W teorii wszystko w Ninkear S13 się zgadza. Odpinana klawiatura w formie etui z gumką na rysik, dotykowy ekran wysokiej rozdzielczości, rysik, Windows 11 Pro i podzespoły, które mają wystarczyć do pracy, Internetu, notatek i lekkiej mobilnej codzienności. Pytanie tylko, czy za niższą ceną kryje się sensowna alternatywa, czy raczej sprzęt zbudowany wokół oszczędności, które wychodzą na jaw dopiero po dłuższym kontakcie. Po teście bliżej mi niestety do tej drugiej odpowiedzi.

Pudełko i dołączone wyposażenie
Ninkear S13 dociera do nas w grubym, białym pudełku zamykanym magnetycznie i już sam ten detal sugeruje, że producent ewidentnie chciał zrobić dobre pierwsze wrażenie, sugerując nawet sprzęt ze znacznie wyższej półki. W środku, poza samym tabletem, znajdziemy klawiaturę magnetyczną na złącze POGO, zasilacz, przewód do niego, wymagający ładowania po USB-C rysik obsługujący 4096 poziomów nacisku, dokumentację oraz zestaw naklejek, w tym również te na klawiaturę dla bardziej nietypowych oznaczeń regionalnych, także polskich. Pamiętajcie jednak, że zastosowanie naklejek powoduje całkowite zasłonięcie podświetlenia czcionki.






Sam pakiet startowy wypada więc dobrze, bo sprzęt tego typu żyje właśnie dodatkami. Bez klawiatury staje się po prostu cięższym tabletem z Windowsem, a bez rysika traci część sensu jako mobilne narzędzie do notatek czy szkicowania. Ninkear dorzuca więc wszystko, co powinno się znaleźć w sprzęcie tego typu i pod tym względem nie daje powodów do narzekania. Problem w tym, że dobre wyposażenie na start nie wystarcza, kiedy później zaczynają wychodzić ograniczenia samej konstrukcji.
Jakość wykonania i projekt Ninkear S13
Główna jednostka urządzenia została wykonana ze stopu aluminium i magnezu, więc trudno mówić o rozczarowaniu już przy pierwszym kontakcie. Tablet w kwestii wykonania sprawia bardzo dobre, a miejscami nawet wzorowe wrażenie. Jest sztywny, dobrze spasowany i nie daje poczucia obcowania z tanią plastikową wydmuszką. Sama bryła w srebrnym kolorze wypada estetycznie, a wymiary 300 x 195 x 10 mm są jak najbardziej akceptowalne, jak na 13-calowe urządzenie tego typu.


Nie da się jednak przejść obojętnie obok masy, bo sam tablet waży około 850 gramów, a jest to już wartość, którą odczuwa się wyraźnie podczas dłuższego korzystania w trybie typowo tabletowym. Przypomina to nieustannie, że taki sprzęt jest bliżej spokrewniony z ultrabookiem bez klawiatury niż z klasycznym mobilnym tabletem. Po podłączeniu klawiatury waga rośnie do około 1235 gramów, ale wtedy paradoksalnie odbiór całości staje się lepszy, bo zaczynamy traktować S13 bardziej jak lekkiego laptopa niż przerośnięty tablet.



Jeśli idzie o elementy zewnętrzne, to na górnej krawędzi znalazł się przycisk zasilania i dwa otwory wentylacyjne po bokach, po lewej tradycyjna belka regulacji głośności, a po bokach dodatkowe wloty chłodnego powietrza. Z tyłu producent zastosował z kolei stopkę odchylaną do 155 stopni i właśnie ten element, tuż po samej obudowie, okazuje się jednym z najmocniejszych punktów całego projektu.





