Wielkie koncerny pokazują kolejne platformy, akumulatory, systemy autonomicznej jazdy i ekrany rozciągnięte przez pół kokpitu, ale gdzieś obok tego dzieje się coś znacznie bardziej osobistego. Powstają auta, które nie próbują udawać, że będą dla wszystkich. Nie mają podbijać słupków sprzedaży. Nie są też technologiczną wizytówką w klasycznym sensie. Są raczej odpowiedzią na pytanie, czy w epoce algorytmów, norm emisji i modułowych podzespołów nadal da się zbudować samochód-marzenie. Do takich właśnie samochodów zalicza się Niels van Roij Daytona Shooting Brake Hommage.

Niels van Roij Daytona Shooting Brake Hommage stanowi projekt, który jest czymś więcej niż hołdem dla rzadkiego Ferrari. Jest jedną z historii, do których zalicza się m.in. to, że niedawno zupełnie inni ludzie wskrzesili spalinowe marzenie sprzed sześciu dekad z V8 i manualem.
Ferrari Daytona Shooting Brake z 1972 roku było dziwne nawet jak na Ferrari
Żeby zrozumieć, o co chodzi w tym nowym aucie, trzeba cofnąć się do 1972 roku. Wtedy bowiem właśnie powstało Ferrari 365 GTB/4 Daytona Shooting Brake. Bazą dla niego było Ferrari 365 GTB/4 zwane też mianem Daytona, a więc grand tourer z silnikiem V12 o pojemności 4,4 litra i mocą około 352 KM, który rozpędzał się do maksymalnie 280 km/h. Jak na przełom lat 60. i 70. mówimy więc o aucie, które samo w sobie było już manifestem techniki.

Czytaj też: Ma 8 litrów pojemności i ponad 500 KM. Najbardziej absurdalny motocykl świata pod młotkiem
Daytona była ważna także stylistycznie, bo odchodziła od bardziej miękkich, zmysłowych linii wcześniejszych Ferrari w stronę ostrzejszej, klinowatej sylwetki. Sama nazwa “Daytona” nie była zresztą oficjalnym pomysłem Ferrari, lecz określeniem, które przylgnęło do samochodu po sukcesie marki w 24-godzinnym wyścigu Daytona w 1967 roku. Już w tym miejscu historia zaczyna robić się ciekawa, bo mówimy o aucie, które dostało swoją legendę nie od działu marketingu, a od ludu. Na tym jednak historie z tym modelem się nie kończą.


Najbardziej odjechana odmiana Ferrari Daytona powstała jednak nie w Maranello, lecz dzięki Luigiemu Chinettiemu Jr., a więc synowi słynnego importera Ferrari do USA. Samochód trafił do Panther Westwinds w Wielkiej Brytanii, gdzie zmieniono go w shooting brake’a, a więc samochód z wydłużoną linią dachu, pionową tylną szybą i bocznymi drzwiami unoszonymi niczym skrzydła, dającymi dostęp do przestrzeni bagażowej. Dziś dostaliśmy kolejny rozdział rozwoju tegoż samochodu.
Nie odtworzenie klasyka, a tchnięcie w niego nowoczesności
Firma Niels van Roij Design postanowiła wrócić do tej historii po ponad pięciu dekadach, ale nie przez prostą replikę. Nowiutki samochód Daytona Shooting Brake Hommage jest jednorazowym projektem, stworzonym dla klienta, który chciał współczesnej interpretacji auta Chinettiego. Zadebiutował on 8 lipca w Royal Automobile Club w Woodcote Park, a prace nad nim miały pochłonąć ponad 15000 godzin projektowania, inżynierii i ręcznej pracy. Każdy zewnętrzny panel nadwozia poza drzwiami został wymyślony od nowa, a nadwozie zostało uformowane ręcznie z aluminium.
Czytaj też: Wskrzesili spalinowe marzenie sprzed sześciu dekad. V8 i ręczna skrzynia robią swoje


