W ogóle się więc nie widzę, że coraz większą popularność zdobywają urządzenia wykorzystujące odwróconą osmozę. Jeszcze do niedawna kojarzyły się głównie z rozbudowanymi instalacjami montowanymi pod zlewem. Wymagały ingerencji w instalację wodną, zajmowały też sporo miejsca i były rozwiązaniem raczej dla osób dysponujących odpowiednią ilością miejsca pod zlewem.
JIMMY R9 Reverse Osmosis Water Purifier reprezentuje zupełnie inne podejście. To urządzenie wolnostojące, nablatowe, które wystarczy ustawić, podłączyć do prądu, napełnić zbiornik wodą z kranu, przeprowadzić wymagane płukanie i dopiero wtedy można zacząć korzystać z oczyszczonej wody. Producent stawia więc przede wszystkim na wygodę oraz prostotę użytkowania. Ale czy za tą prostotą idzie również komfort codziennego korzystania? Czy sprawdza się w biegu? W upalne dni, kiedy wodę pijemy w bardzo wzmożonych ilościach?
Sprawdziłam, jak urządzenie radzi sobie podczas normalnego użytkowania i czy rzeczywiście może – według mnie – zastąpić klasyczny dzbanek filtrujący.
Wygląd, montaż i uruchomienie
Na mój pierwszy rzut oka JIMMY R9 przypomina niewielki ekspres do kawy. Ma naprawdę nowoczesną obudowę, dotykowy panel sterowania i dozownik umieszczony z przodu. Nie wygląda jak sprzęt laboratoryjny, a odwrócona osmoza początkowo brzmiała dla mnie jak coś, czego używa się tylko w laboratorium, ale nie wygląda też absolutnie jak urządzenie, które trzeba schować pod zlewem. Wręcz przeciwnie. Producent wyraźnie zaprojektował go z myślą o tym, żeby stał na blacie i nie szpecił kuchni, a dodawał jej nowoczesności.
Największą różnicą względem większości systemów odwróconej osmozy jest jednak to, że JIMMY R9 nie wymaga żadnego montażu. Nie trzeba podłączać go do instalacji wodnej, wiercić otworów w blacie ani wzywać hydraulika. Wystarczy ustawić urządzenie w wybranym miejscu, podłączyć je do prądu, włożyć filtry, napełnić zbiornik wodą wodociągową i przeprowadzić pełne płukanie zgodnie z instrukcją, które wymaga przygotowania i wylania kilku pełnych dzbanków wody. Dopiero wtedy można zacząć korzystać z urządzenia.
Przyznam, że właśnie tego obawiałam się najbardziej. Myślałam, że pierwsze uruchomienie będzie przypominało konfigurację i długą naukę tego jak się obchodzić z tym urządzeniem. Tymczasem cały proces okazał się zaskakująco prosty i naprawdę przyjemny. Instrukcja prowadzi użytkownika krok po kroku i nawet osoba, która nigdy wcześniej nie miała styczności z odwróconą osmozą, bez problemu sobie poradzi.