Tego typu podstawka jest solidna, działa pewnie i pozwala dobrze ustawić ekran na blacie, a to wszystko bez wrażenia, że całość zaraz zacznie się chwiać. Problem? Nie ma żadnej gumowej osłonki, więc w efekcie każde przesunięcie powoduje haratanie metalu o blat. Ała. Gdyby tego było mało, w moim egzemplarzu po kilku dniach podkładka zaczęła się okazjonalnie zacinać, wymagając użycia dodatkowej siły przy składaniu. Wtedy też przejrzałem testy innych recenzentów Ninkear S13, ale nie znalazłem w nich żadnych wzmianek o tym problemie, więc zakładam, że może dotyczyć tylko części sztuk, a ja mogłem mieć po prostu pecha. Nie zmienia to jednak faktu, że przy takim sprzęcie podobna usterka bardzo szybko podkopuje zaufanie do całości.




Ninkear w kwestii portów zszedł poniżej poziomu, który można uznać za naprawdę wygodny w typowych zastosowaniach laptopa. Rozumiem oczywiście kompromisy wynikające z formy tabletu, ale do dyspozycji dostajemy tylko dwa USB 3.2 Gen2 typu C z obsługą DisplayPort 1.2 i ładowania oraz jedno USB 3.2 Gen1 typu A. Nie ma klasycznego złącza audio 3,5 mm, nie ma dodatkowego wyjścia wideo i tym samym nie ma niczego, co pozwalałoby mówić o większej swobodzie bez sięgania po przejściówki lub HUB-a. Jak na urządzenie próbujące wypełnić przestrzeń między tabletem a laptopem, jest to dość bolesne ograniczenie. Zwłaszcza jeśli myślimy o nim jako o sprzęcie do pracy w drodze, bo wtedy każdy dodatkowy adapter staje się kolejną rzeczą do noszenia.
Klawiatura i touchpad jako yin i yang tego urządzenia
Doczepiana klawiatura w Ninkear S13 to typowa wyspowa konstrukcja o bardzo niskim skoku aktywacji mechanizmu przycisków, oczywiście bez sekcji numerycznej. Została pokryta tworzywem o lekko gumowej fakturze, które jest przyjemne w dotyku, ale niestety bardzo chętnie zbiera odciski palców. Łączy się z tabletem za pomocą magnetycznego mechanizmu i pinów pogo, a po zamknięciu pełni też funkcję etui ochronnego.


W swojej podstawowej roli klawiatura sprawdza się naprawdę dobrze i trudno mieć do niej większe pretensje, choć nie można przymykać oka na to, że ugina się praktycznie na całej powierzchni. Jest to typowe w takich konstrukcjach, ale i tak warto mieć to na uwadze, bo przy szybszym pisaniu nie daje wrażenia szczególnie stabilnego modułu. Same klawisze zostały już wykonane z twardszego, satynowego plastiku, który jest zwyczajnie praktyczniejszy, a ich użyteczność podbito subtelnym białym podświetleniem. Najważniejsze jest to, że w nocy rzeczywiście się przydaje, o ile dacie sobie spokój z naklejkami.


Znacznie gorzej wypada sam gładzik umieszczony w centrum pod klawiaturą. Jest na tyle mały, a sam klik jest tak sztywny i nierówny między lewym i prawym przyciskiem, że zwyczajnie myszka staje się nie dodatkiem, a koniecznością. W moim egzemplarzu lewy przycisk potrafił klikać się dwukrotnie, co tylko pogłębiało irytację. O ile wielkość nie przeszkadza aż tak w prowadzeniu kursora, to wielokrotnie zdarzało mi się klikać tak, że aktywowałem oba przyciski, czyli LPM i PPM. Innymi słowy, działa, ale do zachwycających jakością ewidentnie nie należy. W sprzęcie 2w1, który ma udawać wygodnego laptopa, to spory problem.
Audio, mikrofon i dwie kamery. Dobrze to nie wygląda
Ninkear S13 został wyposażony w dwa głośniki o mocy 2 watów każdy, które zostały umieszczone po bokach z przodu urządzenia. Nie ma tu żadnego dedykowanego głośnika niskotonowego i słychać to od razu. Dźwięk jest płaski, mało szczegółowy i zwyczajnie pozbawiony charakteru tonów niskich, więc w tym sensie odpowiada typowym laptopom w tym budżecie. Do obejrzenia byle filmu czy odsłuchania prostego materiału taki duet wystarczy, ale nie ma tu nic, co zachęcałoby do dłuższego słuchania.

