Właśnie dlatego od lat rosyjski pocisk 9M730 Burewiestnik, znany w NATO jako SSC-X-9 Skyfall wydaje się mi czymś ciekawym, ale też bardzo kontrowersyjnym. W teorii mówimy bowiem o pocisku manewrującym, który nie musi martwić się klasycznym paliwem, może lecieć przez absurdalnie długi czas i nawet uderzyć z kierunku, którego obrona przeciwrakietowa nigdy by się nie spodziewała. W praktyce coraz mocniej wygląda to jednak na broń, której największa przewaga może być jednocześnie największą kompromitacją.
Skyfall nie jest zwykłym pociskiem manewrującym. Właśnie dlatego budzi taki niepokój
Klasyczny pocisk manewrujący ma prostą barierę i jest to paliwo. Można udoskonalać silnik, zmniejszać opór, lepiej planować trasę, obniżać lot i grać profilem misji, ale na końcu zawsze czeka limit masy, objętości oraz konstrukcji. Skyfall próbuje ten problem obejść w sposób skrajny, bo jego sercem ma być niewielki reaktor jądrowy.
Czytaj też: Nie jest to broń, ale coś czuję, że armie całego świata oszaleją na punkcie SharpSight

W zamyśle wygląda to niemal jak spełnienie dawnego snu strategów od odstraszania. Pocisk nie leci po przewidywalnym łuku jak rakieta balistyczna, nie musi podążać najkrótszą trasą i nie kończy mu się paliwo po kilku tysiącach kilometrów. Może krążyć, omijać obszary silnie bronione, podejść do celu od strony, której wcześniej nikt poważnie nie traktował, a nawet czekać na rozkaz uderzenia. Temat Złotej Kopuły USA jest tu świetnym przykładem, bo pokazuje, że im ambitniejsze stają się systemy obrony, tym większa jest pokusa, żeby zbudować coś, co ma je ominąć nie szybkością, lecz nieprzewidywalnością.
Rosja pokazała Burewiestnika światu w 2018 roku razem z innymi “strategicznymi cudami”, wśród których znalazły się m.in. Posejdon i hipersoniczne konstrukcje pokroju Awangarda. W rosyjskiej narracji miał to być dowód, że żadne amerykańskie tarcze nie odbiorą Moskwie możliwości odwetu. Dla mnie od początku bardziej interesująca była jednak techniczna cena tego pomysłu, bo napęd jądrowy w pocisku manewrującym po rozebraniu koncepcji na części zaczyna pachnieć czymś, co inżynierowie porzucili dekady temu z bardzo konkretnych powodów.
Stary pomysł wraca w nowym opakowaniu
Burewiestnik nie wziął się znikąd. Podobne idee pojawiały się już w czasach zimnej wojny, kiedy Stany Zjednoczone i Związek Radziecki sprawdzały, czy energia jądrowa może napędzać samoloty, bombowce i pociski. Amerykanie mieli Project Pluto, czyli projekt nuklearnego silnika strumieniowego dla pocisku SLAM. Koncepcja zakładała niskolecącą, bardzo szybką broń, która mogłaby przemieszczać się na ogromnych dystansach i razić cele jądrowe po drodze. Brzmiało to imponująco, ale było skrajnie problematyczne.
Czytaj też: Europa wreszcie się budzi. Ta broń ma uderzać daleko bez wielkiego lotniska

Pluto doczekał się prób naziemnych. Reaktor działał, technologia nie była czystą fantazją, lecz program ostatecznie został porzucony. Nie dlatego, że sama fizyka odmówiła współpracy, tylko dlatego, że sens wojskowy i polityczny okazał się wątpliwy. Broń, która już podczas lotu może stać się radiologicznym problemem, nie jest zwykłym narzędziem odstraszania. Przypomina raczej latające skażenie czekające na rozkaz.

Analiza MIT dodaje do tej historii ciekawy szczegół. Według niej rosyjski Skyfall najpewniej nie jest nuklearnym ramjetem w stylu Pluto, bo wszystko wskazuje na system subsoniczny, bardziej podobny do klasycznego pocisku manewrującego. Wymiary odtworzone na podstawie otwartych materiałów sugerują długość pocisku rzędu około 9,5 metra i rozpiętość skrzydeł około 5,6 metra. Prędkość lotu ma być raczej wysoka poddźwiękowa, a nie hipersoniczna czy nawet naddźwiękowa. Innymi słowy, nie mamy tu demona szybkości, a długodystansowego intruza.
Najważniejszy problem kryje się w cyklu pracy silnika
Sedno sprawy sprowadza się do tego, jak taki napęd miałby działać. W zwykłym silniku odrzutowym powietrze wpada do wlotu, zostaje sprężone, ogrzane przez spalanie paliwa i wyrzucone z tyłu, generując ciąg. W Skyfall komora spalania ma zostać zastąpiona reaktorem. Powietrze nie jest więc ogrzewane przez płomień, lecz przez energię rozszczepienia.
Czytaj też: CA-1EA wygląda jak elektroniczny łom do wyważania nieba nad wrogiem
Najbezpieczniejsza intuicyjnie wersja takiego systemu zakładałaby obieg pośredni. Reaktor ogrzewa zamknięty czynnik roboczy, ten przekazuje ciepło przez wymiennik, a powietrze z zewnątrz nie ma kontaktu z elementami reaktora. Problem w tym, że taki układ robi się ciężki, duży i złożony. W pocisku manewrującym zaś każdy kilogram i każdy centymetr sześcienny są na wagę przeżywalności całej konstrukcji.

