Technologia wojskowa ma dziwną skłonność do zataczania koła. Rozwiązania niegdyś uznane za przestarzałe często wracają po dekadach, ale już w zupełnie innej formie i często nawet z innym przeznaczeniem. Działo staje się elektromagnetyczne, obrona przeciwlotnicza zaczyna strzelać światłem, a okręt przestaje być wyłącznie nosicielem uzbrojenia i zamienia się w pływającą elektrownię, centrum dowodzenia oraz wielki magazyn pocisków. Czym więc stanie się klasa pancerników w erze potwierdzonego właśnie typu Trump?

USA naprawdę chcą wskrzesić pancernik
Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś napiszę o nowym amerykańskim pancerniku inaczej niż w ramach fantazji, gry wojennej albo kolejnego niezrealizowanego projektu. Tymczasem program związany z pancernikami typu Trump wyszedł już poza samą grudniową zapowiedź polityczną. Marynarka Wojenna USA umieściła okręt w swoim trzydziestoletnim planie rozwoju floty, powołała dla niego biuro programowe, a oznaczenie projektu zmieniło się na BBGN i tak -litera “N” nie znalazła się tam przypadkiem.
Czytaj też: Superbroń przestała być elitarna. Chiny zrobiły z mniejszego niszczyciela łowcę lotniskowców

Pierwsza jednostka ma otrzymać nazwę USS Defiant. Wstępne założenia mówią o okręcie wypierającym około 35000 ton, długim na mniej więcej 268 metrów i rozwijającym prędkość przeszło 56 km/h. Nie będzie więc większy od atomowych lotniskowców typu Gerald R. Ford, ale zdecydowanie przerośnie współczesne niszczyciele oraz krążowniki. Stanie się tym samym czymś zupełnie nowym we flocie.

Budowa pierwszego egzemplarza miałaby ruszyć w roku budżetowym 2028. Sam okręt pozostaje jednak na etapie projektu i nawet najbardziej optymistyczny harmonogram oznacza wejście do służby dopiero w następnej dekadzie. Warto o tym pamiętać, bo między “Marynarka chce zbudować” a “okręt właśnie powstaje” ciągle znajduje się ogromna przepaść. Ogromna będzie też cena. Pierwszy pancernik typu Trump może kosztować około 17,5 mld dolarów, czyli prawie 66 mld zł. Pięcioletni plan budżetowy przewiduje łącznie 43,5 mld dolarów, a więc około 164 mld zł na rozpoczęcie programu oraz zakup kolejnych jednostek, z czego konkretnie pierwszy okręt miałby pochłonąć 17 mld dolarów, drugi 13 mld, a trzeci 11,5 mld dolarów. W przeliczeniu mowa odpowiednio o około 64, 49 i 43 mld zł.
Atom rozwiązuje największy problem nowoczesnej broni
Początkowo USS Defiant miał korzystać z konwencjonalnego napędu z turbinami gazowymi i generatorami wysokiej mocy. Marynarka zmieniła jednak koncepcję i chce zastosować reaktor typu A1B, czyli konstrukcję wykorzystywaną już na lotniskowcach Gerald R. Ford. Nie wiemy jeszcze, ile reaktorów trafi na pancernik ani jak dokładnie zostanie zaprojektowana jego siłownia. Potwierdzony jest jednak sam typ napędu i pod względem operacyjnym trudno nie dostrzec w tym sensu.

Reaktor praktycznie usuwa konieczność regularnego uzupełniania paliwa okrętowego. Nie zapewnia oczywiście nieskończonego czasu misji, bo załoga nadal potrzebuje żywności, części zamiennych i odpoczynku, ale pozwala znacząco ograniczyć zależność od tankowców oraz portów. Na Oceanie Spokojnym, gdzie odległości liczy się w tysiącach kilometrów, jest to przewaga nie do zlekceważenia. Jeszcze ważniejsza jest energia elektryczna.
Czytaj też: Nowy pocisk ma żywić się pędem powietrza. USA coraz bliżej broni o absurdalnym zasięgu
Pancerniki typu Trump mają korzystać z rozbudowanych radarów, systemów walki elektronicznej, potężnych komputerów i uzbrojenia, którego zapotrzebowanie na moc rośnie wraz z możliwościami. Wczesna koncepcja obejmuje 128 pionowych wyrzutni Mk 41, 12 większych komór na hipersoniczne pociski Conventional Prompt Strike, broń jądrową SLCM-N, lasery o mocy 300 lub 600 kW, kilka mniejszych systemów energetycznych oraz potencjalne działo elektromagnetyczne o energii 32 MJ.

Każdy z tych elementów ma wspólny problem. Energię trzeba najpierw wygenerować, następnie przesłać, a później odprowadzić powstałe ciepło. Reaktor nie sprawi więc, że laser będzie strzelał bez ograniczeń. Zapewni jednak znacznie większy margines mocy niż turbiny gazowe, szczególnie podczas długich operacji z dala od baz. 400-kilowatowy laser projektowany dla amerykańskich okrętów doskonale przypomina, że warto. Dopóki działa źródło zasilania i układ chłodzenia, broń energetyczna nie wymaga ładowania kolejnych pocisków. Koszt jednego “strzału” może być nieporównywalnie niższy od wystrzelenia rakiety przeciwlotniczej wartej miliony dolarów.
Problem w tym, że nie cała lista uzbrojenia typu Trump istnieje dziś w gotowej formie. Amerykański railgun został odsunięty na boczny tor po latach badań, o czym pisałem już przy losie działa elektromagnetycznego Marynarki Wojennej USA. Lasery pokroju HELIOS weszły na okręty, ale ich moc ciągle pozostaje daleko poniżej najbardziej ambitnych założeń. Z kolei jądrowy pocisk manewrujący SLCM-N nadal jest rozwijany. Atom rozwiązuje więc problem zasilania przyszłego uzbrojenia, ale nie sprawia automatycznie, że to uzbrojenie będzie gotowe razem z okrętem.
Ten pancernik nie będzie pancernikiem, jaki znamy
Samo określenie “pancernik” budzi moje największe zastrzeżenia. Historyczne pancerniki były budowane wokół ciężkiego pancerza i wielkich dział. Amerykańskie jednostki typu Iowa przenosiły dziewięć armat kalibru 406 mm, których obecność definiowała praktycznie cały okręt. Typ Trump nie ma otrzymać podobnej artylerii ani pancerza zdolnego przyjmować trafienia ciężkimi pociskami. Jego główną bronią będą rakiety, a największą przewagą ma być połączenie dalekiego zasięgu, ogromnego zapasu amunicji, potężnych sensorów oraz zdolności dowodzenia grupą okrętów.

