W modelu Gigabyte MO27Q3 dalej mamy 27 cali, dalej mamy QHD, dalej mamy format 16:9, ale tym razem klasyczna matryca IPS ustępuje miejsca panelowi QD-OLED. Do tego dochodzi odświeżanie 360 Hz, czas reakcji 0,03 ms GTG, DisplayHDR True Black 400, KVM, USB-C, komplet nowoczesnych funkcji gamingowych i trzyletnia gwarancja obejmująca również wypalenie panelu. Innymi słowy, Gigabyte MO27Q3 to nie już taki monitor, który próbuje odkrywać IPS-a na nowo, a raczej sprzęt, który pokazuje, dlaczego IPS w droższych monitorach gamingowych nie ma racji bytu.


Pytanie jest więc proste – czy Gigabyte MO27Q3 ma sens jako następny krok po dobrym monitorze IPS QHD, czy to nadal zabawka dla tych, którzy koniecznie chcą mieć OLED-a na biurku?
Pierwsze chwile z Gigabyte MO27Q3
Gigabyte nie odchodzi tutaj od swojej znanej filozofii. MO27Q3 jest monitorem gamingowym, ale nie wygląda jak element taniego stanowiska z turnieju e-sportowego sponsorowanego przez producenta napojów energetycznych. Projekt jest dość stonowany, ciemny, techniczny i na tyle uniwersalny, że równie dobrze odnajdzie się przy komputerze do grania, jak i przy stanowisku do pracy. Jest to oczywiście nadal sprzęt dla graczy, ale bez wizualnego krzyku czerwienią czy podświetleniem na każdym centymetrze obudowy.
Czytaj też: Test monitora Gigabyte M27Q2 QD, czyli jak odkryć matrycę IPS na nowo



W zestawie producent dołącza przewód zasilający, HDMI 2.1 8K/60 Hz, DisplayPort 1.4, przewód USB-A do USB-B (to rzadkość), dokumentację, kartę gwarancyjną oraz raport z kalibracji kolorów. Ten ostatni kawałek papieru jest dosyć ważny, bo MO27Q3 nie jest ekranem, który ma tylko świecić jasno i szybko odświeżać obraz. Fabryczna kalibracja z Delta E < 2 od razu ustawia go bliżej sprzętu dla osób, które poza graniem chcą też sensownie pracować z obrazem, choć naturalnie nie ma co udawać, że będzie to monitor referencyjny do profesjonalnej pracy.




Sam monitor waży około 6,55 kg z dwuczęściową podstawą i 5,05 kg bez niej, więc nie jest konstrukcją przesadnie ciężką. Bez problemu można myśleć o ramieniu VESA 100 x 100 mm, choć domyślna podstawa jest na tyle funkcjonalna, że nie każdy od razu będzie czuł taką potrzebę.





Dostajemy bowiem regulację wysokości w zakresie 130 mm (tradycyjnie brakowało mi kilku centymetrów wysokości do idealnego ułożenia poziomu oczy-środek monitora), nachylenie od -5 do +21 stopni, obrót w poziomie o 15 stopni w każdą stronę i pivot 90 stopni, który jest dramatyczny do pierwszego ustawienia, bo obrót monitora nawet na najwyższej wysokości sprawia, że jego róg uderza w blat. Producent postarał się też o plastikowy klips na przewody, który ułatwia opanowanie chaosu z kablami tuż przy podstawie.




