CA-1EA wygląda jak elektroniczny łom do wyważania nieba nad wrogiem

Wydaje mi się, że w lotnictwie wojskowym coraz mniej chodzi o pojedynczy samolot nowej generacji, którego utrata jest wręcz hańbą, a coraz bardziej o cały układ sił, który pozwala takiemu samolotowi w ogóle dolecieć tam, gdzie ma wykonać zadanie. Nowy CA-1EA niemieckiego Helsinga wpisuje się właśnie w ten kierunek, bo wygląda jak maszyna zbudowana nie po to, żeby po prostu “uderzyć”, ale żeby wyważyć elektroniczne drzwi w niebie nad wrogiem.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

Przez dekady wyobraźnię rozgrzewały myśliwce stealth, pociski dalekiego zasięgu i maszyny zdolne do przełamywania barier prędkości, ale współczesne pole walki coraz częściej przypomina nie tyle pojedynek pilotów, co brutalną walkę o informację, sygnał, zakłócenie i pierwszeństwo w wykryciu przeciwnika. Właśnie dlatego najciekawsze rzeczy dzieją się dziś nie tam, gdzie ktoś pokazuje kolejną latającą bombę, ale tam, gdzie pojawia się narzędzie pokroju CA-1EA do rozmontowywania całego systemu obrony przeciwnika.

CA-1EA nie jest zwykłym dronem bojowym z innym ładunkiem

Helsing pokazał CA-1EA podczas International Aerospace Exhibition w Berlinie i sam fakt tej premiery nie byłby jeszcze szczególnie zaskakujący, gdybyśmy mówili tylko o kolejnej wersji bezzałogowca bojowego. Rzecz w tym, że CA-1EA jest wariantem walki elektronicznej rozwijanej już platformy CA-1 Europa, czyli autonomicznego samolotu bojowego w klasie około 4 ton. Mówimy o maszynie o długości 11 metrów i rozpiętości skrzydeł 10 metrów, z jednosilnikowym napędem, obniżoną wykrywalnością i architekturą opartą na stosie autonomii Centaur AI.

Czytaj też: Drony będą latać w nieskończoność. Rój na bezprzewodowej kroplówce to wojskowy koszmar

W praktyce Helsing rozdziela teraz CA-1 na dwa główne warianty. CA-1KA, czyli Kinetic Attack, ma odpowiadać za klasyczne efekty bojowe, a CA-1EA, czyli Electronic Attack, specjalizuje się w operacjach zakłócania, degradowania i dezorganizowania systemów przeciwnika. Ten podział pokazuje zmianę w myśleniu o autonomicznych maszynach wojskowych. Bezzałogowiec nie musi już być tylko tańszym odpowiednikiem pocisku albo jednorazowym narzędziem do ataku. Może stać się elementem większej operacji, który przygotowuje przestrzeń dla innych maszyn.

W praktyce CA-1EA ma zakłócać wrogie radary naziemne i sieci rozpoznania, a przez to tworzyć bezpieczniejsze korytarze dla samolotów lecących za nim. Brzmi to kusząco z perspektywy dowództwa lotniczego, ale jednocześnie od razu wymaga ostrożności. Elektroniczny atak nie jest magicznym przyciskiem “wyłącz obronę powietrzną”. Radar można zakłócić, oszukać, zmusić do pracy w mniej korzystnym trybie albo ograniczyć jego zasięg wykrywania, ale w takich sytuacjach przeciwnik nie stoi bezczynnie. Systemy przeciwlotnicze też mają procedury odpornościowe, pasywne czujniki, tryby pracy z niską emisją, sieciowe przekazywanie danych i własne środki walki radioelektronicznej.

Naturalnie więc CA-1EA nie powinien być traktowany jak gwarancja łatwego przelotu, lecz jako kolejna warstwa w złożonej operacji SEAD i DEAD, czyli tłumienia oraz niszczenia obrony powietrznej.

Elektroniczny atak staje się ważniejszy niż sama eksplozja

Odkąd piszę o dronach, radarach i systemach przeciwlotniczych, coraz mocniej widzę, że współczesny front jest najpierw elektromagnetyczny, a dopiero potem kinetyczny. Zauważyłem to niedawno przy walce elektronicznej w wykonaniu firmy BAE Systems, gdzie najważniejsze nie jest samo trafienie celu, lecz odebranie przeciwnikowi zdolności widzenia, słyszenia i koordynacji. Ten sam kierunek wraca przy sensorach atomowych pola walki, które pokazują, że wykrywanie sygnałów staje się osobnym poziomem przewagi.

