Cała chmura, do której się przyzwyczailiśmy jako widzowie, gracze oraz po prostu użytkownicy usług sieciowych, jest tylko wygodną metaforą. Pod spodem ciągle pozostaje bardzo fizyczna infrastruktura, którą można przeciąć, uszkodzić albo zwyczajnie zniszczyć.
Internet nie jest w chmurze. Leży na dnie oceanów
Podmorskie światłowody odpowiadają za ponad 99 procent międzynarodowego ruchu danych. TeleGeography zwraca uwagę, że dokładnego udziału nie da się policzyć z chirurgiczną precyzją, ale dominacja kabli nad łącznością satelitarną nie pozostawia większych wątpliwości. W grę ma jednak wchodzić ponad 99 procent międzynarodowego ruchu danych. Mówimy przy tym o sieci rozciągniętej na około 1,8 mln kilometrów. Przez te przewody przechodzą nie tylko nasze filmy z YouTube’a, wiadomości i dane pobierane przez gry, ale też transakcje finansowe.

Tutaj właśnie pojawia się paradoks. Im bardziej zaawansowana staje się światowa gospodarka, tym ważniejsze stają się długie przewody leżące po prostu na ziemi. Tyle że tą ziemią jest w tym przypadku dno oceanu. W głębokiej wodzie typowy kabel telekomunikacyjny może mieć około 17-20 mm średnicy, więc rzeczywiście jest porównywalny z grubszym wężem ogrodowym. Dopiero bliżej wybrzeży dostaje dodatkowe opancerzenie i bywa zakopywany pod dnem, co ma miejsce zwykle na głębokość około metra, choć w szczególnych przypadkach znacznie głębiej. Na otwartym oceanie nie ma jednak kilometrowej betonowej osłony ani wojskowego pancerza. Kabel zostaje po prostu położony na dnie i tak funkcjonuje przez lata. Do tej pory działało to zaskakująco dobrze.
Tanie drony mogą zrobić pod wodą to samo, co zrobiły w powietrzu
Odkąd piszę o dronach wojskowych, to przy ich analizie wraca ciągle ten sam motyw. Najważniejszą zmianą nie zawsze jest bowiem stworzenie czegoś, czego wcześniej zrobić się nie dało. Czasem prawdziwa rewolucja rozpoczyna się wtedy, kiedy czynność zarezerwowana wcześniej dla sprzętu wartego setki milionów staje się dostępna dla znacznie tańszej maszyny. Tak też bowiem Shahed nie wynalazł bombardowania infrastruktury, a byle dron FPV nie wynalazł niszczenia czołgów. Zmieniły jednak rachunek ekonomiczny całej operacji.
Czytaj też: Chiny pokazały, jak KVD002 atakuje. Rozpoznanie i atak w jednej maszynie

Chińscy badacze Shi Guanglei i Shi Haiming z National University of Defense Technology zwracają uwagę właśnie na podobny proces zachodzący pod wodą. Tradycyjne działania w głębinach wymagały okrętów podwodnych, wyspecjalizowanych jednostek nawodnych, załóg, rozbudowanej logistyki i całego zaplecza technicznego. W praktyce wejście do tej gry kosztowało fortunę. Dron podwodny już tak wymagający i drogi nie jest, choć woda morska bardzo skutecznie tłumi fale elektromagnetyczne wykorzystywane na co dzień przez smartfony, Wi-Fi czy klasyczne systemy radiowe. Dron nie może więc zachowywać się pod powierzchnią dokładnie tak samo jak latający bezzałogowiec nad polem bitwy i bez przerwy transmitować obrazu HD do operatora. Rozwiązaniem tego problemu jest autonomia.
Właśnie dlatego przy chińskich podwodnych dronach AJX002 zdolnych działać przez bardzo długi czas zwracałem uwagę na możliwość stawiania min, prowadzenia rozpoznania oraz tworzenia całych sieci autonomicznych maszyn. Jeszcze wcześniej pisałem również o przesyłaniu danych na setki kilometrów pod wodą, bo komunikacja pozostaje jednym z największych ograniczeń całej tej domeny.
Podwodne “wilcze stada” nie potrzebują ciągłego kontaktu z człowiekiem
Właśnie w tym miejscu opisywana przez Chińczyków przyszłość zaczyna robić się interesująca. Według ich wizji sztuczna inteligencja pozwoli bezzałogowym pojazdom podwodnym wykonywać zadania przez całe tygodnie bez konieczności ciągłego przesyłania informacji i odbierania nowych poleceń. Chińscy badacze idą jeszcze dalej i opisują przyszłe grupy składające się z dziesiątek, a nawet setek UUV. Takie “podwodne wilcze stada” miałyby patrolować szlaki kablowe, prowadzić poszukiwania, urządzać zasadzki i wymieniać dane z czujnikami rozmieszczonymi na dnie, jednostkami nawodnymi oraz dronami powietrznymi.

