Nie sądziłem, że błoto i glony mogą razem zawstydzić część współczesnego betonu

Wyobrażamy sobie nowe materiały jako coś laboratoryjnie czystego, błyszczącego, wymyślonego na poziomie atomów i opisanego językiem tak specjalistycznym, że trudno to zrozumieć. Tymczasem coraz częściej najciekawsze pomysły wyglądają tak, jakby ktoś celowo cofnął się o kilka tysięcy lat i dopiero wtedy dodał do tego współczesną naukę. Nie inaczej jest tym razem.
Nowy beton składający się ze zużytych opon, a nie kruszywa

Nowy beton składający się ze zużytych opon, a nie kruszywa

Patrzę na takie historie z dużą sympatią, ale musimy pamiętać, że budownictwo nie wybacza zachwytów na skróty, bo między efektownym prototypem a materiałem, który przez dekady ma utrzymywać ściany, dachy i życie ludzi, rozciąga się ogromna przepaść norm, testów, klimatu, wilgoci, kosztów i wykonawstwa. Tyczy się to również nowego pomysłu z ziemią, piaskiem i składnikiem pozyskiwanym z glonów.

Ziemia wraca do gry, ale nie jako sentymentalna ciekawostka

Zespół z University of Colorado Boulder i Columbia University zajął się materiałem, który na pierwszy rzut oka nie ma w sobie nic szczególnie nowoczesnego. Mowa o lokalnej ziemi, glinie i piasku, czyli podstawie budownictwa starszej niż większość technologii, którymi dziś lubimy się chwalić. Człowiek budował z ziemi od tysiącleci, zwierzęta robią to jeszcze dłużej, a termity, osy czy robaki morskie potrafią tworzyć struktury zadziwiająco trwałe bez worków cementu, betoniarek i jakiegokolwiek stalowego zbrojenia.

Czytaj też: 550 km/h bez budowania kolei od zera. Polski hyperloop uderza w największy problem transportu przyszłości

Nowość polega na tym, że badacze nie potraktowali ziemi jako romantycznego symbolu byle “powrotu do natury”. Zamiast tego rozłożyli problem na chemię, fizykę cząstek i reologię, czyli zachowanie mieszaniny podczas przepływu. Dla druku 3D ma to ogromne znaczenie, bo materiał musi przejść przez dyszę, zachować kształt po wyciśnięciu i nie zapaść się pod własnym ciężarem. Zbyt rzadka masa rozlezie się jak błoto po deszczu. Zbyt lepka zapcha drukarkę albo zacznie wychodzić nierówno. Właśnie w tym miejscu pojawia się… alginian sodu. Cóż to takiego?

Sama nazwa brzmi tajemniczo, ale prawda jest taka, że ten składnik jest zaskakująco codzienny. Alginian sodu to bowiem biopolimer pozyskiwany z glonów, który już teraz jest stosowany m.in. w żywności jako zagęstnik i stabilizator. Pomaga nadawać kremowość lodom, a w kulinariach molekularnych odpowiada za efekt charakterystycznych żelowych kulek.

Sekret nie polega na sklejeniu wszystkiego na siłę

Najciekawszy element tej pracy polega na tym, że alginian sodu nie zachował się jak typowy klej. Zamiast tego badacze przetestowali pięć naturalnych spoiw, a w tym zagęstniki znane z kuchni i przemysłu spożywczego, takie jak guma ksantanowa czy guma guar. Część z nich wiązała cząstki zbyt agresywnie, a choć na papierze mogło wyglądać to obiecująco, bo mocne wiązanie intuicyjnie kojarzy się z wytrzymałością, to w praktyce taka mieszanka stawała się bardzo kłopotliwa dla drukarki.

Alginian sodu zadziałał inaczej. Zmienił ładunki elektryczne cząstek gliny tak, że zaczęły się odpychać. Efekt tego przypomina sytuację, w której zamiast zmuszać ziarna do zbicia się w grudę, pozwala się im przesuwać względem siebie w bardziej kontrolowany sposób. Masa zachowuje stabilność, ale jednocześnie płynie przez dyszę znacznie sprawniej. Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się właściwa opowieść o “future tech”, bo nie chodzi tu wyłącznie o magiczny dodatek, ale o bardzo precyzyjne sterowanie zachowaniem prostego materiału.

Czytaj też: Gruz z budowy czy materiał przyszłości. Ten metal waży prawie trzy razy mniej niż powinien

Receptura, która dała najlepszy efekt, była wręcz nieprzyzwoicie oszczędna. Do ziemi wydobytej z kamieniołomu w Kolorado dodano 0,12% alginianu sodu. W uproszczeniu taka skala dodatku oznacza poziom około 1,2 grama na kilogram mieszanki. Wynik laboratoryjny był konkretny – materiał dało się drukować o 33% szybciej niż kontrolną ziemię bez biopolimeru, a gotowa struktura wytrzymywała o 25% większy nacisk.

