Wszystko dlatego, że nie może być trudniej. Obydwie marki to klasyki szanowane przez każdego, kto chce swój nowoczesny look ozdobić w nieco asynchroniczny sposób. Podczas gdy design Casio i Timexa już z daleka obwieszcza jak daleko sięgają korzenie firmy, to wybór między nimi utrudnia historia ludzkości. Czy iść za cyfrowym postępem? A może jednak lepiej pozostać analogowym tradycjonalistą?
Casio i Timex to świetny wybór dla fanów retro, lecz który bardziej zasługuje na noszenie?
W 2026 roku nie brakuje nam propozycji retro. Co najważniejsze, te ponadczasowe projekty bronią się tak dobrze, że wyglądają stylowo zarówno w tańszych jak i droższych modelach. Dzięki temu możemy zaobserwować pewną wolność wyboru bez poświęcania fortuny pieniędzy.

Dwoma takimi przykładami z ostatniego czasu, są na pewno Casio A140WE oraz oferta o dużo bardziej rozbudowanej nazwie The END. x Timex 1981 Reissue Inspired. Pierwszy z nich szlifuje dobrze już znaną kopertę z analogowym wyświetlaczem, który jest niemniej legendarny jak zegarek sam w sobie (chociaż w mojej opinii trzeba przyznać mały minus za brak kalkulatora), zaś drugi to powrót do tradycji.
Czytaj też: Zegarek na nadgarstek, a kapsuła na półkę. Ten G-Shock to marzenie każdego fana sci-fi
Wszystko dlatego, że jak sama nazwa wskazuje, powrót Timexa do analogowej przeszłości odbył się przy pomocy swoistego wskrzeszenia sportowego hitu z 1981 roku. To ukłon w stronę stylu rodem kortów tenisowych, w którym lodowobłękitna tarcza ze wzorem planety w tle działa bezbłędnie jako wehikuł czasu. Idealnie dopasowując się do westchnień kolekcjonerów szukających retro klimatów.
Casio A140WE – ewolucja klasyka bez ostrych krawędzi
Casio nie trzeba nikomu przedstawiać, a już wybitnie nie tej kopertki. Firma udowadnia od lat, że niedrogi zegarek cyfrowy nie musi rozbijać banku, a tańszy model trącić tandetą, co ich nowa seria A140WE (z czerwca 2026 roku) tylko potwierdza. To wydatek rzędu 110 dolarów – lub 130, jeśli kogoś zkusi pozłacany wariant A140WEG-9A – co wciąż mieści się w granicach rozsądku, zmniejszając przy tym ilość plastikowych elementów.

W nowym wydaniu zachodzi jednak znacząca zmiana, kultowa, kanciasta koperta (39 x 36,8 mm) dostała trochę współczesnego szlifu, przez co doszło do stonowania jej ostrych krawędzi. Zaokrąglone kształty chromowanej obudowy sprawiają, że zegarek traci swój stricte użytkowy, kalkulatorowy charakter, a zaczyna po prostu świetnie wyglądać na nadgarstku – niezależnie od wybranej na wieczór lub do pracy, kreacji.
Do tego dochodzi tarcza. Pod cyfrowym wyświetlaczem LCD pojawiło się subtelne szlifowanie słoneczne (do wyboru w granacie, szarości lub jasnym złocie). Niby drobiazg, ale jak złapie światło, daje głębię, jakiej próżno szukać w podstawowych modelach (albo smartwatchach). Całość wieńczy stalowa bransoleta o pionowym, szczotkowanym wykończeniu.
W środku zaś klasyki: stoper, budzik, kalendarz i najważniejsze – podświetlany ekran. Wszystko działające na baterii dającej siedem lat spokoju.
The END. x Timex 1981 Reissue Inspired – wielki powrót do małych rozmiarów
Tak się prezentuje propozycja Casio. Co zaś z drugim modelem, który został wyceniony jednak trochę drożej, bowiem startuje od 199 dolarów. Timex we współpracy z kultowym butikiem odzieżowym END stworzył zegarek zbliżony estetycznie, lecz analogowy. Wybór stawiający go po przeciwnej stronie Casio, wręcz tak daleko, jak się tylko da.

W dzisiejszych czasach, trochę przy wsparciu smartwatchy, producenci się często decydują na większe rozmiary koperty. Przypadek Timexa, pokazuje jednak, że wcale nie jest to obowiązkowe, a co więcej, może się okazać, że mniejsza forma jest po prostu ciekawsza. Ten projekt oferuje stalową kopertę o standardzie zaledwie 35 milimetrów. Idealnie się wpisuje w wielki powrót do zgrabnych, tradycyjnych gabarytów. Na ręce prezentuje się niezwykle lekko, nie zawadza o mankiet i po prostu zapewnia komfort, o którym wielkie G-Shocki mogą tylko pomarzyć.
Wokół tarczy znajdziemy delikatnie ośmiokątną ramkę, która okala lodowobłękitną tarczę, która tak jak Casio, została potraktowana szlifem słonecznym. Przyglądając się mu z bliska, dostrzeżemy subtelny grawer z motywem globu, nakładane indeksy i klasyczne okienko datownika na godzinie trzeciej.

To prosty, nienarzucający się design, który idealnie oddaje minimalistyczny, elegancki klimat tenisowej garderoby. W środku pracuje niezawodny mechanizm kwarcowy, a całość doprawiono wodoodpornością na poziomie 50 metrów. Dzięki temu zegarek bez problemu zniesie rekreacyjny wypad na basen, dając mu pod tym względem zauważalną przewagę nad raczej odpornym tylko na zachlapania Casio.
Powrót do retro niesie ze sobą trudne wybory
Jak widać, obydwa zegarki mają swoje mocne i słabsze strony. Chociaż przyciągają tak samo retro wzornictwem, to po bliższym przyjrzeniu, widać jak bardzo się od siebie różnią. Z jednej strony to wciąż atmosfera lat 80. jednakże da się poczuć powiew zupełnie innego przeznaczenia. Gdy jednemu z nich towarzyszy świst rakietki i dźwięk odbijanej, zielonej piłki. Drugi łączy się ze stukotem klawiatury albo gwarem stylowej kawiarni.
Czytaj też: Seiko wraca do przeszłości. Zegarek astronautów Rotocall znów oczaruje
Niemniej, jedno jest pewne. Udowadniają, że przystępna cena nie musi się wiązać ze słabszym designem lub półśrodkami. Mineralne szkło oczywiście nie będzie tak wytrzymałe jak szafir, zaś stal wyraźniej ciąży na nadgarstku niż tytan, lecz to tylko detale, których gołym okiem nie widać, a i można też rzec, że trochę wymysł. Surowość podstawowych materiałów ma swój niewątpliwy urok.
Źródło: gizmochina, timex, casio