Dlatego zresztą MIT wskazuje na rozwiązanie znacznie bardziej brutalne – bezpośredni cykl jądrowy. W nim powietrze wpada do silnika, przechodzi przez obszar związany z rdzeniem reaktora, nagrzewa się i wylatuje z tyłu. Konstrukcyjnie ma to sens, bo pozwala zmieścić napęd w pocisku. Radiologicznie wygląda jednak znacznie gorzej. Takie powietrze może nieść ze sobą aktywowane izotopy i produkty związane z pracą reaktora. Analiza wskazuje m.in. argon-41, krypton-85m, krypton-83m i węgiel-14. Model mówi o ponad 5 TBq gazowych radionuklidów na każdą megawatogodzinę lotu.
W październiku 2025 roku Rosja pochwaliła się testem, podczas którego Burewiestnik miał przelecieć ponad 14000 km w około 15 godzin. Norweskie służby potwierdziły sam fakt testu w rejonie Nowej Ziemi oraz znacznie dłuższy lot niż wcześniej. Nie oznacza to jednak automatycznie, że Skyfall staje się idealną bronią. Pocisk manewrujący lecący poddźwiękowo ma swoje słabości. Im dłużej pozostaje w powietrzu, tym dłużej można go wykrywać, śledzić i próbować zestrzelić. Niski lot utrudnia pracę radarom, ale nie zapewnia niewidzialności.
Mam więc wrażenie, że największa siła Skyfall nie leży w czystej skuteczności bojowej, tylko w psychologii strategicznej. Rosja nie potrzebuje przekonać świata, że taki pocisk wygra wojnę. Wystarczy, że przeciwnicy muszą doliczyć go do swoich scenariuszy. Muszą zakładać dziwne trasy dolotu zagrożenia, długotrwałe krążenie, nietypowe kierunki ataku i konsekwencje radiologiczne. Przy powrocie Burewiestnika zza kręgu polarnego widać było już, że sama aktywność wokół programu działa jak sygnał polityczny, nawet zanim pojawi się pełna pewność co do osiągów.
Katastrofa z 2019 roku ciągle kładzie się cieniem na programie
Nie da się pisać o Burewiestniku bez Nionoksy. 8 sierpnia 2019 roku w rejonie testowym nad Morzem Białym doszło do wybuchu, w którym zginęło pięciu specjalistów Rosatomu. Późniejsze analizy i wypowiedzi amerykańskie wiązały ten incydent z próbą odzyskania elementu związanego z pociskiem o napędzie jądrowym. Pojawiły się też informacje o krótkotrwałym wzroście promieniowania.
Oto więc broń jądrowa zwykle straszy skutkiem użycia, ale Skyfall budzi niepokój już podczas prac rozwojowych, prób, odzyskiwania szczątków i potencjalnych awarii. Przy klasycznym pocisku nieudany test może oznaczać utratę prototypu, wybuch paliwa, katastrofę na poligonie. Przy pocisku z reaktorem dochodzi do tego pytanie o skażenie, ekspozycję ludzi i ukrywanie danych. Najbardziej paradoksalne jest to, że Burewiestnik może być groźny nawet bez wykonania swojej właściwej misji. Start testowy, awaria na trasie, upadek w morze, próba odzyskania fragmentów – każdy z tych scenariuszy staje się osobnym problemem.
Skyfall pokazuje, że czasem lekcje z przeszłości nie wystarczą
Oto więc Rosja chciała pocisku, który nie będzie ograniczony paliwem, ale dostała uzbrojenie, którego nie da się oddzielić od kosztów środowiskowych i politycznych. Dlatego też finalnie Skyfall może więc wejść do historii nie jako rosyjska superbroń, która zmieniła zasady odstraszania, lecz jako przykład konstrukcji zatruwającej własną legendę. Dosłownie i metaforycznie. Rosja chciała pokazać broń bez limitów. Najnowsze analizy sugerują, że limit jednak istnieje. Wyznaczają go nie zasięg, nie paliwo i nie propaganda, ale konsekwencje, których nie da się spalić w dyszy silnika.
Źródła: The War Zone, MIT

