Zasady potrafią być banalne, sterowanie często sprowadza się do jednego lub dwóch przycisków, a pojedyncze wyzwania kończą się, zanim zdążymy się nimi znudzić. Tylko nie dajcie się zwieść tej prostocie, bo Rhythm Paradise Groove potrafi też bardzo szybko i dość brutalnie udowodnić, że nasze poczucie rytmu wcale nie jest tak dobre, jak nam się wydawało. To dokładnie ten typ produkcji, którego nie da się pomylić z czymkolwiek innym — kolorowy, absurdalny i oparty na jednym prostym założeniu, które Nintendo potrafi zamienić w pełnoprawną, wciągającą zabawę.
Rhythm Paradise Groove jest banalnie proste. Przynajmniej przez pierwsze kilka minut
Zasada tutaj jest właściwie tylko jedna — słuchaj muzyki i wciskaj odpowiedni przycisk dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Tyle. Oczywiście bardzo szybko okazuje się, że pod tym „tyle” ukryto zaskakująco dużo pomysłów, bo raz trzeba złapać lecący przedmiot, chwilę później przeskakiwać przez przeszkody, wykonywać serię ruchów albo reagować na kompletnie niedorzeczne sytuacje zsynchronizowane z muzyką.
Najważniejsze jest jednak to, że kolejne minigry nie różnią się wyłącznie oprawą. Inne jest tempo, inaczej rozłożone są akcenty, zmienia się sposób komunikowania kolejnych akcji i to, na czym właściwie mamy skupić uwagę. Czasem kluczowa jest szybka reakcja, innym razem trzeba zapamiętać sekwencję albo powstrzymać się od naciśnięcia przycisku dokładnie wtedy, kiedy instynkt (zwany czasem ZEROWYM WYCZUCIEM RYTMU) podpowiada coś zupełnie przeciwnego.




Pierwsze próby zazwyczaj są bardzo niewinne. Gra pokazuje prostą zasadę, ćwiczymy ją kilka razy i zaczynamy się zastanawiać, gdzie właściwie znajduje się wyzwanie — chociaż ja sam miałem problemy już na pierwszym etapie. Potem zmienia się tempo, pojawia się pauza, dochodzi nowy dźwięk albo znany wcześniej sygnał zaczyna wymagać zupełnie innej reakcji. I cały misternie budowany obraz własnego poczucia rytmu potrafi rozsypać się w kilka sekund.
To właśnie podoba mi się tutaj najbardziej. Rhythm Paradise Groove nie potrzebuje skomplikowanego sterowania, żeby być trudne, bo nie testuje liczby kombinacji, które jesteśmy w stanie zapamiętać, tylko poczucie czasu, koncentrację i zdolność złapania konkretnego groove’u. Czasami byłem przekonany, że wykonałem sekwencję niemal idealnie, żeby chwilę później dostać bardzo konkretne potwierdzenie, że jednak wcale tak nie było. Ale nie był to pierwszy raz, kiedy się sobą rozczarowałem.
Czytaj też: Recenzja Star Fox. Wielki powrót lisa Nintendo… z déjà vu w tle
Trochę jak Patapon. Nie mechanicznie, ale emocjonalnie
Właśnie podczas takich powtórek Rhythm Paradise Groove niespodziewanie przypomniało mi o Pataponach z PSP. Nie dlatego, że to podobne gry, bo nie są. Patapon łączył rytm z dowodzeniem małą armią i miał zupełnie inną strukturę rozgrywki, ale chodzi mi raczej o bardzo konkretne uczucie, które pamiętam z grania na najlepszej przenośnej konsoli Sony.
Prosty rytm zaczyna funkcjonować gdzieś z tyłu głowy i po kilku próbach przestajemy właściwie myśleć o wciskaniu przycisków. Najpierw analizujemy sekwencję, później próbujemy ją zapamiętać, następnie popełniamy jakiś głupi błąd, a po kolejnej próbie wszystko zaczyna działać niemal automatycznie. Ręka porusza się razem z muzyką, a coś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się kompletnie nienaturalne, nagle wykonujemy bez większego zastanowienia.


W Rhythm Paradise Groove pojawia się dokładnie ten sam rodzaj satysfakcji. To jeden z tych przypadków, kiedy prostota nie ogranicza gry, tylko działa na jej korzyść. Nie ma tutaj dziesięciu systemów progresji, rozbudowanych drzewek umiejętności ani ekwipunku wymagającego oglądania poradników. Jest rytm, pomysł, przycisk i okazuje się, że naprawdę niewiele więcej potrzeba.
Czytaj też: Recenzja Yoshi and the Mysterious Book. Gra tak słodka, że prawie wszystko jej wybaczyłem
Oprawa Rhythm Paradise Groove jest absolutnie fantastyczna
Rhythm Paradise Groove jest cudownie kolorowe, absurdalne i kompletnie nieprzewidywalne, a kolejne minigry wyglądają jak krótkie animowane skecze stworzone przez kogoś, komu dano pełną swobodę i poproszono tylko, żeby wszystko zgadzało się z rytmem. Postacie bywają dziwaczne, animacje celowo przesadzone, sytuacje kompletnie pozbawione sensu, a projekt graficzny potrafi zmieniać się właściwie z minigry na minigrę. Dzięki temu zamiast jednej wielkiej stylistycznej wizytówki dostajemy dziesiątki małych pomysłów, z których wiele spokojnie mogłoby funkcjonować jako osobny animowany gag. Cały czas chce się więc sprawdzić, co twórcy wymyślą za chwilę.
Ogromną częścią tej zabawy jest oczywiście muzyka. Ścieżka dźwiękowa nie pełni tutaj roli zwykłego tła, tylko jest właściwie najważniejszą częścią całego interfejsu. W wielu grach rytmicznych obserwujemy ekran i reagujemy na symbole lecące w naszym kierunku, natomiast tutaj znacznie częściej trzeba naprawdę słuchać. Animacja może pomagać, ale potrafi też skutecznie odciągnąć uwagę od tego, co powinno interesować nas najbardziej, czyli od rytmu.