Ściana o grubości 8 mm mówi sporo, choć jest skromna

Najbardziej obrazowy test miał 8 mm grubości. Badacze wydrukowali cienką ścianę, która wychylała się pod kątem 60 stopni i pozostała stabilna. Wszystko to w czasach, w których druk 3D z materiałów ziemnych cierpi na ten sam problem, który prześladuje większość technologii addytywnych poza światem plastiku i metalu – kontrola procesu jest wszystkim. Materiał musi być przewidywalny, a ziemia z natury przewidywalna nie jest. Skład gleby zmienia się zależnie od miejsca, wilgotności, minerałów, frakcji ziaren i zanieczyszczeń. Dlatego samo pokazanie ścieżki, w której biopolimer pomaga ujarzmić lokalny materiał, jest ważniejsze niż sam kąt nachylenia testowej ściany.

W tle widać zresztą podobny sposób myślenia jak przy sekrecie ostrygowego cementu czy rzymskim betonie z Pompejów. Natura i historia nie zastępują inżynierii, ale bywają dla niej gotową biblioteką rozwiązań. Dlatego też rozwiązanie z alginianem sodu celuje w zupełnie inny fragment problemu niż klasyczne “zróbmy mocniejszy cement”. Budowy regularnie generują tony urobku przy wykopach pod fundamenty, piwnice i parkingi. Dziś ogromna część tej ziemi jest traktowana jak problem logistyczny, bo trzeba ją załadować, wywieźć i często zdeponować. Gdyby chociaż część takiego materiału można było przetwarzać na miejscu w drukowane elementy ścian, przegród albo struktur pomocniczych, zniknęłaby tym samym część transportu i część odpadu.

Podobny kierunek widać przy betonie drukowanym z udziałem CO2, gdzie najważniejsze jest połączenie procesu wytwarzania z ograniczaniem śladu środowiskowego. Inny wariant tej samej większej opowieści pojawia się przy materiałach z bakterii i grzybów, czyli próbach wykorzystania biologii jako części inżynierii materiałowej. Przez lata takie tematy wyglądały jak ciekawostki dla laboratoriów i wystaw. Dziś coraz częściej przypominają rozpoznanie terenu przed przemianą całej branży.

Ziemne ściany mają swoje zalety, o których zapomnieliśmy przez betonowy rozpęd

Budowanie z ziemi nie jest automatycznie prymitywne. Dobrze zaprojektowane ściany ziemne potrafią regulować wilgotność wewnątrz pomieszczeń, pochłaniać część zanieczyszczeń i działać jak izolator termiczny. Taka ściana nie jest tylko przegrodą między pokojem a światem zewnętrznym, lecz elementem mikroklimatu budynku. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o przegrzewaniu miast, kosztach klimatyzacji i jakości powietrza w mieszkaniach, ten fragment układanki może stać się ważniejszy, niż dziś zakładamy.

Czytaj też: Energia słoneczna dostała dziwnie żywy nośnik. Ten materiał przebudowuje sam siebie

Mam jednak wrażenie, że największy potencjał nie leży w budowaniu luksusowych “eko-domów” dla garstki entuzjastów, tylko w lokalności. Glinę i piasek można znaleźć niemal wszędzie, ale ich skład nie jest wszędzie taki sam. Właśnie dlatego odkrycie badaczy jest ciekawe, bo nie ogranicza się do jednej mieszanki, tylko ma pomagać oceniać, które biopolimery i które interakcje cząstek działają w konkretnych warunkach. Taka technologia mogłaby kiedyś wyglądać mniej jak transport gotowego materiału przez pół kontynentu, a bardziej jak analiza lokalnej ziemi i dobranie dodatku pod daną budowę.

Przy okazji trudno nie pomyśleć o szerszym trendzie, w którym natura wraca do zaawansowanych technologii bocznymi drzwiami. Bambusowy dron był dla mnie podobnym sygnałem, bo pokazywał, że “naturalny materiał” nie musi oznaczać rezygnacji z parametrów. W budownictwie stawka jest jednak większa. Dron może być demonstratorem, ciekawostką lub niszowym produktem. Budynki muszą znosić dekady eksploatacji, deszcz, mróz, upał, błędy wykonawcze i lokalne przepisy.

Największe pytania dopiero się zaczynają

Badanie skupia się przede wszystkim na drukowalności, szybkości procesu i wybranych parametrach mechanicznych. Nie odpowiada jeszcze na wszystkie pytania o wieloletnią trwałość, odporność na wodę, cykle zamarzania i odmarzania, zachowanie przy obciążeniach dynamicznych, standardy budowlane, zabezpieczenia powierzchni, połączenia z innymi materiałami czy koszty procesu w dużej skali. Innymi słowy, pracy jest jeszcze sporo, ale potencjał tego podejścia jest ogromny.

Źródła: University of Colorado Boulder

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.