Wymiary z bardzo smukłą, metalową podstawą z ogumieniem wynoszą 610 x 499 x 190 mm, więc na biurku monitor zachowuje się jak typowy 27-calowy model, a nie jak ogromny OLED, który zaczyna dominować całe stanowisko. Jest to dla mnie jeden z większych plusów tego formatu. QD-OLED nie musi oznaczać wielkiej matrycy 32 cale albo ultrapanoramy, która w małym pokoju zaczyna być problematyczna. 27 cali i 2560 x 1440 pikseli nadal są bardzo rozsądne. Obraz jest ostry, karta graficzna nie dostaje tak brutalnie po głowie jak przy 4K, a jednocześnie przeskok względem Full HD jest ogromny.
Porty, KVM i ergonomia, czyli nie tylko granie
W kwestii złączy Gigabyte MO27Q3 nie sprawia wrażenia monitora, w którym ktoś oszczędzał na ostatniej prostej. Dostajemy dwa HDMI 2.1, DisplayPort 1.4, USB-C z trybem DisplayPort Alternate Mode i Power Delivery do 18 W (niestety nie 60 W, więc ultranotebooka nie podładujecie podczas pracy), USB-B jako upstream, dwa USB-A 3.2, wyjście słuchawkowe oraz dwa wbudowane głośniki w konfiguracji stereo o mocy 5 watów każdy. Niestety jednak jakość tych głośników jest bardzo mierna i to nawet, jak na coś wbudowanego w monitory.

W ogólnym rozrachunku stanowi to zestaw cech, który pozwala podpiąć komputer, konsolę, laptopa i podstawowe peryferia bez ciągłego żonglowania przewodami.
Najważniejsze jest jednak KVM. W praktyce oznacza to możliwość korzystania z jednej klawiatury i myszy przy kilku urządzeniach podłączonych do monitora. Jeśli ktoś ma na biurku komputer stacjonarny i laptopa, to taka funkcja zaczyna zwyczajnie oszczędzać nerwy. Nie jest to oczywiście pełnoprawna stacja dokująca, bo 18 W z USB-C wystarczy co najwyżej do lekkiego podtrzymywania słabszego laptopa albo urządzeń mobilnych pokroju handhelda, ale jako element hybrydowego stanowiska monitor wypada naprawdę sensownie.

Szkoda właśnie, że wspomniane Power Delivery nie jest mocniejsze. W monitorze tej klasy 18 watów wygląda dziś skromnie, zwłaszcza gdy coraz częściej traktujemy USB-C jako jeden przewód do obrazu, danych i zasilania. Da się z tym żyć, bo podstawowa funkcjonalność jest zachowana, ale osoby liczące na wygodne podpięcie laptopa jednym kablem i normalne ładowanie pod obciążeniem mogą się rozczarować.

Do obsługi ustawień mamy klasyczny podświetlany joystick pod ekranem, a po stronie oprogramowania dochodzi OSD Sidekick, czyli możliwość kontrolowania monitora z poziomu aplikacji w Windowsie. Żeby z niej skorzystać, trzeba połączyć monitor z komputerem przewodem USB i możemy zapomnieć o konieczności korzystania z joysticka oraz OSD. Nie jest to wprawdzie jakieś wymagające, ale po prostu bardziej komfortowe tym bardziej, im częściej bawicie się z ustawieniami monitora. Osobiście jednak ograniczyłem się do przypisania skrótu poziomu jasności przy ruchu joystickiem w górę i to wystarczyło mi po pierwszej konfiguracji pod moje potrzeby.
OSB w szczegółach
OSD w Gigabyte MO27Q3 jest rozbudowane, ale na szczęście nie sprawia wrażenia przypadkowo posklejanego. Główne menu dzieli się na sekcje Gaming, Picture, Display, PIP/PBP, System, Language i Reset all, a szybkie menu joysticka pozwala od razu przejść do ustawień, GameAssist, OLED Care albo wyłączyć monitor. W praktyce najwięcej czasu spędzimy pewnie w zakładce Gaming, gdzie znajdziemy m.in. AI Black Equalizer, Super Resolution, tryb wyświetlania i VRR, oraz w GameAssist, który obejmuje licznik czasu, licznik odświeżania, celowniki, Tactical Switch, Eagle Eye, Night Vision i Flash Dimming. Oczywiście o ile potrzebujecie takich funkcji, bo sam nie doszukałem się w nich większego sensu przy codziennej pracy i graniu. Trudno się jednak temu dziwić, bo po prostu są dosyć niszowe.