Odwrócona osmoza – o co chodzi?
Hasło „odwrócona osmoza” często pojawia się w materiałach producentów, ale mam wrażenie, że może niewiele osób rzeczywiście wie, co się za nim kryje. Krótko to sobie opracujmy.
Odwrócona osmoza to proces, w którym pod wpływem ciśnienia woda przepływa przez półprzepuszczalną membranę w kierunku przeciwnym do naturalnej osmozy. Membrana przepuszcza głównie cząsteczki wody, a zatrzymuje dużą część rozpuszczonych soli, metali i innych zanieczyszczeń. W efekcie po jednej stronie membrany otrzymuje się wodę oczyszczoną, a po drugiej bardziej skoncentrowany roztwór zanieczyszczeń.
A więc w JIMMY R9 woda przechodzi przez filtry węglowe oraz półprzepuszczalną membranę odwróconej osmozy. Filtry węglowe odpowiadają między innymi za ograniczanie chloru, niepożądanych zapachów i części związków organicznych, natomiast membrana RO redukuje zawartość wielu substancji rozpuszczonych, w tym soli i części metali ciężkich. JIMMY R9 wykorzystuje siedmiostopniowy system oczyszczania z membraną RO, filtrami węglowymi oraz układem UV, który według producenta ogranicza drobnoustroje w oczyszczonej wodzie znajdującej się w dzbanku.
Trzeba przy tym pamiętać, że urządzenie jest przeznaczone do uzdatniania wody wodociągowej, a nie dowolnej wody pochodzącej z niekontrolowanego źródła.
Największe zalety?
To właśnie wygoda sprawiła, że samo urządzenie bardzo mi się spodobało. Podstawiam szklankę, naciskam przycisk i po chwili mam szklankę pełną wody. Dokładnie tak samo, jak korzysta się z ekspresu do kawy albo dystrybutora wody w biurze.
Drugą rzeczą, którą zauważyłam już po kilku dniach, jest pojemność zbiornika. Pojemnik na wodę „surową” ma 5 litrów, a na wodę czystą 1 litr. W moim codziennym użytkowaniu pięciolitrowy zbiornik sprawiał, że nie musiałam uzupełniać go po każdej szklance czy kubku, choć oczywiście przy większej liczbie domowników trzeba będzie robić to częściej.
Podoba mi się również sposób, w jaki rozwiązano sam zbiornik. Umieszczono go z boku urządzenia, dzięki czemu jego wyjmowanie jest wygodne i nie wymaga odsuwania całego sprzętu od ściany.



Czytaj też: Recenzja Xiaomi Smart Air Purifier 4 Pro. Czy chiński oczyszczacz poradzi sobie z polskim smogiem?
Czy woda smakuje lepiej?
To pytanie słyszałam chyba najczęściej. I moja odpowiedź brzmi: tak. Czuję różnicę w smaku, nawet dużą, a to jest kwestia, której absolutnie się nie spodziewałam.
Woda stała się bardziej neutralna. Ciężko mi opisać, jak zmienił się smak czegoś, co jest bezsmakowe, ale owszem: smak się zmienił.
Co właściwie siedzi w środku?
To teraz konkretniej – co właściwie znajduje się w środku JIMMY R9 i za co odpowiadają wszystkie elementy ukryte w jego obudowie. Bo choć z zewnątrz urządzenie rzeczywiście przypomina większy ekspres do kawy, w środku oczywiście niczym go nie przypomina.
Sam JIMMY R9 mierzy 331 × 252 × 357 mm, czyli ma 33,1 cm wysokości, 25,2 cm szerokości i 35,7 cm głębokości, i waży 7,72 kg. Nie jest więc urządzeniem małym, ale też nie nazwałabym go przesadnie dużym. Najważniejsza jest tutaj szerokość, bo nieco ponad 25 cm sprawia, że sprzęt nie zajmuje ogromnej ilości miejsca. Trzeba jednak uwzględnić głębokość wynoszącą 35,7 cm oraz pamiętać, że z boku potrzebna jest przestrzeń na wyjęcie pięciolitrowego zbiornika, a z przodu na ustawienie szklanki, kubka albo dzbanka.



