Odtworzyli fragment nuklearnego piekła. Skala naszej niewiedzy jest przerażająca

Odkąd piszę o atomie, regularnie wraca do mnie ten sam motyw – najtrudniejsze pytania nie dotyczą wyłącznie tego, jak produkować energię albo jak zbudować potężniejszą technologię. Dotykają tego, jak później radzić sobie z jej skutkami. Widać to przy fińskim eksperymencie z podziemnym składowaniem odpadów jądrowych, a jeszcze bardziej przy nuklearnym dziedzictwie ZSRR w Arktyce. Atom rzadko kończy się w momencie, w którym gaśnie reakcja. Wtedy dopiero zaczyna się najdłuższa część całej historii.
Odtworzyli fragment nuklearnego piekła. Skala naszej niewiedzy jest przerażająca

Energetyka jądrowa, broń nuklearna, składowanie odpadów, awarie reaktorów – to wszystko krąży wokół tej samej niewygodnej prawdy. Ludzkość nauczyła się ujarzmiać procesy o skali kojarzonej z gwiazdami, ale nadal musi rozumieć konsekwencje każdego błędu, każdej awarii i każdego najgorszego scenariusza. Właśnie dlatego tak bardzo fascynują mnie badania, które są czymś znacznie bardziej przyziemnym. Nie chodzi o zabawę w koniec świata, tylko o próbę zamiany domysłów w pomiary.

Naukowcy nie odpalili bomby. Zrobili coś ciekawszego

Badacze z Lawrence Livermore National Laboratory przeprowadzili ciekawy eksperyment, bo w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych odtworzyli fragment środowiska, jakie pojawia się w ekstremalnie gorącej kuli ognia po zdarzeniu nuklearnym. Nie było tam prawdziwej eksplozji jądrowej, nie było reakcji rozszczepienia i nie było “miniaturowej bomby”. Był za to plazmowy reaktor przepływowy o długości około metra, w którym materiały były podgrzewane do około 4727 stopni Celsjusza.

Czytaj też: Zrobił domową “baterię nuklearną”. Efekt jest skromny, ale sam pomysł robi wrażenie

Sam opad radioaktywny często jest traktowany jak jedna mglista, śmiertelna chmura. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej, bo po ekstremalnym ogrzaniu materiały najpierw parują, następnie reagują chemicznie, później stygną i kondensują w drobne cząstki. Te cząstki nie są zaś przypadkowym pyłem. Są zapisem warunków, w których powstały. Trochę jak geologiczna warstwa po katastrofie, ale tworzona w sekundach i minutach, a nie przez całe tysiące lat.

W swoim eksperymencie zespół sięgnął po trzy pierwiastki, bo uran, cez i cer. Uran pełnił rolę materiału odniesienia, bo jest mniej lotny i kondensuje wcześniej. Cez był ważny jako radioaktywny produkt rozszczepienia, znany między innymi z kontekstu skażeń po awariach jądrowych. Cer został zaś wykorzystany jako chemiczny zamiennik plutonu, ponieważ pozwala badać pewne zachowania bez sięgania po materiał znacznie bardziej problematyczny w obsłudze. Już sam dobór składników pokazuje, że nie była to byle sztuczka laboratoryjna, lecz próba zbudowania prostszego modelu bardzo złożonego procesu.

Najważniejszy był nie ogień, lecz sposób chłodzenia

Badacze sprawdzili dwie różne historie termiczne, czyli dwa scenariusze stygnięcia materiału. W pierwszym temperatura spadała stopniowo i konsekwentnie wzdłuż reaktora. W drugim materiał był utrzymywany dłużej w wysokiej temperaturze, a dopiero potem został gwałtownie schłodzony.

Chmura burzy ogniowej nad Hiroszimą, podczas jej formowania się zaczął padać czarny deszcz

Na papierze mogłoby się wydawać, że skoro skład początkowy reakcji jest znany, to końcowe cząstki da się przewidzieć z wystarczającą dokładnością. W praktyce było jednak zupełnie inaczej. Uran i cer zachowały się względnie podobnie, bo kondensowały dość wcześnie po rozpoczęciu chłodzenia, choć także ich skład chemiczny zależał od przebiegu eksperymentu. Największa niespodzianka przyszła jednak przy cezie. Ten kondensował później niż uran i cer, a w wariancie z dłuższym przetrzymaniem w wysokiej temperaturze mocniej mieszał się z innymi pierwiastkami i tworzył bardziej złożone związki.

Wykazało to ograniczenie dotychczasowych modeli symulacyjnych. Jeżeli bowiem pierwiastek lotny zostaje dłużej w gorącym środowisku, to ma więcej czasu na reakcje z innymi składnikami. Efekt końcowy nie zależy więc wyłącznie od tego, co było w materiale początkowym, ale też od tego, jak długo wszystko pozostawało rozgrzane i jak szybko przeszło przez kolejne etapy chłodzenia. W świecie analizy opadu radioaktywnego taki szczegół jest arcyważny.