Najważniejsza przy tym monitorze jest jednak osobna sekcja OLED Care. To tam sprawdzimy czas pracy panelu, status czyszczenia pikseli i ustawienia ochronne, takie jak Pixel Clean, Static Control, Pixel Shift, APL Stabilize, Sub-Logo Dim czy Corner Dim. Dobrze, że Gigabyte wyciągnął te wszystkie funkcje do osobnego, łatwo dostępnego modułu, bo przy monitorze QD-OLED nie są one ozdobą, tylko częścią codziennej obsługi. Sam interfejs jest czytelny, choć wizualnie mocno gamingowy, a w widocznym zestawie języków zabrakło polskiego, więc część użytkowników będzie musiała zostać przy angielskim OSD.




360 Hz i 0,03 ms, czyli monitor dla ludzi, którzy naprawdę widzą płynność
Odświeżanie 360 Hz w QHD brzmi już jak parametr dla ludzi, którym 144 Hz dawno temu przestało imponować. W praktyce największy sens ma to w grach dynamicznych i e-sportowych, gdzie komputer jest w stanie faktycznie wygenerować setki klatek na sekundę. Counter-Strike 2, Valorant, Overwatch 2, Fortnite, Rocket League czy inne szybkie gry pokroju Dooma potrafią skorzystać z takiego zapasu. W grach AAA z ray tracingiem i wszystkimi suwakami przesuniętymi na prawo poziom aż 360 Hz będzie raczej sufitem technologicznym niż wartością używaną na co dzień.

Samo 360 Hz nie byłoby zresztą aż tak ciekawe, gdyby nie czas reakcji 0,03 ms GTG. To właśnie tutaj OLED ma ogromną przewagę nad LCD. W IPS-ach przez lata goniliśmy za coraz lepszym overdrive’em, mniejszym smużeniem i mniejszym overshootem. W QD-OLED ten problem jest dużo mniej dokuczliwy, bo piksele reagują błyskawicznie. Efekt? Ruch jest czysty, obraz nie ciągnie za sobą typowej poświaty, a ostrość w dynamice jest znacznie bardziej naturalna.

Gigabyte dokłada do tego certyfikat ClearMR 18000, FreeSync Premium Pro i kompatybilność z G-Sync, czyli niestandardowymi wersjami VRR. Dzięki temu monitor obsługuje zmienną częstotliwość odświeżania zarówno z kartami AMD, jak i NVIDIA, a to w praktyce oznacza jeszcze mniej rwania obrazu i mniej irytujących przycięć, kiedy liczba klatek nie trzyma idealnie jednego poziomu. Przy tak wysokim odświeżaniu VRR nadal ma znaczenie, bo nawet mocny komputer nie zawsze utrzyma perfekcyjne 360 FPS.
Funkcje gamingowe Gigabyte MO27Q3
Gigabyte dorzuca do MO27Q3 pełny zestaw funkcji gamingowych, który znamy z droższych modeli tej marki. Tactical Switch 2.0 pozwala szybko przełączać tryby rozdzielczości i aktywnego obszaru ekranu, a w tym ustawienia przydatne dla graczy przyzwyczajonych do mniejszego, 24-calowego pola widzenia. To funkcja raczej dla osób mocno zanurzonych w rywalizacyjne granie, więc w monitorze 360 Hz jej obecność ma sens.

Jest też OLED VRR Anti-Flicker, czyli próba ograniczenia migotania widocznego czasem przy zmiennej częstotliwości odświeżania na OLED-ach. Jest to ważne, bo OLED-y potrafią zachowywać się specyficznie przy niestabilnym FPS-ie, a to szczególnie w ciemniejszych scenach. Jeśli monitor ma być sprzętem do szybkiego grania, to nie wystarczy dać mu wysokiego odświeżania. Trzeba jeszcze zadbać o to, żeby obraz był stabilny wtedy, kiedy liczba klatek skacze.