Producent mówi o siedmiostopniowej filtracji. W praktyce wewnątrz znajdują się trzy wkłady, z których część łączy kilka warstw filtracyjnych, a siódmym etapem jest działanie światła UV-C.
Światło UV-C działa przy dzbanku z wodą czystą. Jego zadaniem nie jest zastępowanie filtrów, ale, według producenta, ograniczanie namnażania drobnoustrojów w wodzie, która już przeszła cały proces oczyszczania. Według producenta cały system ma redukować między innymi chlor, część metali ciężkich, azotany, fluorki, bakterie oraz związki z grupy PFAS.
Na przednim panelu można też sprawdzić wartość TDS dla wody surowej i oczyszczonej. Czym w ogóle jest TDS? To parametr, który pozwala oszacować ogólną ilość substancji rozpuszczonych w wodzie, między innymi na podstawie jej przewodności elektrycznej. Nie jest to pełne badanie jej składu i nie mówi, jakie dokładnie związki się w niej znajdują. Nie odróżnia też korzystnych minerałów od substancji, których wolelibyśmy się pozbyć. Sam niski wynik TDS nie jest więc równoznaczny z potwierdzeniem, że woda jest bezpieczna. Daje jednak szybki obraz tego, jak duża różnica pojawia się przed i po przejściu wody przez membranę.
Na tym samym ekranie można sprawdzić również szacowaną pozostałą żywotność filtrów. To oczywiście ważne, bo przy urządzeniu tego typu nie chciałabym gdybać, kiedy taki filtr wymieniać. JIMMY R9 szacuje ich zużycie i przypomina, kiedy należałoby się tym zainteresować.
Nie tylko filtruje, ale też podgrzewa
JIMMY R9 ma jeszcze jedną funkcję, która w moim przypadku szybko okazała się znacznie bardziej przydatna, niż bym zakładała. Urządzenie nie tylko oczyszcza wodę, lecz także podgrzewa ją bezpośrednio przed nalaniem.
Do wyboru mamy wodę o temperaturze pokojowej oraz sześć ustawień: 45, 55, 65, 75, 85 i 98 stopni Celsjusza. Można więc przygotować wodę do kawy, herbaty albo napoju, który chcemy wypić od razu, bez czekania, aż wrzątek trochę ostygnie. Nie trzeba też za każdym razem podgrzewać całego czajnika. Myślę, że to naprawdę praktyczna opcja, zwłaszcza dla osób pijących napary, herbaty, które często należy parzyć wodą chłodniejszą niż wrzątek.

Przy ustawieniach wysokiej temperatury znaczenie ma również blokada rodzicielska, która ogranicza ryzyko przypadkowego nalania bardzo gorącej wody.
JIMMY R9 pozwala również ustawić konkretną porcję. Do wyboru jest 60, 90, 120, 200, 300 lub 500 ml. Podstawiam naczynie, wybieram temperaturę i ilość, a urządzenie samo zatrzymuje strumień w odpowiednim momencie. Przyznaję, szybko zaczęłam doceniać, że nie muszę stać obok i pilnować, czy kubek zaraz się nie przepełni.
Za podgrzewanie odpowiada grzałka o mocy 2200 W. Sama wartośćmole i brzmi wysoko, ale urządzenie nie utrzymuje przez cały czas kilku litrów gorącej wody. Podgrzewana jest dopiero wybrana porcja. Układ filtracji pobiera znacznie mniej energii, według specyfikacji 24 W, natomiast w trybie czuwania zużycie spada do 0,5 W przy wygaszonym ekranie lub 2 W, kiedy panel pozostaje podświetlony. Także, moim zdaniem naprawdę w porządku.
Nadal jest to jednak dodatkowy koszt energetyczny, którego nie mamy przy klasycznym dzbanku filtrującym.
Czytaj też: Test MOVA Stellar X10 Plus – mały oczyszczacz, ale z bardzo konkretnym pomysłem na powietrze
Co nie jest jego najmocniejszą stroną?
Producent deklaruje wydajność oczyszczania na poziomie około 0,3 litra na minutę przy temperaturze wody wynoszącej 25 stopni Celsjusza. Ten parametr opisuje tempo przygotowywania oczyszczonej wody przez membranę, a niekoniecznie szybkość jej późniejszego wypływania z dozownika. Oprócz tego podczas codziennego użytkowania zauważyłam, że sam strumień nie należy do… najszybszych. To moja obserwacja, a nie wartość podawana przez producenta ani wynik pomiaru wykonanego stoperem, ale właśnie ona najlepiej oddaje jedną z największych wad tego urządzenia.
Przy zwykłej szklance albo kubku nie jest to absolutnie uciążliwe. Absolutnie nie jest. Problem zaczyna się wtedy, gdy chcemy napełnić litrowy pojemnik, większy dzbanek albo kilka butelek pod rząd. Kojarzycie te monumentalne i popularne teraz bidony? Tutaj przyda się cierpliwość przy napełnianiu. Strumień jest wtedy po prostu, no, wolnawy. Ale pamiętajmy, że zawsze można wyjąć cały dzbanek na czystą wodę (1l) i nalać ją do naczynia bezpośrednio.




