Jangcy jest wręcz idealnym miejscem, żeby sprawdzić, czy walka z naturą kiedyś się kończy. Mówimy przecież o gigantycznej rzece, wokół której przez całe stulecia rozwijały się miasta, rolnictwo i infrastruktura, a wraz z nimi coraz bardziej ambitne próby kontrolowania wielkiej wody. Nowe badanie opublikowane w PNAS postanowiło spojrzeć na ten proces nie przez kilka dekad współczesnych pomiarów, ale przez około 500 lat historii.
500 lat powodzi pokazało, że Jangcy nie słucha prostych reguł
Zespół kierowany przez Shi-Yonga Yu połączył osady jeziorne, historyczne dokumenty oraz wysokiej rozdzielczości dane z rekonstrukcji klimatu, żeby odtworzyć częstotliwość wielkich powodzi Jangcy na przestrzeni pięciu stuleci.
Czytaj też: Chiny wsadziły strategiczny ładunek na bombowiec. H-6N dostał ogromną rakietę jako część triady jądrowej

Wedle zebranych danych najwięcej powodzi przypadało na okres Małej Epoki Lodowej, mniej więcej od 1500 do 1850 roku. Nie chodziło przy tym po prostu o to, że było chłodniej. Badacze wiążą wzrost zagrożenia ze zmianami wielkoskalowej cyrkulacji atmosferycznej, m.in. osłabieniem zachodniopacyficznego wyżu subtropikalnego, przesunięciem strefy konwergencji międzyzwrotnikowej i większym transportem wilgoci przez monsun.
Po 1850 roku temperatura atmosfery rosła, ale częstotliwość powodzi spadła. Dla mnie jest to ważne przypomnienie, że klimatu nie można sprowadzać do równania “cieplej oznacza więcej powodzi wszędzie”. Lokalne skutki zależą bowiem od tego, gdzie przesuwają się układy atmosferyczne i którędy transportowana jest wilgoć.
Zbudowaliśmy wyższe wały, więc woda dostała mniej miejsca
Najbardziej interesująca część badania zaczyna się jednak tam, gdzie do równania wchodzi człowiek. Model wskazuje, że budowa obwałowań mogła zwiększyć wielkość powodzi stuletniej wynikającej z warunków klimatycznych o około 18%. Odcinanie jezior od rzeki i przekształcanie ich terenów pod rolnictwo oraz zabudowę dołożyło około 8%. Tego typu powódź to zdarzenie o statystycznym prawdopodobieństwie rzędu około 1 procent w dowolnym roku.
Czytaj też: Niewidzialny strażnik sieci. Chiny stawiają na kwantową ochronę infrastruktury energetycznej

Sama fizyka tego zjawiska jest zaskakująco intuicyjna, bo naturalna rzeka nie kończy się na swoim korycie. Podczas wielkiego wezbrania część wody rozlewa się po równinach zalewowych, trafia do jezior i mokradeł, a cały krajobraz zaczyna działać jak gigantyczny bufor. Kiedy więc otoczymy rzekę wałami i odetniemy te naturalne zbiorniki, to chronimy konkretne miejsca przed mniejszymi oraz średnimi powodziami. Jednocześnie ta sama ogromna ilość wody podczas ekstremalnego zdarzenia ma znacznie mniej przestrzeni, żeby się rozlać i tym samym wytracić szczyt przepływu.
W całym tym temacie najbardziej niepokoi mnie jednak coś jeszcze. Wał przeciwpowodziowy nie tylko zmienia hydrologię. Zmienia również zachowanie ludzi. Kiedy teren zostaje uznany za zabezpieczony, to zaczynamy budować na nim domy, fabryki, drogi i całe osiedla. Zagrożenie wydaje się mniejsze, więc w miejscu potencjalnej katastrofy zaczyna gromadzić się coraz więcej ludzi i majątku. Kiedy zaś przychodzi powódź przekraczająca możliwości zabezpieczeń, konsekwencje mogą być znacznie większe właśnie dlatego, że wcześniej poczuliśmy się bezpiecznie.

Czytaj też: Ten stalowy kolos przewiercił się pod rzeką. Chiny pokazały rekordem jak budować kolej przyszłości
Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy teraz burzyć wszystkie wały i tamy. Pisałem już o tym szerzej przy drugim obliczu zapór wodnych, bo tego typu infrastruktura rzeczywiście potrafi chronić miasta, magazynować wodę i ograniczać wiele częstszych wezbrań. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy traktować ją jak zamiennik całego naturalnego systemu rzeki.
Przyszłość może polegać na tym, żeby czasem pozwolić rzece wygrać
Autorzy badania nie proponują powrotu do świata bez wałów, zapór i regulacji. Kierunek jest znacznie ciekawszy – infrastruktura ma współpracować z krajobrazem. Ochrona gęsto zaludnionych miejsc nadal powinna być wzmacniana, ale część jezior i mokradeł można ponownie połączyć z rzekami, zachowywać równiny zalewowe oraz tworzyć kontrolowane obszary, które podczas ekstremalnych wezbrań celowo przyjmą wodę.
Właśnie tutaj kryje się najważniejsza lekcja z 500 lat walki z Jangcy.
Najbardziej zaawansowana ochrona przeciwpowodziowa przyszłości może wcale nie polegać na budowaniu coraz wyższej ściany między nami a rzeką. Czasem bardziej sensownym rozwiązaniem będzie zaakceptowanie tego, co natura robiła od tysięcy lat i wskazanie jej miejsca, w którym może bezpiecznie zrobić to ponownie. Jest to szczególnie ciekawe dziś, gdy Chiny nadal inwestują w gigantyczne projekty hydrotechniczne, takie jak nowa megatama na Brahmaputrze. Im większa staje się nasza zdolność do kontrolowania rzek, tym ważniejsze może okazać się pytanie nie o to, czy potrafimy je ujarzmić, ale czy zawsze powinniśmy próbować.
Źródła: PNAS, South China Morning Post

