczająco dobry, to cała polityczna motywacja do finansowania znacznie trudniejszego programu może osłabnąć. Niemcy już rozwijają własny kierunek w postaci Leoparda 3, znanego też jako Leopard 2AX. Pisałem o tym przy niemieckim superczołgu Leopard 3, który sam w sobie ma być rozwiązaniem pomostowym przed MGCS. Francja dostaje teraz własną ścieżkę pomostową. W pewnym momencie może paść bardzo niewygodne pytanie, bo skoro każdy buduje własny pomost, to czy ktoś jeszcze naprawdę chce przejść na wspólny brzeg?
Europa ma zbyt wiele dróg do jednego czołgu przyszłości
CAPINT nie powstał bez konkurencji. Obok MGCS istnieje bowiem MARTE, czyli Main ARmored Tank of Europe, rozwijany przez grupę państw europejskich z myślą o wymaganiach po 2040 roku. Osobno Niemcy pracują nad Leopardem 3. Włochy patrzą na koncepcje związane z Leonardo Rheinmetall Military Vehicles i następcą Ariete, gdzie również przewija się kadłub Leoparda 2 oraz rozwiązania wywodzone z Panthera KF51. Wielka Brytania, choć nie mieści się w tym konkretnym kontynentalnym zestawieniu, idzie własną drogą z Challengerem 3.

Na poziomie technologicznym taka różnorodność może być zdrowa, bo konkurencja wymusza tempo. Na poziomie europejskiej logistyki zaczyna jednak pachnieć klasycznym problemem – zbyt wiele programów, zbyt wiele standardów, zbyt wiele ambicji i zbyt mało czasu. O MARTE pisałem już jako o projekcie, który może pomóc zbudować wspólny język dla przyszłych europejskich czołgów, ale też może stać się kolejnym miejscem rozmywania odpowiedzialności. CAPINT tylko wzmacnia ten dylemat. Francja potrzebuje sprzętu przed MGCS, Niemcy potrzebują sprzętu przed MGCS, Włochy potrzebują następcy Ariete, a Rosja nie zamierza czekać, aż europejskie komitety pogodzą swoje potrzeby.

Czytaj też: 20 tysięcy ton odstraszania. Nie ma bardziej ponurej maszyny wojny niż atomowy okręt balistyczny
Właśnie dlatego nie patrzę na CAPINT jak na ciekawostkę. Dla mnie to dość brutalne potwierdzenie, że europejskie marzenia o wielkich wspólnych programach wchodzą w okres rachunku sumienia. Ambicje są dobre, ale wojskowe zdolności nie powstają z ambicji. Powstają z fabryk, pieniędzy, zamówień, amunicji, serwisowania, szkolenia i decyzji podjętych odpowiednio wcześnie. Podobny pośpiech widać poza Europą. Amerykanie przyspieszają prace nad Abramsem M1E3, bo nawet najbardziej rozpoznawalny zachodni czołg nie może wiecznie dokładać masy i kolejnych modernizacji bez zmiany podstawowej filozofii. Francuzi z CAPINT robią coś podobnego, tylko w europejskim stylu, bo biorą sprawdzony kadłub, dorzucają własną wieżę, cyfryzację, systemy ochrony i próbują zbudować coś, co wytrzyma do czasu przyjścia większego programu.

Czy CAPINT będzie sukcesem? Za wcześnie na taki werdykt. Demonstrator ma być gotowy około 2030 roku, pierwsze egzemplarze seryjne mogłyby pojawić się w 2035 roku, a wejście na pierwszą linię rozważa się w perspektywie 2037 roku. Nawet “czołg przejściowy” nie jest więc odpowiedzią na jutro rano. Właśnie ten fakt najlepiej pokazuje, jak trudna jest modernizacja wojsk pancernych. Przejściowość w zbrojeniówce potrafi trwać dłużej niż pełny cykl życia wielu cywilnych technologii.
Źródła: The War Zone, CAPINT, KNDS
