To dynamiczny tenisowy arcade przygotowany z myślą o Nintendo Switch 2, z meczami dla maksymalnie czterech graczy, lokalnym GameShare, rozgrywką online, a także zestawem obejmujących kilka trybów (co w przypadku tenisowej arcaed’ówki wcale nie jest takie oczywiste) — Adventure, Tournament, Trial Towers i Swing Mode. Najmocniej wybrzmiewa jednak nowy system Fever Shots i specjalnych rakiet, bo to właśnie on odróżnia tę odsłonę od wcześniejszych części serii.
Rdzeń rozgrywki Mario Tennis Fever wygląda bardzo zdrowo!
Największa zaleta Mario Tennis Fever wydaje się dość oczywista, ale wcale nie banalna — mianowicie, sam tenis po prostu działa! Nintendo nie próbuje komplikować podstaw ani udawać, że tworzy sportową grę dla fanów skomplikowanych systemów i realistycznego odwzorowania meczu. Fundamentem pozostają tu czytelne zasady, szybka reakcja na to, co dzieje się na korcie, i natychmiastowe poczucie, że już po kilku minutach wiemy, co robimy. To niezwykle ważne, bo właśnie od tego zależy, czy taka produkcja ma szansę zadziałać zarówno podczas krótkiej sesji ze znajomymi, jak i w bardziej regularnym graniu i trybie fabularnym.

Topspiny, slice’y, loby i inne podstawowe zagrania są łatwe do zrozumienia, ale nie sprawiają przy tym wrażenia całkowicie pustych. W tej lekkości sterowania wciąż jest miejsce na timing, ustawienie się, wyczucie rytmu wymiany i reagowanie na ruch przeciwnika. Mario Tennis Fever nie zamienia tenisa w chaotyczne wciskanie przycisków bez ładu i składu. Wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że baza jest klarowna, późniejsze udziwnienia i specjalne mechaniki mają na czym pracować.
To ważne, bo bez tego cała reszta rozsypałaby się bardzo szybko. Nintendo dobrze rozumie, że gra sportowa tego typu musi najpierw działać na poziomie podstawowego kontaktu z piłką, a dopiero potem można dokładać kolejne warstwy atrakcji. Mario Tennis Fever daje więc poczucie, że pod imprezowym kostiumem kryje się naprawdę zdrowy, dobrze zaprojektowany rdzeń, który pozwala czerpać przyjemność z samego odbijania piłki, również w single playerze, a nie tylko z patrzenia na kolorowe efekty na ekranie.
Fever Shots i specjalne rakiety robią z tego coś więcej niż kolejne Mario Tennis
Największą nowością są Fever Shots oraz Fever Rackets. W trakcie wymian ładujemy wskaźnik Fever, a potem odpalamy specjalne zagrania, które mogą zyskiwać dodatkowe efekty dzięki dobranej rakiecie. I nie są to dodatki czysto kosmetyczne. Nintendo przygotowało 30 różnych rakiet oraz 38 grywalnych postaci, a sama idea tych przedmiotów polega na tym, że kort przestaje być neutralnym polem gry i tak naprawdę zaczyna żyć własnym życiem. To już nie tylko pojedynek oparty na ustawieniu i tempie, ale też starcie z dodatkowymi efektami, które potrafią całkowicie zmienić przebieg wymiany — podobnie jak Mario Kart, który nie jest zwykłym wyścigiem, tylko zdecydowanie bardziej rozbudowaną i arcade’ową wersją „oklepanej” idei wyprzedzających się samochodów.

W praktyce to właśnie tutaj leży najbardziej imprezowy charakter gry. Mario Tennis Fever wyraźnie mocniej niż część poprzedników skręca w stronę kontrolowanego chaosu — mecz ma zaskakiwać, ma wywoływać natychmiastowe emocje i ma generować sytuacje, które będą równie zabawne, co czasem odrobinę frustrujące. Jedna chwila przewagi może zniknąć błyskawicznie, bo specjalne efekty rakiety albo dobrze wyczuty moment odpalenia Fever Shot potrafią nagle odwrócić układ sił.
Czytaj też: Recenzja Metroid Prime 4: Beyond. Arcydzieło Nintendo, które wynagradza długie oczekiwanie?
I właśnie dlatego ten system można uznać jednocześnie za największy atut i za punkt, który może dzielić odbiorców. Z jednej strony gra zyskuje dzięki niemu własny charakter; naprawdę trudno pomylić Mario Tennis Fever z bardziej zachowawczą odsłoną serii, bo tutaj niemal wszystko jest podporządkowane widowisku, nieprzewidywalności i szybkiemu budowaniu emocji. Z drugiej strony nie każdy będzie zachwycony faktem, że sportowy rytm meczu bywa przerywany przez kolejne efekty specjalne — ale jeśli chcemy realistycznego symulatora tenisa, to raczej nie sięgamy po grę z wąsatym hydraulikiem w roli głównej. Mimo wszystko — dla jednych to paliwo napędzające całą zabawę, a dla innych sygnał, że tenis zaczyna przegrywać z festiwalem atrakcji. Mi zdecydowanie bliżej jednak do tej pierwszej grupy i uważam, że ten chaos tworzy niepowtarzalny klimat i sprawia, że w Mario Tennis Fever po prostu chce się grać!