Mikrofon wypada z kolei równie poprawnie, ale tylko poprawnie. Rozmówcy nie mają większego problemu ze zrozumieniem tego, co mówimy, ale słychać wyraźnie, że nie jest to poziom, który dawałby specjalnie dużą przyjemność z regularnych wideorozmów. W przypadku kamer możecie liczyć na przyzwoitą jakość, ale jednocześnie niską w porównaniu chociażby do smartfonów. Do wideorozmów czy pokazania dobrze oświetlonej scenerii wprawdzie wystarczą, ale na efektywne zdjęcia w trudniejszych warunkach, na przykład przy ciemnej scenie albo dużych różnicach w jasności, nie ma co liczyć.


Do tego dochodzi brak jakiejkolwiek biometrii, bo w Ninkear S13 nie ma ani kamery IR do rozpoznawania twarzy, ani czytnika linii papilarnych. To akurat ogromny problem, bo w sprzęcie, który próbuje wyglądać na nowoczesne mobilne narzędzie do pracy, taki brak jest czymś, co po prostu odczuwa się w codziennym użytkowaniu. Trzeba wracać do klasycznych metod logowania, co w 2026 roku w urządzeniu tego typu wygląda już zwyczajnie słabo.

Test wyświetlacza IPS w Ninkear S13
Ramki wokół ekranu nie są przesadnie grube, choć ich zaokrąglenie daje dość osobliwy efekt, bo przy samych krawędziach obraz jest minimalnie ścięty. To nie jest wada, która utrudnia korzystanie ze sprzętu, ale jednak zwraca uwagę po przejściu z typowego monitora. Szkoda tylko, że znacznie ważniejszy od samych ramek ekran nie broni się już tak dobrze, jak sugeruje specyfikacja, bo to właśnie wyświetlacz miał być jedną z głównych zalet tego urządzenia.
Mówimy przecież o 13-calowym panelu IPS w proporcjach 16:10 i rozdzielczości 2560 x 1600 pikseli, a więc zestawie, który zapowiada się sensownie w sprzęcie do pracy, notatek i przeglądania internetu. Zwłaszcza że do tego producent obiecuje pełne pokrycie sRGB, więc na poziomie samych założeń łatwo dojść do wniosku, że Ninkear S13 przynajmniej ekranem będzie próbował nadrabiać resztę kompromisów. Niestety, właśnie tutaj ten sprzęt zaczyna tracić grunt pod nogami.

Zacznijmy od jasności. Mój pomiar pokazał maksymalnie 230,6 cd/m², a to po prostu zbyt mało na każdą scenerię poza kontrolowanymi warunkami domowymi, szczególnie przy błyszczącej matrycy, która z natury lubi zbierać odbicia. Przy 50% jasności robi się jeszcze mniej komfortowo, bo ekran schodzi wtedy do 120 nitów. W domu da się z tym żyć, ale wystarczy usiąść bliżej okna albo pracować w mocniej oświetlonym miejscu, żeby wyraźnie poczuć ograniczenia tego panelu. Nie pomaga też kontrast, który przy maksymalnej jasności wynosi tylko 770:1. Jak na IPS-a nie jest to poziom tragiczny, ale zdecydowanie nie taki, który pozwalałby mówić o szczególnie przyjemnym, głębokim obrazie.