Do tego dochodzą Black Equalizer 2.0, Night Vision i Game Assist z celownikami, timerami oraz PIP/PBP. Część tych funkcji można traktować jako gamingowe dodatki, które jedni będą włączać od razu, a inni nigdy ich nie dotkną. Night Vision i Black Equalizer mogą pomóc w ciemnych scenach, ale jak zawsze trzeba uważać, żeby nie zniszczyć całej charakterystyki obrazu tylko po to, żeby zobaczyć przeciwnika w kącie mapy. OLED sam z siebie daje świetny kontrast, więc nie ma sensu od razu robić z ciemnych lokacji płaskiej, podbitej szarości.
AI OLED Care i temat wypalania ekranów OLED
Nie da się pisać o monitorze OLED do komputera i udawać, że temat wypalania nie istnieje. Telewizor OLED używany głównie do filmów i gier konsolowych ma inną charakterystykę pracy niż monitor, na którym przez wiele godzin potrafią wisieć paski zadań, ikony, HUD-y, okna przeglądarki, edytory, paski narzędzi i statyczne elementy interfejsu. QD-OLED wygląda wprawdzie świetnie, ale wymaga od użytkownika odrobiny rozsądku.

Gigabyte MO27Q3 ma zestaw funkcji AI OLED Care, które mają ograniczać ryzyko wypalenia. Do tego dochodzi rozbudowane chłodzenie z grafenową warstwą termiczną, czterostronną wentylacją, radiatorem i konstrukcją na całe szczęście bez wentylatora. Ten brak wentylatora jest dobrą informacją, bo nikt nie chce monitora OLED, który zaczyna szumieć i przypominać miniaturowy komputer za ekranem.

Najważniejsza jest jednak gwarancja. Gigabyte daje 3 lata ochrony obejmującej również wypalenie panelu. Oczywiście to nie sprawia, że można traktować OLED-a bezmyślnie, ale to samo w sobie znacząco zmniejsza lęk przed zakupem. Przy monitorze komputerowym jest to jeden z kluczowych argumentów, bo potencjalny nabywca nie pyta już tylko “jak dobry jest obraz?”, ale też “co będzie po dwóch latach pracy z tym samym paskiem zadań?”.
Moim zdaniem nadal warto zadbać o podstawy: automatyczne ukrywanie paska zadań, wygaszacz, usypianie monitora po bezczynności, brak maksymalnej jasności SDR przez cały dzień i regularne korzystanie z funkcji ochronnych. OLED nie jest porcelaną, której nie wolno dotykać, ale nie jest też starym LCD-em, który przyjmie dowolne traktowanie bez słowa skargi.
Wyniki testu Gigabyte MO27Q3 kolorymetrem
Sercem Gigabyte MO27Q3 jest 27-calowy panel QD-OLED o rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli, który to łączy kropki kwantowe z OLED-em, czyli technologią, w której każdy piksel może świecić i wygaszać się niezależnie. Na papierze oferuje kontrast 1500000:1, 10-bitową głębię koloru, możliwość wyświetlenia 1,07 miliarda barw, 99% pokrycia DCI-P3 i fabryczną kalibrację z Delta E < 2. Do tego dochodzi antyrefleksyjna powierzchnia matrycy i bardzo szerokie kąty widzenia.

Oczywiście OLED ma też swoje ograniczenia. Typowa jasność SDR przy pełnym białym ekranie wynosi 250 cd/m2, a deklarowane 1000 cd/m2 dotyczy HDR przy małym oknie jasności. Warto to rozumieć, bo ktoś może spojrzeć na pudełko, zobaczyć “1000 nitów” i oczekiwać, że cały pulpit Windowsa będzie świecił jak latarka warsztatowa. Nie będzie. Ten monitor pokazuje swoją siłę w kontraście, czerni, lokalnym rozbłysku, kolorach i czasie reakcji, a nie w wypalaniu oczu białą stroną dokumentu na całej powierzchni.

DisplayHDR 400 w klasycznym IPS-ie zwykle oznacza tyle, że monitor potrafi przyjąć sygnał HDR i coś z nim zrobić, ale trudno mówić o jakimś dużym efekcie. Głównym problemem nie jest sama jasność, tylko brak głębokiej czerni i precyzyjnego wygaszania. W MO27Q3 sytuacja wygląda inaczej, bo mamy tutaj do dyspozycji DisplayHDR True Black 400. To nie jest wprawdzie monitor mini LED z wielką jasnością na dużej powierzchni, ale OLED nadrabia tam, gdzie LCD zawsze walczy z własnymi ograniczeniami. Ciemne sceny są naprawdę ciemne, małe jasne elementy potrafią mocno odciąć się od tła, a obraz w grach i filmach HDR ma znacznie większy sens niż na typowym monitorze IPS z podstawowym HDR-em.