Proces odwróconej osmozy oznacza również, że nie cała woda znajdująca się w pięciolitrowym zbiorniku trafia później do dzbanka jako woda czysta. Producent podaje proporcję 3:1, czyli na trzy części wody oczyszczonej przypada jedna część wody odrzucanej. To właśnie w niej pozostaje większe stężenie substancji zatrzymanych przez membranę. Z pełnego pięciolitrowego zbiornika nie uzyskujemy więc pięciu litrów wody gotowej do wypicia.
Tak jak wspomniałam, JIMMY R9 nie jest podłączony do kanalizacji, więc ta woda nie znika automatycznie w odpływie. Zostaje w głównym zbiorniku i po pewnym czasie trzeba ją wylać, przepłukać pojemnik i nalać świeżą porcję.
W zestawie znajdują się dwa litrowe dzbanki wykonane z Tritanu. Jeden może stać w urządzeniu, a drugi można w tym samym czasie trzymać w lodówce. To ważne, bo podstawowy model JIMMY R9 nie chłodzi wody. Więc jeżeli ktoś pije ją wyłącznie bardzo zimną, musi wcześniej przygotować sobie zapas.
Czytaj też: Test MOVA LiDAX Ultra 800 – trawnik nie musi być planem na sobotę
Wymiana filtrów
Producent przewiduje około 12 miesięcy pracy dla filtra wstępnego oraz wkładu mineralizującego. Membrana odwróconej osmozy ma natomiast wystarczyć na około 24 miesiące. Są to wartości orientacyjne, bo rzeczywista żywotność zależy od jakości wody wodociągowej oraz liczby litrów przygotowywanych każdego dnia.
W miejscach, w których woda jest twardsza albo zawiera więcej osadów, filtry mogą zużywać się szybciej. Urządzenie będzie pokazywało ich szacowaną pozostałą żywotność, ale ostatecznie i tak oznacza to dodatkowy wydatek, którego nie da się uniknąć.
Urządzenie nie jest też całkowicie bezobsługowe. Trzeba regularnie myć zbiornik, dzbanki i tackę ociekową, a po dłuższej przerwie w użytkowaniu przeprowadzić płukanie zgodnie z instrukcją.

Moje wnioski
JIMMY R9 to sprzęt, który nie jest niezbędny. Ale ta wygoda, smak wody, a także świadomość, że urządzenie wykorzystuje membranę RO i zgodnie z deklaracjami producenta ogranicza zawartość wielu substancji rozpuszczonych – sprawiają, że jest wart zainteresowania.
Woda jest dostępna od ręki, dopóki znajduje się w litrowym dzbanku na wodę czystą. Po jego opróżnieniu urządzenie potrzebuje czasu na przygotowanie kolejnej porcji. Urządzenie nie wymaga żadnego montażu, a pięciolitrowy zbiornik sprawia, że nie muszę co chwilę pamiętać o dolewaniu kolejnej porcji. No i ta możliwość podgrzania konkretnej ilości wody, bez uruchamiania czajnika i bez czekania, aż wrzątek ostygnie – uwielbiam.
I ja tę różnicę naprawdę czuję. W smaku wody, w wygodzie korzystania z urządzenia i w tym, że chętniej i częściej po nią sięgam.

Czytaj też: Czystość kompleksowa. Sprawdzam MOVA V70 Ultra Complete

