Gdy mówimy dziś o uderzeniach na setki albo tysiące kilometrów, to wyobraźnia zwykle podsuwa nam duże lotniska, wyspecjalizowane samoloty, okręty, amerykańskie systemy i całe to zaplecze, którego nie da się zbudować ani tanio, ani szybko. Dziś nie wystarczy już mieć kilka drogich narzędzi do pokazania na defiladzie. Trzeba mieć zdolność do ciągłego uzupełniania strat, powtarzania uderzeń i utrzymywania presji wtedy, gdy przeciwnik próbuje zepchnąć konflikt w długą, wyniszczającą fazę. Aktualnie Europa potrzebuje tego potencjału bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i tutaj właśnie wchodzi Ruta Block 3.
Ruta Block 3 nie jest samotnym pociskiem. To część większej zmiany w Europie
Ruta Block 3 pojawiła się publicznie jako najambitniejszy element programu rozwijanego przez Rheinmetall Destinus Strike Systems, czyli przedsięwzięcie łączące niemiecką skalę przemysłową Rheinmetalla z technologiami rakietowymi i bezzałogowymi Destinusa. Mowa o pocisku manewrującym stworzonym specjalnie do głębokiego uderzenia, z zasięgiem ponad 2000 km i głowicą bojową do 250 kg. W praktyce oznacza to klasę uzbrojenia, która nie ma służyć do nękania najbliższego zaplecza frontu, lecz do rażenia celów o dużej wartości znacznie głębiej – składów, stanowisk dowodzenia, infrastruktury wojskowej, węzłów logistycznych i obiektów utwardzonych.
Czytaj też: CA-1EA wygląda jak elektroniczny łom do wyważania nieba nad wrogiem

Ruta Block 3 ma wykorzystywać napęd turboodrzutowy T220, kształtowanie obniżające wykrywalność oraz nawigację INS, GNSS, VNS i TERCOM, a więc zestaw mający pozwolić na lot w środowisku z zakłóceniami lub degradacją sygnału satelitarnego. W prostszym języku? Pocisk nie ma polegać wyłącznie na GPS. Ma korzystać z bezwładnościowego układu nawigacji, satelitów, nawigacji wizyjnej oraz porównywania terenu z zapisanymi danymi. Dla współczesnego pola walki jest to bardzo ważne, bo zakłócanie GNSS stało się codziennością, a nie egzotycznym scenariuszem z ćwiczeń.

Właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy fragment tej historii. Ruta Block 3 ma być odpalana z kontenerów, a nie z klasycznej, wyspecjalizowanej wyrzutni kojarzonej od razu z systemem rakietowym. Taki kontener może trafić na platformy lądowe, w tym ciężarówki wojskowe, ale też na rozwiązania morskie. Gotowość do strzału ma zajmować około dwóch minut, co jednoznacznie pokazuje kierunek projektowania w stylu “mniej zależności od rozbudowanej infrastruktury, więcej elastyczności i krótsza droga od transportu do użycia”.
W podobnym duchu pisałem wcześniej o polskiej PLargonii, bo tam też najważniejsze pytanie nie dotyczyło samego płatowca, ale całego systemu testowania, produkcji i użycia. Europa zaczyna rozumieć, że nowoczesna wojna nie wymaga wyłącznie najdroższej technologii, a zamiast tego nagradza technologię, którą da się dostarczyć na czas, powielić, serwisować, zmieniać i w razie potrzeby tracić bez paraliżu całego arsenału.
Kontener zmienia więcej niż sama wyrzutnia
Start z kontenera jest sednem tej układanki. Wielkie lotniska wojskowe, okręty i stałe bazy mają ogromną wartość, ale są też oczywistymi punktami ataku. Przeciwnik wie, gdzie patrzeć, gdzie kierować rozpoznanie, gdzie budować listę celów. Konteneryzacja przesuwa ciężar z pojedynczej prestiżowej platformy na rozproszoną logistykę. Nie znika więc potrzeba rozpoznania, dowodzenia, łączności i ochrony, ale zmienia się geometria zagrożenia, które znacznie trudniej jest zdusić w zarodku.
Czytaj też: Nie jest to broń, ale coś czuję, że armie całego świata oszaleją na punkcie SharpSight