W profilu sRGB Gigabyte MO27Q3 robi dokładnie to, czego oczekiwałbym od dobrze przygotowanego monitora QD-OLED – przycina szeroką paletę barw do bardziej przewidywalnego zakresu i tym samym nadaje się znacznie lepiej do zwykłej pracy z treściami internetowymi. Pomiar pokazał 98% pokrycia sRGB, 73% AdobeRGB i 77% P3, więc nie jest to tryb do chwalenia się pełnym potencjałem panelu, tylko do okiełznania jego naturalnie bardzo nasyconych kolorów. Jest to akurat ważne, bo w codziennym użyciu, przeglądarce, WordPressie, grafice pod internet czy zwykłej obróbce zdjęć pod publikację nie zawsze chcemy maksymalnie szerokiej palety. Czasem ważniejszy jest po prostu brak przesadzonego nasycenia.
Czytaj też: Szeroki monitor to obowiązkowe wyposażenie mojego biurka. Czy takie ekrany są dla każdego?


Dokładność kolorów w sRGB wypada bardzo dobrze. Średnie Delta E wyniosło 1,07, minimum 0,13, a maksimum 4,12, przy czym ten najwyższy błąd dotyczy pojedynczego pola i nie zmienia ogólnego obrazu pomiarów. Większość próbek trzyma się znacznie bliżej celu, więc w praktyce monitor jest dobrze przygotowany do pracy bez natychmiastowej kalibracji. Nie jest to poziom absolutnie referencyjny, ale w kontekście gamingowego QD-OLED-a wynik jest bardzo solidny, zwłaszcza że ogólna ocena dokładności kolorów wyniosła 4,5/5.

Bardzo dobrze wygląda też gamma. Zmierzona wartość to 2,2 z odchyleniem 0,01, więc krzywa tonalna trzyma się standardu i nie robi z obrazu ani zbyt jasnej, ani zbyt przyciemnionej wersji samego siebie. Słabiej wypada punkt bieli, bo pomiar utrzymuje się w okolicach 6000 K. Obraz jest więc cieplejszy od neutralnego D65 i to właśnie dlatego kategoria White Point dostała niższą ocenę 3,5/5. Nie przeszkadza to szczególnie w grach i codziennej pracy, ale przy bardziej świadomej pracy z obrazem warto mieć to na uwadze albo skorygować ustawienia ręcznie.

Jasność w tym trybie jest typowa dla pracy SDR na OLED-zie. Przy 100% suwaka monitor osiągnął jasność rzędu 242,4 cd/m2, a w zmierzonym presecie 255,4 cd/m2. Przy 75% było to 186,7 cd/m2, przy 50% 130,2 cd/m2, przy 25% 74,8 cd/m2, a przy 0% 19,4 cd/m2. To wystarcza do pracy w normalnym pomieszczeniu, ale nie jest poziomem jasnych monitorów LCD, które potrafią agresywnie świecić na całej powierzchni białego ekranu. MO27Q3 wygrywa nie jasnością pełnoekranową, tylko czernią, kontrastem i reakcją pikseli.


Równomierność luminancji wypada świetnie. Różnice między strefami zamknęły się w zakresie 0-3%, co przy monitorze OLED jest wynikiem bardzo dobrym i w praktyce nie rzuca się w oczy podczas pracy z jasnymi stronami, dokumentami czy edytorem tekstu. Jeszcze lepiej wygląda równomierność koloru, gdzie największe odchylenie Delta E do najbliższego punktu wyniosło tylko 1,2.

Kontrast pomiarowy wyniósł do 5340:1 przy 100% jasności i 5620:1 w presecie, ale przy OLED-zie takie liczby trzeba traktować z dystansem. Kolorymetr raportuje czerń na poziomie około 0,05 cd/m2, podczas gdy w praktyce panel potrafi lokalnie wygaszać piksele i właśnie dlatego czerń wygląda tu znacznie lepiej niż w monitorach LCD. Ogólna ocena 4,5/5 dobrze oddaje profil sRGB w MO27Q3. To tryb bardzo dobry do codziennego użytku, pracy z treściami internetowymi i spokojniejszej obróbki, choć z jednym wyraźniejszym zastrzeżeniem dotyczącym zbyt ciepłego punktu bieli.