Kwestia kolorów również nie zachwyca. Mój pomiar wykazał 87% pokrycia sRGB, 67% AdobeRGB i 67% DCI-P3 i choć jest to wynik lepszy niż w najtańszych laptopach z byle jakim ekranem, to nadal zbyt skromny, by traktować Ninkear S13 jako narzędzie do czegokolwiek więcej niż podstawowa praca i konsumpcja treści. Taki gamut nie daje już przestrzeni do poważniejszego myślenia o obróbce zdjęć czy pracy z grafiką, a sam obraz od początku sprawia wrażenie lekko przygaszonego i pozbawionego nasycenia tam, gdzie powinien wyglądać żywiej.


Fabryczne ustawienia dodatkowo tego nie ratują. Gamma na poziomie 2,8 jest po prostu zbyt wysoka, więc obraz robi się za ciemny w średnich tonach i traci naturalną lekkość, którą powinien mieć przy typowym użytkowaniu. Temperatura barwowa w skali szarości utrzymuje się z kolei w okolicach 8400-9100 K, a więc wyraźnie powyżej neutralnego punktu bieli. Efekt jest łatwy do zauważenia gołym okiem, bo biel wpada tutaj w chłodny, lekko niebieskawy odcień. Sama dokładność kolorów nie wygląda źle wyłącznie w oderwaniu od reszty, bo średni Delta E wynosi 2,22, ale maksymalny dobija do 7,92, więc niektóre barwy potrafią już uciekać wyraźnie dalej od tego, co powinny pokazywać.


Do tego dochodzi nierówność panelu. Jednorodność luminancji przy 100% jasności wypada przeciętnie, bo różnice względem najjaśniejszego punktu dochodzą do 17%, a to już poziom, który widać przy jaśniejszych planszach i jednolitych tłach, po prostu patrząc na lewą i prawą krawędź ekranu. Jednorodność kolorystyczna wygląda nieco lepiej, ale nadal nie idealnie, bo odchylenia Delta E względem najlepszego punktu sięgają do 5,2. Innymi słowy, to nie jest ekran, który daje poczucie porządnie dopracowanego panelu na całej powierzchni.

Szkoda, bo Ninkear S13 nadrabia tam, gdzie łatwo to zauważyć na pierwszy rzut oka. Obraz jest ostry, kąty widzenia stoją na dobrym poziomie, a dotyk i obsługa rysika działają bezproblemowo. Tyle że w tym przypadku to za mało, żeby uznać wyświetlacz za wyróżnik całego urządzenia. Ostatecznie jest to ekran, który dobrze wypada w teorii, ale już po pierwszych pomiarach i dłuższym kontakcie wyraźnie pokazuje, że jest przeciętny. Daleko mu do poziomu tragicznego, ale też bardzo daleko do ideału. Jeśli więc liczycie na panel, który będzie jednym z głównych argumentów za zakupem Ninkear S13, to właśnie tutaj czeka was największy zawód.

Co ma do zaoferowania Ninkear S13 pod maską?
Sercem tego laptopo-tableta jest Intel Core Ultra 5 115U z rodziny Meteor Lake i już sama końcówka “U” powinna studzić oczekiwania co do wydajności, bo mówimy o niskonapięciowym układzie nastawionym nie na wysoką moc, ale na oszczędność energii. Intel deklaruje dla niego poziom PBP rzędu 15 watów, a sama budowa tego procesora również nie zostawia złudzeń, że jest to mniej zaawansowana jednostka do lżejszej pracy. Do dyspozycji mamy tylko dwa rdzenie wydajnościowe, cztery energooszczędne oraz dwa dodatkowe LP E-Core, co łącznie daje osiem rdzeni i dziesięć wątków.