CA-1EA jest ciekawy właśnie dlatego, że nie próbuje udawać taniego Shaheda ani klasycznego lojalnego skrzydłowego z podwieszonym uzbrojeniem. Jego sens polega na tym, że ma wejść w strefę ryzyka na długo przed innymi, zacząć pracować w eterze i utrudnić przeciwnikowi zrozumienie sytuacji. Gdy radar widzi gorzej, gdy ścieżka śledzenia celu jest mniej stabilna, gdy sieć rozpoznania dostaje gorsze dane albo kiedy operatorzy zaczynają widzieć fałszywe obrazy sytuacji, to wtedy cała obrona powietrzna traci swoją skuteczność. Wtedy nie musi zgasnąć całkowicie. Wystarczy, że zacznie reagować wolniej, niepewniej i mniej spójnie.

Tutaj pojawia się ogromna przewaga bezzałogowca. Załogowy samolot walki elektronicznej jest kosztowny, wymaga wyszkolonej załogi i zwykle pozostaje aktywem, którego nie chce się ryzykować zbyt blisko najgorszych stref obrony. Autonomiczna platforma może zaś wejść głębiej, pracować agresywniej i przejąć część ryzyka, którego nie warto nakładać na pilotów.

Właśnie dlatego uważam, że CA-1EA jest mniej “nowym dronem”, a bardziej zapowiedzią innego modelu walki powietrznej. Człowiek zostaje dalej w systemie, ale nie musi być pierwszym elementem wystawionym na ogień.

Wspólna platforma CA-1 ma sens, ale nie rozwiązuje wszystkiego

Najbardziej pragmatyczny element całego programu Helsinga znajduje się w architekturze. CA-1KA i CA-1EA mają korzystać z tego samego płatowca, napędu, stosu autonomii i infrastruktury kontroli naziemnej. Różnić ma je przede wszystkim wyposażenie misyjne. Takie podejście jest logiczne, bo zmniejsza liczbę osobnych elementów w produkcji, szkoleniu, obsłudze i logistyce. Wspólna architektura nie oznacza jednak, że wariant walki elektronicznej powstaje przez prostą wymianę “ładunku” w nosie albo komorze.

Czytaj też: 20 tysięcy ton odstraszania. Nie ma bardziej ponurej maszyny wojny niż atomowy okręt balistyczny

Elektroniczny atak potrzebuje mocy, chłodzenia, anten, odpowiedniego rozmieszczenia elementów, oprogramowania misyjnego, synchronizacji z innymi platformami i bardzo precyzyjnego zarządzania emisją. Maszyna, która zakłóca, sama w pewnym sensie krzyczy w eterze. Jeżeli robi to źle, może zdradzić pozycję, ułatwić przeciwnikowi klasyfikację zagrożenia albo stać się celem dla pocisków naprowadzanych na źródło promieniowania.

Maszyna ma finalnie działać obok CA-1KA oraz konwencjonalnych samolotów, takich jak Eurofighter. W teorii właśnie taki mieszany zespół może mieć sens, bo w takim układzie dron elektroniczny otwiera drogę, wariant kinetyczny i załogowe samoloty korzystają z powstałego okna operacyjnego, a całość jest spięta przez oprogramowanie i wymianę danych. W praktyce każda taka obietnica musi przejść przez testy, integrację z wojskowymi procedurami i rzeczywistość, bo obie strony konfliktu ciągle uczą się nowych sztuczek.

Czytaj też: Turcja nigdy wcześniej nie zrobiła takiego sprzętu wojskowego. Mnie ciekawi zaś jedno…

Patrzę na ten program z zainteresowaniem, ale bez zachwytu na kredyt. CA-1 Europa ma wykonać pierwszy lot na początku 2027 roku. Pierwsza zdolność operacyjna wariantu CA-1KA jest planowana na 2029 rok, a CA-1EA ma dojść do tego etapu w 2031 roku. W lotnictwie wojskowym sześć lat to jednocześnie blisko i daleko. Blisko, bo rozwój ciężkiego autonomicznego bezzałogowca bojowego w takim czasie byłby bardzo szybki. Daleko, bo środowisko walki elektronicznej zmienia się już teraz, miesiąc po miesiącu, co bardzo dobrze widać przy fałszowaniu i zakłócaniu GPS oraz programach pokroju Artemis, gdzie odporność na zakłócenia staje się podstawowym warunkiem sensownego użycia drona.

Źródła: Helsing

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.