Opad radioaktywny jako zapis zdarzenia

Najbardziej podoba mi się w tym badaniu myśl, że cząstki opadu można traktować jak nośnik informacji, co w praktyce może działać w dwie strony. Z jednej strony lepsze modele pomagają przewidywać to, co stanie się po awarii reaktora albo po zdarzeniu nuklearnym. Z drugiej strony analiza już zebranych cząstek może pomóc odtworzyć przebieg zdarzenia po fakcie.

Czytaj też: Pierwszy test nuklearny stworzył substancję, jakiej ludzkość jeszcze nie widziała. Naukowcy znaleźli dziwną strukturę

Czerwony Las w rejonie Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, skażony przez opad promieniotwórczy

Takie podejście ma bardzo praktyczny wymiar. W sytuacji kryzysowej liczy się czas, wiarygodność i jakość decyzji. Gdzie wysłać zespoły pomiarowe? Jak interpretować skład znalezionych cząstek? Które obszary mogą wymagać większej ostrożności? Jak odróżnić scenariusze, które z zewnątrz mogą wyglądać podobnie, ale pozostawiają inny podpis chemiczny? W ostatecznym rozrachunku chodzi o coś bardzo konkretnego – mniejszą liczbę założeń tam, gdzie założenia mogą kosztować ludzkość zbyt dużo.

Tutaj widać zresztą szerszy problem z atomem. Gdy piszemy o reaktorach nowej generacji, łatwo patrzeć na nie przez pryzmat obietnicy stabilnej, niskoemisyjnej energii. Sam uważam, że bez atomu wiele państw będzie miało ogromny problem z pogodzeniem transformacji energetycznej z potrzebami przemysłu. Równocześnie nie da się jednak uczciwie mówić o przyszłości tej technologii bez drugiej połowy opowieści. Potrzebujemy nie tylko lepszych reaktorów, ale też lepszej radiochemii, lepszego monitoringu, lepszej analizy awarii i lepszego rozumienia tego, co zostaje po zdarzeniach skrajnych.

Tradycyjne problemy mają problem…

Tradycyjne modelowanie opadu często opiera się na podejściach równowagowych. Zakładają one bardziej uporządkowany przebieg reakcji chemicznych, w którym układ dąży do przewidywalnego stanu. Takie modele są potrzebne, bo bez uproszczeń nie da się opisać rzeczywistości w rozsądnym czasie. Problem zaczyna się wtedy, gdy uproszczenie zaczyna udawać rzeczywistość i jest brane na poważnie, bo może doprowadzić do opłakanych w skutkach decyzji.

Małe reaktory jądrowe to mniej radioaktywnych odpadów, Małe reaktory jądrowe

Kiedyś wiedza o opadzie radioaktywnym była w ogromnej mierze produktem prób jądrowych, katastrof i historycznych danych zbieranych w warunkach, których nie da się moralnie ani praktycznie powtórzyć. Dzisiaj fragmenty tej chemii można zamknąć w kontrolowanym układzie i badać bez prawdziwego zdarzenia nuklearnego.

Czytaj też: Największa kompromitacja wojskowa XXI wieku? Tajemnice nuklearne USA wyciekły

Nowy eksperyment LLNL pokazuje, że tempo chłodzenia i czas pozostawania w wysokiej temperaturze mogą zmieniać chemiczną specjację, czyli formy, w jakich pierwiastki występują w końcowych cząstkach. Cez nie musi po prostu “osobno” skondensować w przewidywalnym momencie. Może wejść w bardziej złożone interakcje z innymi składnikami, jeśli warunki dadzą mu na to czas.

… ale nowości wiele brakuje do ideału

Musimy jednocześnie pamiętać, że sam laboratoryjny układ jest uproszczony. Brakuje w nim całego chaosu świata zewnętrznego, a więc betonu, szkła, wody, gleby, metali konstrukcyjnych i tysięcy innych składników, które w prawdziwej katastrofie albo eksplozji mogłyby wejść do gry. Badacze zresztą nie udają, że ich reaktor odtworzył pełną złożoność nuklearnej kuli ognia. Jego siła polega na czymś innym, bo taki model pozwala odizolować jeden mechanizm i sprawdzić go w warunkach, w których da się zbierać materiał na kolejnych etapach procesu.

Ciekawe jest również to, że wnioski mogą wykraczać poza same zdarzenia nuklearne. Każde środowisko ekstremalnie wysokiej temperatury, w którym materiały parują, reagują i ponownie kondensują, może zostawiać podobne chemiczne podpisy. Mowa więc nie tylko o bezpieczeństwie jądrowym, ale też o szerszej chemii aerozoli, materiałów i procesów wysokotemperaturowych. Dzisiejsze badanie cezu, uranu i ceru jest dopiero małym, kontrolowanym wycinkiem. Następny krok to bardziej złożone mieszaniny, bliższe temu, co mogłoby powstać przy prawdziwej awarii albo eksplozji.

Źródła: ScienceAlert, LLNL

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.