Do czego Gigabyte MO27Q3 nadaje się najlepiej?
Najłatwiej zrozumieć MO27Q3 jako monitor dla osób, które chcą połączyć trzy rzeczy: QHD, OLED-a i ekstremalnie wysokie odświeżanie. Innymi słowy, to nie jest typowy monitor do biura, choć do pracy nadaje się oczywiście bardzo dobrze. To nie jest też wyłącznie monitor do filmów, bo 27 cali nie daje takiego efektu jak duży telewizor OLED. Największy sens ma przy wydajnym komputerze gamingowym.

W grach e-sportowych 360 Hz, bardzo szybka reakcja matrycy i VRR tworzą zestaw, który faktycznie może dawać przewagę osobom grającym dużo i świadomie. W grach singleplayerowych znaczenie przesuwa się z samego odświeżania na obraz. Czerń, kontrast, HDR True Black, nasycone kolory i błyskawiczna reakcja pikseli sprawiają, że gry wyglądają efektownie nawet wtedy, kiedy nie dobijają do setek FPS.
Do pracy kreatywnej MO27Q3 również ma sporo sensu. 10 bitów, fabryczna kalibracja i świetny kontrast dają bardzo dobry punkt wyjścia do montażu, obróbki zdjęć, pracy z grafiką internetową i materiałami wideo. Trzeba tylko pamiętać, że nie jest to monitor projektowany wyłącznie jako narzędzie referencyjne do studia. Jeśli ktoś robi krytyczną pracę z kolorem, to i tak powinien wykonać własną kalibrację i pomiary. Jeśli jednak mówimy o twórcy internetowym, graczu i osobie pracującej przy komputerze przez wiele godzin dziennie, to ten panel ma bardzo duży potencjał.
Cena i opłacalność Gigabyte MO27Q3 OLED
Gigabyte MO27Q3 nie jest monitorem tanim (~2180 zł), ale przy QD-OLED-ach 360 Hz trzeba akurat zrobić krok w tył. Nie jest to następca M27Q2 QD w sensie cenowym, bo jest to raczej jego znacznie droższy, bardziej bezkompromisowy krewny. Tamten model miał sens jako monitor QHD dla gracza, który chciał szybkiego IPS-a z dobrymi kolorami i rozsądną ceną. MO27Q3 celuje w kogoś, kto jest gotów dopłacić za prawdziwą czerń, perfekcyjny wręcz czas reakcji, HDR z sensem i odświeżanie 360 Hz.

Czy warto? To zależy od tego, z czego się przesiadacie. Jeśli macie zwykły monitor 1080p 144 Hz, to różnica w odbiorze gier i filmów będzie ogromna. Jeśli macie dobrego IPS-a QHD 165-200 Hz, to przeskok nadal będzie bardzo wyraźny, ale bardziej w jakości obrazu i czasie reakcji niż w samej rozdzielczości. Jeśli zaś np. macie już OLED-a o odświeżaniu 240 Hz, to MO27Q3 stanie się bardziej specjalistycznym wyborem dla osób, które chcą właśnie 360 Hz i konkretnie 27-calowego QHD.
Test Gigabyte MO27Q3 – podsumowanie
Gigabyte MO27Q3 jest monitorem, który bardzo dobrze pokazuje, dlaczego QD-OLED zaczyna wypychać klasyczne IPS-y z wyższej półki sprzętu gamingowego. Nie chodzi wyłącznie o 360 Hz ani o czas reakcji 0,03 ms GTG. Największa zmiana względem szybkich monitorów LCD dotyczy obrazu jako całości, bo absolutnej czerni, kontrastu, pracy w ciemnych scenach, błyskawicznej reakcji pikseli i tego specyficznego wrażenia, że gry oraz filmy przestają być lekko “podświetlone od tyłu”. Przy przesiadce z dobrego IPS-a QHD nie dostajemy więc tylko większej płynności, ale zupełnie inny, zdecydowanie lepszy charakter obrazu.

