Są takie okresy w historii wielkich marek, kiedy prestiż przestaje być tarczą, a staje się ciężarem. Właśnie wtedy najłatwiej o decyzje, które z dzisiejszej perspektywy wyglądają jak odważna wizja albo desperacka próba udowodnienia, że firma wciąż potrafi zaskoczyć. Lamborghini w latach 80. znalazło się dokładnie w takim punkcie. Marka kojarzona dziś ze światem drogich supersamochodów była wtedy po przejściach, po zmianach właścicielskich i w fazie gorączkowego szukania nowych kierunków, a w takich warunkach rodzą się ciekawe projekty. Jednak “ciekawe” nie dlatego, że odmieniły branżę, ale dlatego, że odsłaniają nerwową, mniej wygodną stronę motoryzacji. Lamborghini Design 90 jest właśnie takim przypadkiem, bo jest to historia o marce samochodowej, która chciała wejść na rynek motocykli, ale zrobiła to w sposób tak osobliwy, że do dziś trudno rozstrzygnąć, czy patrzymy na egzotyczną ciekawostkę, czy na kosztowną pomyłkę.
Lamborghini też miało moment, w którym nie bardzo wiedziało, czym chce być
Żeby zrozumieć genezę motocykla Design 90, trzeba najpierw przypomnieć sobie, w jakim stanie było wtedy samo Lamborghini. Po kryzysach lat 70. marka przeszła pod kontrolę braci Mimran, którzy próbowali ją odbudować i poszerzyć ofertę, a niedługo później sprzedali firmę Chryslerowi. Właśnie w tym przejściowym, niespokojnym momencie pojawił się pomysł, by byk z Sant’Agata wyszedł poza świat czterech kół. Jest to o tyle ważne, bo Design 90 nie narodził się w epoce stabilnego Lamborghini, tylko w czasie, gdy marka testowała granice własnej tożsamości. Dziś łatwo byłoby uznać to za dziwactwo, ale wtedy takie ruchy miały pewną logikę. Firma szukała nowych nisz, nowych odbiorców i nowych źródeł pieniędzy.

Czytaj też: Chiny poszły o krok za daleko? Ten sportowy motocykl ma przewidywać zakręty i przyczepność
Współpraca przy Design 90 połączyła Lamborghini z francuskim Boxer Bikes, a więc późniejszym Boxer Design. Właśnie tam powstała zasadnicza część projektu, a nie w sercu włoskiej marki. Niemal wszystko poza znaczkiem było tu dziełem francuskiego partnera, a za konstrukcję ramy odpowiadał Claude Fior. Pod owiewkami pracował rzędowy, czterocylindrowy silnik Kawasaki o pojemności nieokreślonej precyzyjnie aż do dziś (od 0,9 do 1 litra), co samo w sobie dobrze pokazuje, że nawet archiwalna specyfikacja tego modelu nie jest dziś całkiem jednolita.

Czytaj też: BMW zaskoczyło świat. Tak wyjątkowy samochód to dla wielu marzenie
Właśnie tu zaczyna się najciekawsza część całej historii, bo nie był to motocykl opracowany po lamborghiniowsku, a więc z własnym silnikiem i własną filozofią mechaniczną. Był to raczej motocykl zbudowany przez specjalistów od jednośladów, któremu dołożono nazwę mającą wywoływać skojarzenia z Countachem, egzotyką i światem bardzo drogich zabawek dla dorosłych. W praktyce brzmiało to więc bardziej jak eksperyment niż pełnoprawne wejście marki w nowy segment. Wiecie – coś na zasadzie firm motoryzacyjnych pchających się w elektryczne rowery od czasów pandemii.
Na papierze Design 90 mógł zainteresować, ale powalał ceną
Design 90 nie był pustą wydmuszką. Mówimy o maszynie z silnikiem o mocy około 130 KM, mokrej masie rzędu 180-181 kg i prędkości maksymalnej około 250 km/h. Jak na połowę lat 80. były to liczby więcej niż solidne. Do tego dochodziły aluminiowa rama, nadwozie z włókna szklanego, wyraźnie aerodynamiczna sylwetka i projekt, który nawet dziś wygląda jak motocykl narysowany przez człowieka patrzącego zbyt długo na klinowate supersamochody tamtej epoki. Właśnie dlatego Design 90 tak łatwo działa na wyobraźnię, bo z daleka wygląda jak pełnoprawny sportowy motocykl z alternatywnej historii motoryzacji, w której Lamborghini poszło ścieżką Ducati.

Czytaj też: Jeździsz samochodem i tracisz pieniądze, bo boisz się prawdy. Wysokie ceny paliwa to nie jedyny wróg
Lamborghini przyjmowało zamówienia na ten model po 13500 dolarów za sztukę, czyli po przeliczeniu około 48,5 tys. zł. Nie brzmi to wprawdzie dziś jak poziom abstrakcyjny, ale w połowie lat 80. była to kwota wręcz brutalna, bo odpowiadała ponad dwukrotności innych podobnych motocykli na rynku. Tutaj właśnie Lamborghini przestrzeliło, bo zebrało tylko około 50 zamówień, ale ich realizacja nie doszła do skutku, bo finalnie sam projekt zatrzymał się na zaledwie sześciu prototypach. Trudno się temu dziwić, bo rynek był wtedy coraz bardziej bezwzględny, a klienci oczekiwali albo bezkompromisowej techniki, albo mocnego uzasadnienia ceny. Design 90 miał styl, miał egzotyczne nazwisko i miał osiągi, ale nie miał wystarczająco przekonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś miałby kupić właśnie jego. Zresztą, na aukcji w 2018 roku nikt nie chciał kupić egzemplarza numer 2 (z 6) z przebiegiem 7200 km i jednym właścicielem od nowości.
Źródła: New Atlas, Road & Track, Handh.co

