Elektryczny rower dostał moc małego motocykla. Ariel Rider przesuwa granicę absurdu

W świecie rowerów elektrycznych od dawna widzę dwa zupełnie różne marzenia o przyszłości. Pierwsze jest spokojne, miejskie i praktyczne. Zakłada, że e-bike zastąpi część krótkich przejazdów samochodem, a drugie marzenie jest dużo bardziej szalone. W nim rower elektryczny przestaje być rowerem z pomocą, a zaczyna być prywatnym pociskiem na dwóch kołach, który tylko przez grzeczność ma pedały.
Elektryczny rower dostał moc małego motocykla. Ariel Rider przesuwa granicę absurdu

Właśnie ten drugi kierunek coraz częściej przestaje być ciekawostką z forów i garażowych przeróbek, a staje się pełnoprawną kategorią sprzętu. Nie zawsze legalną na publicznych drogach, nie zawsze rozsądną i nie zawsze potrzebną, ale technicznie fascynującą. Nowy Ariel Rider Mudd 72V wygląda dokładnie jak taki produkt z przyszłości, w której producenci przestali pytać “czy rower powinien tyle móc?”, a zaczęli pytać “ile jeszcze da się wycisnąć, zanim ktoś nazwie to motocyklem?”.

Ariel Rider Mudd 72V nie udaje zwykłego roweru z silnikiem

Ariel Rider nie bawi się w subtelności. Mudd 72V jest oznaczany oficjalnie i jednoznacznie jako sprzęt na teren prywatny, zamknięte trasy i jazdę poza drogami publicznymi. Cieszę się z tego nie bez powodu, bo nieraz zdarza się, że firmy kierujące pojazdy elektryczne na europejskie rynki, nie wspominają jednoznacznie, że dany model jest “u nas” legalny, a nie wszyscy kupujący tak dobrze to weryfikują.

Czytaj też: Rower elektryczny zaczyna działać jak skuter. X1P ma sam dobierać przełożenia

W tylnej piaście modelu Mudd 72V pracuje olejowo chłodzony silnik z metalowymi przekładniami planetarnymi, którego nominalna moc wynosi 3500 watów, ale ta szczytowa dobija do 8000 watów, czyli 8 kW. Do tego dochodzi kontroler sinusoidalny 72 V 95 A, 330 Nm momentu obrotowego i prędkość maksymalna powyżej około 105 km/h. Przyspieszenie od 0 do około 32 km/h ma zajmować 1,6 sekundy. Za zasilanie odpowiada akumulator 72 V/39 Ah, co daje 2808 Wh energii i przekłąda się na zasięg od 130 do 190 km.

W teorii to nadal “rower”, bo ma pedały, koła, opony i ramę, ale w praktyce patrzę na takie parametry i widzę raczej elektryczny odpowiednik małego motocykla terenowego, choć zapakowany w formę e-bike. Ten problem opisywałem już przed laty przy okazji testu zakazanego w Polsce elektrycznego roweru, bo kiedy do gry wchodzi manetka, ogromna masa, podwójne silniki albo absurdalna moc, to sama “rowerowość” zaczyna być bardziej kwestią marketingu niż doświadczenia z jazdy.

Dla przypomnienia, w Polsce rower może mieć pomocniczy napęd elektryczny uruchamiany naciskiem na pedały, zasilany napięciem do 48 V i o znamionowej mocy ciągłej do 250 W, którego moc spada do zera po przekroczeniu prędkości 25 km/h.

Z drugiej jednak strony nikt nie uzna raczej Mudd 72V za rower, bo choć ma jego atrybuty, to jednocześnie waży około 68 kg, a do tego ma grube opony 24 x 4,0 cala, czterotłoczkowe hamulce hydrauliczne z tarczami 220 mm z przodu i z tyłu oraz zawieszenie z widelcem o 100 mm skoku i tylnym amortyzatorem DNM. Rama wykonana jest ze stopu aluminium 6061 i wykorzystuje czterozawiasowy układ tylnego zawieszenia. Innymi więc słowy, producent nie tylko postawił na większy silnik i akumulator. Cała reszta konstrukcji musiała urosnąć razem z nimi.

Czytaj też: To rower czy żuraw? Składane rowery nigdy nie były tak zaawansowane

Właśnie tu zaczyna się najciekawszy paradoks. Z jednej strony Mudd 72V jest sprzętem przesadzonym, a wręcz prawie karykaturalnym. Z drugiej strony przy takiej mocy pozorna przesada staje się koniecznością. Hamulce muszą być większe, opony szersze, rama sztywniejsza, akumulator mocniejszy, a chłodzenie skuteczniejsze. Każdy kolejny wat ciągnie za sobą kolejne kilogramy i kolejne komponenty z wyższej półki, a w efekcie rower elektryczny zaczyna niepostrzeżenie przechodzić w kategorię lekkiego pojazdu silnikowego.

Cena przypomina, że to nie jest zabawka

Producent sprzedaje Mudd 72V w cenie 2799 dolarów w ramach przedsprzedaży, ale ta zostanie podbita do 3099 dolarów już po tym okresie, co oznacza odpowiednio około 10600 i 11800 złotych. Co ciekawe, na tle niektórych ekstremalnych e-bike ta cena może wyglądać atrakcyjnie, bo przecież rzadkością nie są modele nawet bez wspomagania elektrycznego w cenie grubo powyżej 20000 złotych. Tyczy się to specjalistycznego sprzętu pokroju rowerów górskich i szosowych.

Czytaj też: Przerzutka? Kaseta? A po co to komu? Vampire Ripperatti pokazuje inną przyszłość rowerów

Mudd 72V pasuje zresztą do szerszego trendu. Elektryczne rowery górskie z potężnymi napędami, jak konstrukcje z systemem DJI Avinox opisane przy eMTB z silnikiem jak w dronie, pokazują, że wspomaganie przestaje być tylko dodatkiem. Coraz częściej staje się głównym bohaterem całego projektu. Różnica polega na tym, że tam producenci starają się jeszcze trzymać sportowo-rowerowej formy, a Ariel Rider idzie w kierunku “pojazdu mocy” z pedałami jako alibi, ale patrząc na specyfikację, trrudno te pedały w ogóle uzasadnić.

Źródła: Ariel Rider

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.