Z militarnego punktu widzenia otrzymamy więc raczej atomowy krążownik rakietowy albo okręt arsenałowy niż klasyczny pancernik. Nazwa ma znaczenie polityczne i symboliczne. Kojarzy się z czasami, gdy pojedynczy wielki okręt mógł stać się wizytówką całej floty. Donald Trump zresztą od początku przedstawiał projekt jako najpotężniejszy, największy i najbardziej efektowny okręt bojowy świata.
Nie oznacza to jednak, że sama koncepcja jest bezwartościowa. Współczesne niszczyciele typu Arleigh Burke zaczynają dobijać do granic dostępnej przestrzeni, masy, chłodzenia i produkowanej energii. Kolejne radary, pociski oraz systemy obronne trzeba gdzieś umieścić. Marynarka uznała, że projektowany wcześniej DDG(X) wymagałby zbyt wielu kompromisów, dlatego postawiła na znacznie większy kadłub.

Widzę w tym pewną ironię. Przez dziesięciolecia rozwój uzbrojenia miał sprawiać, że okręty będą mniejsze, bardziej zautomatyzowane i trudniejsze do wykrycia. Teraz rosnące zapotrzebowanie na prąd, chłodzenie i amunicję ponownie prowadzi USA w stronę kolosa. Przyszłość tym samym okazała się zadziwiająco podobna do przeszłości, tylko zamiast komór amunicyjnych z pociskami kalibru 406 mm dostaliśmy pionowe wyrzutnie, lasery i reaktor jądrowy.
Piętnaście pancerników? Na razie nie wierzę
Pierwotna deklaracja Donalda Trumpa mówiła nawet o 20-25 jednostkach. Trzydziestoletni plan Marynarki ogranicza te ambicje do 15 pancerników. Nadal brzmi to jednak mało realistycznie, gdy spojrzymy na obecny stan amerykańskiej floty, bo marynarka posiada obecnie 291 okrętów bojowych, choć ustawowy cel wynosi 355. Według obecnego planu poziom ten może zostać osiągnięty dopiero około roku budżetowego 2040 i tylko pod warunkiem wyraźnego przyspieszenia produkcji. Tymczasem jeden nowy pancernik ma kosztować tyle, co kilka niszczycieli albo kombinacja niszczycieli oraz okrętów podwodnych.
Czytaj też: 21 odpaleń i zero awarii. Europejski silnik ma rozpędzić drona do Mach 5
Senat chce więc utrzymać rozwój konwencjonalnego DDG(X), który mógłby zastępować wycofywane niszczyciele Arleigh Burke oraz krążowniki Ticonderoga. Pancerniki typu Trump nie nadają się do takiej wymiany jeden do jednego. Przy cenie szacowanej na 12-13 mld dolarów za późniejsze egzemplarze flota zwyczajnie nie będzie mogła kupować ich w liczbie potrzebnej do zastąpienia dziesiątek starszych jednostek. Dochodzi do tego polityka. Administracja chce rozpocząć zakup pierwszego okrętu w roku budżetowym 2028, a więc zanim Donald Trump opuści urząd. Sam pośpiech nie jest przypadkowy. Kolejny prezydent i kolejny Kongres mogą uznać program za zbyt drogi, zbyt ryzykowny albo zwyczajnie niepotrzebny.
Już dziś trwa spór o pierwszy miliard dolarów, czyli około 3,76 mld zł, który ma pozwolić rozpocząć zamawianie elementów napędu. Marynarka domaga się też 837 mln dolarów, czyli przeszło 3,15 mld zł, na dalsze badania i projektowanie. Bez zgody Kongresu USS Defiant pozostanie grafiką koncepcyjną i nie będzie to wcale dziwne, bo taki okręt zamienia trudny program stoczniowy w jeszcze trudniejszy program nuklearny. USS Defiant będzie bowiem musiał konkurować o zasoby z lotniskowcami, okrętami Virginia, strategicznymi jednostkami Columbia i zobowiązaniami wobec Australii w programie AUKUS.
Dlatego nie wierzę jeszcze w piętnaście atomowych pancerników. Nie jestem nawet przekonany, czy powstanie pierwszy. Widzę jednak, dlaczego Amerykanie próbują. Współczesna broń potrzebuje coraz więcej energii, a przyszłe okręty będą musiały nie tylko przenosić pociski, ale też zasilać radary, lasery, systemy zagłuszania i broń, której dziś nie potrafimy jeszcze wdrożyć na większą skalę. Zanim więc atomowy kolos wypłynie na ocean i odpali pierwszy laser, Amerykanie muszą jeszcze pokonać przeciwnika znacznie mniej efektownego od chińskiej floty – własny przemysł stoczniowy.
Źródła: Departament Wojny USA, USNI News