Maksymalne taktowanie dla rdzeni Performance dochodzi do 4,2 GHz, ale to tylko fragment prawdy, bo w praktyce ten procesor nie jest projektowany z myślą o długotrwałym utrzymywaniu wysokiej wydajności. Do tego dochodzi NPU o mocy 11 TOPS, które nie wystarcza do postawienia go w jednym rzędzie z nowszymi konstrukcjami szykowanymi pod bardziej zaawansowane funkcje SI. Ten zestaw domyka zintegrowana grafika Intel Graphics z trzema rdzeniami Xe i taktowaniem do 1,8 GHz, czyli bardzo podstawowa integra, po której nie należy oczekiwać cudów.

Na pokładzie znalazło się też 16 GB pamięci LPDDR5 6400 MT/s, a to akurat bardzo przyzwoita wartość, bo do codziennych zastosowań i pracy biurowej taka ilość pamięci nadal jest solidnym punktem wyjścia. Trzeba jednak pamiętać, że kości są wlutowane na stałe, więc późniejsza modernizacja nie wchodzi w grę. Z jednej strony to typowe dla LPDDR, ale z drugiej, kupując ten sprzęt, od razu musicie zaakceptować zamkniętą drogę rozbudowy.
Dysk SSD również zdradza bardziej budżetowy charakter konstrukcji, bo jest to niemarkowy nośnik NS1T0BSSD530 na PCIe 3.0 x4 i NVMe 1.4 o pojemności 1024 GB. Pojemnością więc wprawdzie nie rozczarowuje, ale już samą responsywnością podczas przerzucania większych plików potrafi przypomnieć, że nie obcujemy z najnowszą klasą magazynów danych. Producent nie przewidział też prostego dostępu do wnętrza, bo żadnych zwykłych śrubek w Ninkear S13 nie uświadczycie, więc nawet wymiana dysku nie zapowiada się na coś wygodnego.


Czytaj też: Test GIGABYTE GAMING A16 Pro DYH, czyli rozsądny laptop z RTX 5080 bez ceny z kosmosu
Tego typu tajemnica co do budowy wnętrza Ninkear S13 zmusza też do domysłów w zakresie tego, co kryje się dokładnie w tym laptopie w kwestii chłodzenia. Odpowiedź na to jest jednak dosyć prosta – tradycyjnej, głośnej turbiny tu nie uświadczymy, ale dwa wentylatory ewidentnie ciągle pracują nad zasysaniem zimnego powietrza z boków, rozpraszaniem ciepła z radiatorów i wyrzucaniem gorącego powietrza poza górną krawędź.
Co ciekawe, nie mamy żadnej kontroli nad ich działaniem, bo odpowiada za nie wyłącznie Windows, ale trudno przyczepić się do ich pracy przynajmniej w kwestii hałasu. Pod pełnym obciążeniem ten wynosi 37-38 dBA, co sprawia, że łatwo o tych wentylatorach całkowicie zapomnieć przy byle muzyce. Zwłaszcza kiedy nie robimy niczego poważnego, bo wtedy nie przypominają o sobie nagłym zrywem czy specjalnie słyszalnym szumem. Nie oznacza to jednak, że przy takiej kulturze pracy procesor działa na pełnych obrotach, choć potrafi się bardzo rozgrzać, bo do ponad 90 stopni Celsjusza, i nadal nie wymuszać od wentylatorów wzmożonej pracy.

W praktyce zastosowany układ chłodzenia radzi sobie przyzwoicie w parze z takim procesorem, ale nie zmienia charakteru tego sprzętu. W teście wielowątkowym w Cinebench R23 rdzenie P początkowo osiągają poziom prawie 4,2 GHz, ale nie trwa to długo. Po chwili zegary spadają blisko poziomu 2,3-2,5 GHz, czego efektem jest średnia wszystkich rdzeni na poziomie 2,094 GHz. Winowajca? Na pewno sam procesor z serii U, który rządzi się w tej wersji własnymi energetycznymi prawami i widać to po zużyciu mocy, czyli szczytowo 39 watów i przeciętnie 15 watów. Poziom temperatury powyżej 90 stopni mówi jednak sam za siebie – chłodzenie jest tutaj zastosowane nie po to, aby nadawać priorytet wydajności, ale raczej komfortowi pracy.