I właśnie ta zależność między dźwiękiem a obrazem jest jedną z najmocniejszych stron Groove. Wszystko jest podporządkowane temu, żebyśmy po kilku sekundach wiedzieli, jaki rodzaj zabawy proponuje dana minigra, a potem dali się złapać w jej tempo. Czasem wychodzi to niemal odruchowo, a czasem gra specjalnie nas myli, co tylko zwiększa satysfakcję z perfekcyjnie wykonanej sekwencji.
Mnóstwo minigier i sporo powodów, żeby wracać
Rhythm Paradise Groove nie jest grą stworzoną po to, żeby przez następne trzy miesiące codziennie farmić XP. I bardzo dobrze, bo jej największą siłą jest koncentracja na krótkich, konkretnych wyzwaniach. Można odpalić ją na chwilę, zaliczyć kilka kolejnych prób i odłożyć konsolę, ale równie łatwo wpaść w pułapkę „jeszcze tylko jednego” poziomu i ocknąć się znacznie później. Sama liczba minigier robi wrażenie, ale ważniejsze jest to, że twórcy bardzo rzadko pozwalają sobie na dłuższy przestój. Co chwilę zmienia się pomysł, rytm, styl wizualny albo sposób reakcji na muzykę. Gra dzięki temu właściwie nie ma czasu zrobić się nudna, bo zanim zdążymy przyzwyczaić się do jednego schematu, pojawia się kolejny.

Do tego dochodzą dodatkowe tryby i zabawa wieloosobowa, które sprawiają, że Groove nie kończy się na jednorazowym przejściu zestawu minigier. Nie wszystkie dodatki są równie istotne i nadal uważam, że największą gwiazdą pozostaje podstawowa zabawa, ale dobrze, że twórcy znaleźli kilka sposobów na rozszerzenie bardzo prostego rdzenia bez niepotrzebnego komplikowania całości. Najlepsze jest jednak to, że ta gra nie wymaga od nas długiego rozbiegu. Nie trzeba przypominać sobie sterowania, przeglądać ekwipunku ani wracać do historii sprzed kilku godzin. Włączamy konsolę i po kilkudziesięciu sekundach znowu próbujemy złapać rytm. Świetna sprawa na szybką sesję relaksu przy konsoli.
Czytaj też: Recenzja Pokémon Pokopia. Definicja chillery i utopii
Nintendo Switch 2 niczego tu nie musi udowadniać
Rhythm Paradise Groove jest przy okazji ciekawym przypadkiem gry, która pojawiła się już w czasach Nintendo Switch 2, ale formalnie pozostaje produkcją przygotowaną dla pierwszego Switcha. I kompletnie mi to nie przeszkadza, bo tutaj nie chodzi o tekstury, ray tracing, realistyczne oświetlenie czy ogromne odległości rysowania.
Grafika ma być czytelna, animacje muszą idealnie współpracować z dźwiękiem, a reakcja na wciskane przyciski powinna być możliwie przewidywalna. W grze rytmicznej liczy się przede wszystkim timing, więc techniczne fajerwerki byłyby tutaj zwyczajnie zbędne. Rhythm Paradise Groove wygląda dokładnie tak, jak powinno, i wykorzystuje swoją prostą stylistykę znacznie lepiej niż niejedna dużo bardziej zaawansowana technicznie produkcja.


Sam charakter gry bardzo dobrze pasuje też do grania przenośnego. Krótkie wyzwania, natychmiastowe restarty i brak konieczności poświęcania pół godziny na przypomnienie sobie, co właściwie robiliśmy ostatnim razem, powodują, że można wrócić do niej praktycznie w dowolnym momencie. Switch i Switch 2 są dla takiej formuły naturalnym środowiskiem.
Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem
Rhythm Paradise Groove przypomina, dlaczego Nintendo nadal potrafi być dziwne i fantastyczne jednocześnie
Rhythm Paradise Groove nie próbuje udawać większej gry, niż jest w rzeczywistości. Nie chce być system sellerem Switcha 2, gigantyczną przygodą na sto godzin ani kolejną produkcją, w której lista rzeczy do zrobienia jest dłuższa niż sama fabuła. I właśnie dlatego działa tak dobrze. To fantastycznie zaprojektowana kolekcja pomysłów opartych na jednej banalnie prostej zasadzie. Jest śmieszna, śliczna, bardzo muzyczna i znacznie trudniejsza, niż sugeruje okładka. I co najważniejsze, ma osobowość.
Najbardziej podoba mi się jednak to, że twórcy doskonale wiedzą, kiedy przestać komplikować zabawę. Każda minigra ma jeden konkretny pomysł i zazwyczaj kończy się dokładnie wtedy, kiedy powinna. Dzięki temu nawet jeśli któreś wyzwanie nie trafi w nasze gusta, za chwilę czeka już coś zupełnie innego.

Patapony na PSP nauczyły mnie lata temu, że kilka prostych uderzeń potrafi przykleić człowieka do konsoli na bardzo długo. Rhythm Paradise Groove wywołało we mnie podobne uczucie. Jeszcze jedna próba, jeszcze jedno podejście i tym razem na pewno będzie idealnie. A jeśli nie, to przecież można spróbować jeszcze raz.