Największe zalety MO27Q3 są jasne. Jest to 27-calowy monitor QHD, który łączy bardzo rozsądną rozdzielczość 2560 x 1440 pikseli z ekstremalnym odświeżaniem 360 Hz, bardzo szybkim panelem QD-OLED, DisplayHDR True Black 400, FreeSync Premium Pro, kompatybilnością z G-Sync, KVM, HDMI 2.1, USB-C, pełną ergonomią podstawy i rozbudowanym OSD. Do tego dochodzi AI OLED Care z czyszczeniem pikseli, Pixel Shift, Static Control, APL Stabilize, Sub-Logo Dim i Corner Dim, a także 3-letnia gwarancja obejmująca wypalenie panelu. Przy monitorze OLED do komputera ten ostatni punkt jest szczególnie ważny, bo statyczne elementy Windowsa, paski narzędzi i HUD-y w grach są codziennością.

Wyniki pomiarów w profilu sRGB również wypadają dobrze, choć nie idealnie. Monitor pokrył 98% sRGB, 73% AdobeRGB i 77% P3, więc tryb sRGB skutecznie ogranicza naturalnie szeroką paletę panelu do bardziej przewidywalnego zakresu. Średnie Delta E wyniosło 1,07, gamma trzymała wzorcowe 2,2, a równomierność luminancji zamknęła się w odchyleniach 0-3%. Bardzo dobrze wygląda też równomierność koloru, z maksymalnym odchyleniem Delta E do najbliższego punktu na poziomie 1,2. Największe zastrzeżenie mam do punktu bieli w okolicach 6000 K, bo obraz jest wyraźnie cieplejszy od neutralnego D65. Jasność SDR na poziomie około 242-255 cd/m2 także nie zrobi wrażenia na osobach przyzwyczajonych do bardzo jasnych LCD, ale w przypadku OLED-a kluczowe są czerń, kontrast i lokalne rozbłyski, a nie pełnoekranowa biel.
Czytaj też: Czy warto kupić monitor OLED? Największy problem to stereotypy


Nie jest to jednak monitor pozbawiony wad. USB-C z Power Delivery o mocy 18 watów wygląda zbyt skromnie jak na sprzęt tej klasy, więc o wygodnym ładowaniu laptopa jednym przewodem można zapomnieć. Wbudowane głośniki są mierne nawet jak na monitorowe standardy i zmusiły mnie do korzystania ze słuchawek. Pivot działa, ale jego ustawienie potrafi zirytować, bo podczas obrotu róg ekranu zahacza o blat niezależnie od pozycji uchwytu. Sam uchwyt nie jest też aż tak wysoki, żeby spełnić moje wymagania, ale dręczy to znakomitą większość monitorów.
OSD jest zaś czytelne i rozbudowane, lecz wizualnie mocno gamingowe, a brak języka polskiego część użytkowników po prostu odczuje. Do tego dochodzi typowy dla OLED-ów temat rozsądnej eksploatacji. Automatyczne ukrywanie paska zadań, usypianie monitora po bezczynności i korzystanie z funkcji ochronnych nie są tu przesadną ostrożnością, tylko normalnym elementem użytkowania.

Dla kogo jest więc monitor Gigabyte MO27Q3? Przede wszystkim dla gracza, który chce zostać przy 27 calach i rozdzielczości 2560×1440, ale jednocześnie oczekuje obrazu z wyższej półki oraz płynności wykraczającej daleko poza typowe 144 czy 165 Hz. W e-sporcie 360 Hz, niski czas reakcji i VRR mają bardzo duży sens, a w grach singleplayerowych największą rolę przejmują czerń, kontrast, HDR True Black i kolorystyka QD-OLED-a. W pracy kreatywnej monitor też daje dobry punkt wyjścia, a to szczególnie pod treści internetowe, montaż, zdjęcia i grafikę, choć przy zadaniach wymagających pełnej precyzji nadal wypada wykonać własną kalibrację. Cena za taką przyjemność? Od 2300 do 2500 złotych.