Najciekawsze jest jednak to, że nie mamy do czynienia z prostym “ubrałem stare auto w nowe ciuchy”. Studio połączyło szkice, modelowanie w glinie, cyfrowe powierzchnie, CAD, prototypowanie i klasyczne formowanie blach, aby stworzyć prawdziwy unikat. Dziś więc takie powracanie do klasyków z przeszłości może być rzemiosłem, odwagą i precyzją cyfrowych narzędzi. Przyszłość nie zabija tu bowiem przeszłości, tylko pozwala jej wrócić w formie, której w 1972 roku nie dało się wykonać tak dokładnie. Mamy więc tutaj samochód oparty na klasycznej idei, ale wykonany z dzisiejszą obsesją na punkcie spasowania, powierzchni, materiałów i proporcji.
Pod spodem najpewniej pracuje Ferrari 599 GTB Fiorano
Co ciekawe, producent nie zdradza tego, jaki dokładnie model Ferrari był bazą dla tego projektu, ale najpewniej jest to Ferrari 599 GTB Fiorano. Nie bez powodu. 599 GTB produkowane w latach 2006-2012 było bowiem jednym z ostatnich wielkich, klasycznie ułożonych Ferrari z wolnossącym V12 z przodu i napędem na tył. Silnik o pojemności 6 litrów rozwijał 620 KM i 608 Nm, a auto rozpędzało się do 100 km/h w 3,7 sekundy oraz osiągało ponad 330 km/h.

W praktyce oznaczałoby to, że Daytona Shooting Brake Hommage nie jest tylko piękną rzeźbą na kołach. Pod spodem może mieć też fenomenalne osiągi, jak na spalinowy samochód. Nie wiemy jednak, jak zmiany w nadwoziu wpłynęły na jego możliwości, a nawet czy sam napęd nie został aby znacząco zmodyfikowany.
Zresztą sam wybór 599 GTB wydaje się logiczny nie tylko technicznie, ale też emocjonalnie. Długi przód, cofnięta kabina, V12 przed kierowcą i tylny zwis dają odpowiednią bazę pod shooting brake’a. Nie trzeba naginać koncepcji do crossovera ani udawać, że pudełkowaty elektryk nagle stanie się eleganckim GT. Wystarczyło znaleźć współczesny samochód, który jeszcze pamięta tę starą szkołę proporcji.
Pełen hołd, a nie żadna przebieranka
Wchodząc w szczegóły, przód dostał zupełnie nową interpretację charakterystycznego pomarańczowego pasa z oryginału. Dawniej był to element graficzny, a dziś stał się pełnym motywem świetlnym i przestrzenną częścią nosa. Reflektory zostały wykonane specjalnie dla tego projektu, a ich obudowy i detale zostały zaprojektowane z myślą o całej kompozycji przodu, a nie jako osobne “ładne lampy”. Z tyłu wraca zaś najbardziej teatralny motyw pierwowzoru, bo boczne, elektrycznie sterowane okna unoszone do góry.
Czytaj też: Motocykl w cenie mieszkania? Tak wygląda luksusowy jednoślad bez kompromisów



Wnętrze także nie jest zwykłym obszyciem Ferrari 599 nową skórą. W tym modelu zmianie uległ układ paneli, bo projektanci przenieśli zestaw wskaźników do centrum deski rozdzielczej. Zupełnie tak jak w aucie z 1972 roku, a zamiast orzechowego drewna pojawiło się włókno węglowe, co sam uznaję za mały downgrade, bo naturalnych wstawek przecież nigdy za wiele. Zwłaszcza że jednocześnie brązowa skóra pokrywa fotele, deskę, boczki, podsufitkę i przestrzeń bagażową. Bagażnik ma zaś frezowane aluminiowe prowadnice i karbonową podłogę, a z tyłu znalazł się dyfuzor z włókna węglowego oraz cztery końcówki wydechu. Nawet one nie są przypadkowe, bo zostały ustawione parami w sposób nawiązujący do nazwy shooting brake i skojarzenia z dubeltówką.
Najbardziej podoba mi się w tym samochodzie to, że nie próbuje odcinać się od źródła. Oryginalny Daytona Shooting Brake był dziwactwem, ale dziwactwem z klasą. Nowy Hommage nie robi z niego czegoś absurdalnego, bo nie powiększa wszystkiego do absurdalnych rozmiarów, nie dokleja agresji na siłę, a na dodatek nie udaje hipersamochodu przyszłości. Zachowuje długi przód, elegancką kabinę, wydłużony dach, pionowy tył i boczne skrzydła, ale przekłada je na dzisiejszy język, nie tykając żadnej formy elektryfikacji.
Źródła: Niels van Roij Design, Ferrari – 365 GTB4, Ferrari – 599 GTB Fiorano