Wydajność Ninkear S13
Na samym początku ustalmy najważniejsze – Ninkear S13 nie miał być na żadnym etapie potworem wydajnościowym. Ma pojemny dysk, solidny pokład pamięci RAM, dobre chłodzenie, ale poza tym tylko stricte mobilny procesor zoptymalizowany pod efektywność energetyczną, a nie potęgę obliczeniową. Do tego dochodzi brak wyjątkowo wydajnego procesora graficznego. W skrócie? Podstawowe programy jak najbardziej na nim odpalicie, ale byle praca na czymś bardziej zaawansowanym nie będzie już przebiegać w sposób płynny i szybki.
Gry? Tutaj też nie liczcie na coś wielkiego. Starsze produkcje 3D, gry 2D czy prostsze graficznie tytuły działają na Ninkear S13 w sposób przeciętny albo dobry, ale byle większa gra jest na nim kompletnie niegrywalna, czego świetnym przykładem jest Cyberpunk 2077 odpalony na najniższych ustawieniach. Innymi słowy, to sprzęt całkowicie biurowy, a nie gamingowy. I warto o tym pamiętać, bo sama obecność Windowsa i procesora Core Ultra nie sprawia jeszcze, że mamy do czynienia z uniwersalnym komputerem do wszystkiego.

Wchodząc głębiej w liczby z benchmarków, potęga obliczeniowa Ninkear S13 zdradza się tak naprawdę sama. Naturalnie różni się już na poziomie trybu pracy, bo wypada lepiej w trybie zasilania sieciowego, a nie akumulatorowego, ale nawet wtedy trudno mówić o sprzęcie, który daje większy zapas na przyszłość.














Akumulator i czas pracy na jednym ładowaniu
Ninkear S13 jest zasilany za pośrednictwem jednego złącza USB-C, a dołączona do zestawu 65-watowa ładowarka jest w pełni wystarczająca zarówno do pracy pod pełnym obciążeniem, jak i jednoczesnego ładowania 42-Wh akumulatora. Podczas zasilania przy pełnym naładowaniu ładowarka pobiera 24-28 watów podczas benchmarku Cyberpunka 2077, a samo ładowanie zamyka się nie w obiecanych 65 watach, a około 24 watach. Sprawia to, że proces ładowania trwa około godziny do 50%, dwóch godzin do 90% i dobre 150 minut do 100% niezależnie od tego, czy na laptopie pracujecie, czy pozostawicie go samemu sobie.
Czytaj też: Test MSI Prestige 16 Flip AI+ C3MTG-067PL. Ultrabook z nowym procesorem Intela



Akumulator o pojemności 42 Wh nie jest zbyt imponujący jak na 13-calowe urządzenie z Windowsem. Producent obiecuje jednak do 8 godzin pracy i trzeba przyznać, że nie są to gruszki na wierzbie, ale tylko pod warunkiem, że nie oczekujecie tych 8 godzin w bardziej wymagającym scenariuszu i potraktujecie sprzęt łagodnie. Test w PCMark 10 Modern Office wykazał wytrzymałość na poziomie 6 godzin i 50 minut przy 100-procentowej jasności ekranu i ustawieniu zrównoważonym. Wynik 8 godzin jest więc w zasięgu niższej jasności oraz profilu energooszczędnego, ale jeśli robicie coś bardziej wymagającego, na przykład programowanie w Unity, to jedno ładowanie wystarczy Wam na jakieś 2-3 godziny pracy. Innymi słowy, żadne pozytywne zaskoczenie. Raczej kolejny element, który pokazuje, że S13 najlepiej czuje się przy lekkich zadaniach i spokojnym tempie pracy.
Test Ninkear S13 – podsumowanie
Ninkear S13 jest jednym z tych sprzętów, które początkowo naprawdę potrafią zagrać na wyobraźni. Tablet z Windowsem, metalowa obudowa, odpinana klawiatura, rysik w zestawie, sensowna podstawka i forma, która na papierze może zastąpić prostego laptopa oraz większy tablet do notatek czy przeglądania internetu. Problem polega na tym, że ten dobry pierwszy kontakt bardzo szybko zaczyna przegrywać z codziennością. Im dłużej korzystałem z tego urządzenia, tym wyraźniej widziałem nie tanią alternatywę dla Surface’a, ale sprzęt zbudowany wokół kompromisów, które są zbyt liczne, żeby przejść nad nimi obojętnie.