Chiny testują całe systemy łączące autonomiczne maszyny działające na powierzchni, pod wodą i w powietrzu, a sama idea połączenia różnych bezzałogowców w jeden system dowodzenia nie jest już niczym egzotycznym. Pisałem zresztą wcześniej, że marynarka przyszłości może być oparta na współpracy załogowych i bezzałogowych jednostek podwodnych. Dziś ten proces przestaje być tylko kwestią tego, kto pierwszy znajdzie wrogi okręt podwodny. Stawką zaczyna być również ochrona infrastruktury, bez której nie działa współczesna gospodarka.
AUKUS chce pilnować kabli. Chiny widzą w tym coś więcej
Nieprzypadkowo chińscy autorzy poświęcili sporo uwagi porozumieniu AUKUS między Australią, Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi. W maju 2026 roku państwa te ogłosiły pierwszy sztandarowy projekt w ramach drugiego filaru AUKUS, który dotyczy wyposażenia i systemów dla bezzałogowych pojazdów podwodnych. Pierwsze rozwiązania mają być dostarczane od 2027 roku. Pekin przedstawia sprawę w typowy dla geopolitycznej rywalizacji sposób. Według chińskich badaczy hasło ochrony podmorskich kabli ma pozwolić państwom AUKUS zbudować stałą sieć obserwacji dna i zdobywać przewagę strategiczną w głębinach.

Można uznać takie stwierdzenie za propagandowe, ale dokumenty samego AUKUS pokazują, że sprawa rzeczywiście nie kończy się na pilnowaniu światłowodów. Oficjalny zakres programu obejmuje ochronę krytycznej infrastruktury na dnie morza, ale jednocześnie rozpoznanie, obserwację, zdolności uderzeniowe, logistykę, zwalczanie okrętów podwodnych i nawodnych, działania przeciwminowe, walkę elektroniczną oraz operacje na spornych wodach przybrzeżnych.
Czytaj też: Chiny szlifują myśliwiec szóstej generacji na oczach całego świata

Jeśli UUV potrafi znaleźć uszkodzony kabel i obserwować jego otoczenie, to odpowiednio wyposażony wojskowy wariant może również mapować pozycję wrogich czujników, śledzić okręty albo przygotować zasadzkę. Dokładnie tak samo dron powietrzny może jednego dnia fotografować pole, a drugiego przenosić ładunek wybuchowy. Technologia jest neutralna. Zastosowanie już nie.
Największym problemem nie jest możliwość przecięcia jednego kabla
Tutaj warto trochę ostudzić alarmistyczny ton chińskich ostrzeżeń, bo informacja o tym, że zagrożone jest “99 procent światowych danych”, może brzmieć tak, jakby jeden podwodny dron z ładunkiem wybuchowym był w stanie przeciąć odpowiedni przewód i odłączyć pół świata od Internetu. Tak to jednak nie działa. Sieć kabli podmorskich została zaprojektowana z myślą o redundancji, więc w razie uszkodzenia jednej trasy operatorzy mogą przekierować ruch przez inne połączenia.
Pojedynczy przerwany kabel nie oznacza więc cyfrowego końca świata, bo cały system od dekad jest przygotowany na podobne zdarzenia. Sytuacja robi się znacznie poważniejsza dopiero wtedy, kiedy zamiast przypadkowej awarii jednej trasy zaczynamy mówić o skoordynowanym ataku na kilka połączeń w odpowiednio wybranym miejscu. Morze Czerwone dobrze pokazuje, dlaczego ma to znaczenie – uszkodzenie kilku kabli w 2025 roku wywołało problemy z łącznością w części Azji i Bliskiego Wschodu oraz zwiększyło opóźnienia niektórych usług Microsoft Azure, a przez korytarz związany z Egiptem i Morzem Czerwonym może przechodzić około 17 procent globalnego ruchu internetowego.
Czytaj też: Superbroń przestała być elitarna. Chiny zrobiły z mniejszego niszczyciela łowcę lotniskowców
Właśnie w takich geograficznych wąskich gardłach autonomiczne drony zaczynają być szczególnie niepokojące, bo ich największą zaletą nie jest możliwość “zniszczenia Internetu” przez pojedynczą maszynę, lecz potencjalne wysłanie wielu tanich jednostek do jednoczesnego obserwowania, blokowania albo atakowania kilku kluczowych elementów infrastruktury. Problem w tym, że nie da się chronić około 1,7 mln kilometrów kabli z taką samą intensywnością. Można zakopywać przewody przy wybrzeżach, pilnować miejsc ich wyjścia na ląd, patrolować najważniejsze szlaki, rozwijać sieci sonarowe i utrzymywać wyspecjalizowane jednostki naprawcze, ale nikt nie postawi przecież okrętu wojennego przy każdym światłowodzie. Dlatego odpowiedzią na tanie drony podwodne najpewniej będą przede wszystkim inne autonomiczne maszyny.
Przyszłość Internetu może zależeć od wojny robotów, której nawet nie zobaczymy
Najbardziej uderza mnie w tym wszystkim tempo, w jakim jeszcze niedawno futurystyczny scenariusz zaczyna stawać się realnym problemem strategicznym. Wizja setek autonomicznych maszyn krążących tygodniami po oceanach, patrolujących światłowody i jednocześnie tropiących wrogie drony jeszcze kilka lat temu była nierealna, a dziś państwa zastanawiają się już przede wszystkim nad tym, kto zbuduje takie systemy szybciej i w większej skali. Nie oznacza to oczywiście, że Internet stoi na skraju globalnego odłączenia, bo chińskie ostrzeżenia brzmią pod tym względem znacznie bardziej dramatycznie niż rzeczywistość. Znacznie ważniejsze jest jednak to, że drony podwodne obniżają barierę wejścia do działań na dnie oceanów.