Standardowy kontener morski, zwłaszcza ok. 12,2-metrowy odpowiednik 40-stopowej jednostki, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów globalnej logistyki jako standardowy kawał blachy do transportu praktycznie wszystkiego. W wojskowości ta zwyczajność bywa zaletą, bo łatwiej dopasować taki system do istniejących przepływów transportowych, platform i procedur. Oczywiście istnieje jednak cienka granica między elastycznością logistyczną a przesadnym zachwytem nad “ukryciem” uzbrojenia w cywilnie wyglądającej formie, bo doprowadza to samo w sobie do wielu patologii w razie działań wojskowych. Finalnie jednak prawda jest taka, że im mniej specjalistyczna jest infrastruktura startowa, tym trudniej sparaliżować całą zdolność jednym uderzeniem.
Podobny tok myślenia widać przy ukraińskiej Paljanicy, która też rozmywa klasyczny podział między dronem, rakietą i pociskiem manewrującym. Pokazuje to, że nowe systemy dalekiego zasięgu coraz rzadziej pasują do wygodnych definicji sprzed kilkunastu lat. Niby mają skrzydła, niby latają jak pociski manewrujące, niby korzystają z doświadczeń świata bezzałogowego, ale najważniejszy pozostaje efekt wojskowy – dolecieć daleko, ominąć część problemów środowiska zakłóceń i uderzyć tam, gdzie przeciwnik wolałby czuć się bezpiecznie.
Europa uczy się masowości, ale nie chce rezygnować z precyzji
W programie Rheinmetall Destinus Strike Systems pocisk Ruta Block 3 jest najbardziej dalekosiężnym elementem, ale produkcja ma zaczynać się od dwóch innych systemów. Jednym z nich jest Kryla, która została opisana jako kompaktowy pocisk manewrujący z głowicą o wadze 50 kg, który jest przeznaczony do uderzeń saturacyjnych. Ma być odpalany z kontenerów oraz ze wspólnych wyrzutni artylerii rakietowej, co w praktyce może dawać istniejącym jednostkom rakietowym dostęp do efektora działającego bliżej logiki pocisku manewrującego. Ruta Block 2 idzie wyżej pod względem efektu rażenia, bo przenosi głowicę 250 kg i jest przeznaczona do celów utwardzonych oraz szczególnie wartościowych. Podobnie jak Block 3, ta wersja również ma startować z kontenerów.
Ta rodzina pokazuje dość logiczne rozwarstwienie planów uzbrojenia. Kryla jest od presji liczbowej. Ruta Block 2 od mocniejszego uderzenia, a Ruta Block 3 od odległości, która zmienia kalkulację strategiczną. Właśnie tak wygląda odpowiedź na doświadczenia ostatnich lat, bo nie jest to jeden cudowny pocisk, nie jedna “superbroń”, lecz portfolio efektorów, które można dobrać do celu, kosztu, dostępności i ryzyka.
Czytaj też: Jeden człowiek, wiele maszyn i coraz mniej ręcznego sterowania. Nadchodzi wojna autonomiczna

Odkąd piszę o amunicji krążącej, coraz mocniej widzę, że granica między dronem kamikadze a pociskiem manewrującym zaczęła pękać. Przy tureckim K2 Baykara widać było próbę wyjścia poza tanią latającą bombę. Przy Kuzgunie wracał temat kosztu zmuszenia obrony do reakcji. Ruta Block 3 znajduje się jeszcze gdzie indziej, bo nie próbuje być tanią masówką w stylu Shaheda. Bardziej przypomina próbę europejskiego pogodzenia trzech rzeczy, które przez lata trudno było połączyć, bo rozległego zasięgu, dużej głowicy i przemysłowej powtarzalności.
W tej historii ważny jest też nacisk na europejski łańcuch wartości. Ruta Block 3 ma korzystać z europejskiego stosu technologicznego wolnego od ITAR, czyli amerykańskich ograniczeń eksportowych i regulacyjnych związanych z uzbrojeniem. Świetnie, bo broń dalekiego zasięgu nie daje pełnej swobody politycznej, jeśli każdy jej eksport, modyfikacja, serwis albo użycie w określonych warunkach zależy od zewnętrznego dostawcy technologii. W tym sensie Ruta Block 3 pasuje do szerszej rozmowy o broni dalekiego zasięgu rozmieszczanej w Niemczech, ale odwraca punkt ciężkości. Tam centrum ciężkości leżało po stronie USA i odstraszania wzmacnianego amerykańskimi systemami. Tutaj Europa próbuje budować własną odpowiedź – jeszcze nie równoważną z pełnym ekosystemem amerykańskich Tomahawków, bombowców, satelitów i baz, ale znacznie bardziej samodzielną,
Źródła: Rheinmetall, Destinus