Największy problem Ninkear S13 nie leży nawet w samej wydajności. Intel Core Ultra 5 115U robi tutaj mniej więcej to, czego można oczekiwać po niskonapięciowym procesorze do lekkiej pracy, a ciche chłodzenie pokazuje, że producent postawił bardziej na komfort niż na wyciskanie ostatnich procent mocy. To da się zrozumieć. Taki sprzęt nie musi być demonem szybkości i nie próbuję go rozliczać jak laptopa gamingowego czy mocnej maszyny do pracy kreatywnej. Tyle że S13 zawodzi w miejscach, które miały być jego realną siłą.
Ekran miał być jednym z głównych argumentów za zakupem, a okazał się jednym z większych rozczarowań. Jasność jest zbyt niska, odbicia wszechobecne, kolory są przeciętne, ustawienia fabryczne dalekie od ideału, a jednorodność panelu nie daje poczucia obcowania z dopracowanym wyświetlaczem. Touchpad jest po prostu słaby i w praktyce zachęca do jak najszybszego podłączenia myszy. Głośniki, mikrofon i kamerki wypadają co najwyżej użytkowo, bez żadnej jakościowej przewagi. Brak biometrii w mobilnym urządzeniu do pracy razi, a ograniczony zestaw portów szybko wymusza noszenie przejściówek albo HUB-a. Do tego w moim egzemplarzu pojawił się problem z podstawką, który może być jednostkowy, ale trudno go zignorować przy ocenie sprzętu, który ma być mobilny, praktyczny i niezawodny.
Czytaj też: Test Ninkear S14 – zawodnik wagi lekkiej


Nie twierdzę, że Ninkear S13 jest urządzeniem całkowicie nieudanym. Dobrze wykonana główna bryła, przyzwoita klawiatura, rysik w zestawie, sensowna podstawka, poprawny dotyk i akceptowalny czas pracy przy lekkich zadaniach sprawiają, że ten model da się wykorzystywać do podstawowych obowiązków. Pisanie, notatki, Internet, dokumenty, prosta praca biurowa, okazjonalny film – w takim scenariuszu S13 może jeszcze mieć sens. Problem w tym, że to bardzo wąskie pole zastosowań jak na sprzęt, który próbuje sprzedawać się jako pełnoprawne urządzenie 2w1.


Dlatego ostatecznie nie mogę wystawić Ninkear S13 pozytywnej rekomendacji. Przy cenie około 3000 zł w polskich sklepach lista kompromisów jest po prostu zbyt długa. Gdyby był wyraźnie tańszy, można byłoby bronić go jako prosty komputer 2w1 do niespecjalnie wymagających zadań. W obecnej sytuacji trudno jednak przejść obojętnie obok przeciętnego ekranu, słabego touchpada, braku biometrii, ograniczonych portów, przeciętnego zaplecza multimedialnego i potencjalnych problemów konstrukcyjnych. Ninkear S13 nie jest sprzętem bez zalet, ale po kilku dniach realnego użytkowania zostawił mnie z wrażeniem, że najlepiej wypada przed zakupem. Po zakupie zbyt szybko zaczyna przypominać, dlaczego tańsze urządzenia 2w1 od mniej znanych marek bywają ryzykownym wyborem.