Zawartości w Mario Tennis Fever jest zaskakująco dużo!
Nintendo przygotowało kilka filarów zabawy. Obok zwykłych meczów dostajemy Adventure, Tournament, Trial Towers, Swing Mode oraz tryby online, w tym mecze rankingowe i pokoje z własnymi zasadami. Już sama rozpiska wygląda obiecująco, bo sugeruje, że Mario Tennis Fever chce być czymś więcej niż tylko prostą grą odpalaną od czasu do czasu na kanapie. I do pewnego stopnia rzeczywiście tak jest, bo pakiet trybów daje poczucie pewnej różnorodności, a gra nie sprawia wrażenia ubogiej czy pospiesznie sklejonej… co czasem u Nintendo da się wyczuć.
Czytaj też: Recenzja Kirby Air Riders. Różowa kulka za kierownicą!
Najbardziej charakterystycznie wypada Adventure. To tryb z najbardziej fabularnym punktem wyjścia — Mario i spółka trafiają na odległą wyspę, spotykają potwory i zostają przemienieni w dzieci, po czym muszą odzyskać dawną formę i wrócić do normalności. Jest w tym odpowiednia dawka absurdalnego uroku, która dobrze pasuje do świata Mario. Taki pomysł ma w sobie coś wystarczająco dziwnego, żeby od razu budować własny klimat i odróżniać ten tryb od suchego ciągu meczów i samych tabel turniejowych.

Problem polega na tym, że sam punkt wyjścia brzmi ciekawiej niż to, co później z niego wynika. Adventure wygląda raczej jak rozbudowany dodatek do reszty gry niż jak pełnoprawny filar całego pakietu. Nie ma tu poczucia dużej, mięsistej kampanii dla jednego gracza, która sama z siebie uzasadniałaby zakup. To bardziej tryb, który porządkuje część mechanik, prowadzi przez kolejne aktywności i daje solo graczowi jakiś punkt zaczepienia, ale nie staje się sercem całej produkcji. Pomysł jest niezły, ale miałem nieco wrażenie, że jest to zbędnie wydłużony samouczek, zamiast zgrabnie poprowadzonej historii, która w odpowiednim tempie daje nam się wyszaleć na korcie.
Czytaj też: Recenzja Hyrule Warriors: Age of Imprisonment. Wojna, którą do tej pory tylko oglądaliśmy na muralach
To zresztą dobrze pokazuje ogólną specyfikę Mario Tennis Fever. Zawartości jest obiektywnie dużo, ale nie każda jej część zostawia równie mocne wrażenie. Widać, że gra ma wiele opcji i kilka dróg wejścia w zabawę, ale jednocześnie dość szybko czuć, które elementy są tu najważniejsze, a które pełnią funkcję uzupełnienia. Jeśli ktoś szuka przede wszystkim rozbudowanego doświadczenia solo, może poczuć pewien niedosyt. Jeśli jednak traktujemy te tryby jako zaplecze dla głównej atrakcji i sposób na rozruch oraz zapoznanie się ze światem i mechanikami, trudno mówić o rozczarowaniu.
Multiplayer to danie główne w nowym Mario Tennis
Najmocniejszy argument za Mario Tennis Fever jest prosty — to gra, która najlepiej działa w towarzystwie. To właśnie wtedy wszystkie jej decyzje projektowe zaczynają mieć najwięcej sensu. Szybkie tempo meczu, widowiskowe specjalne zagrania, nagłe zwroty akcji i przystępne sterowanie tworzą mieszankę idealną do wspólnego grania. To jedna z tych produkcji, które nie potrzebują długiego tłumaczenia zasad, żeby wywołać emocje. Wystarczy zaledwie kilka minut i każdy zaczyna rozumieć, o co chodzi, a potem pozostaje już tylko śmiech, rywalizacja i natychmiastowa chęć rewanżu. Co za tym idzie, nowa gra z bogatego uniwersum Mario ma potencjał na doprowadzenie do konfliktów rodzinnych czy nawet separacji, ale raczej jest to ryzyko, które warto podjąć.

Nintendo wspiera zabawę lokalną i online dla maksymalnie czterech osób, a do tego dorzuca GameShare, dzięki czemu jedna osoba posiadająca grę na Switchu 2 może hostować sesję dla innych graczy. Ponadto do sesji mogą dołączać odbiorcy korzystający z Nintendo Switch 2 albo pierwszego Nintendo Switch, co bardzo dobrze wpisuje się w kanapowy, otwarty charakter tej produkcji. To rozwiązanie nie jest tu drobnym dodatkiem, tylko ważnym elementem całej filozofii gry; bo Mario Tennis Fever ma być tytułem łatwym do wyciągnięcia w grupie i szybkim do uruchomienia bez zbędnych barier.
Czytaj też: Recenzja Pokémon Legends: Z-A. Odważnie znaczy dobrze?
Dobrze wypada też samo założenie trybów sieciowych. Mecze rankingowe i pokoje z własnymi zasadami sugerują, że Nintendo nie ogranicza się wyłącznie do imprezowego chaosu dla znajomych siedzących obok siebie. Jest tu również przestrzeń dla tych, którzy chcą wracać do gry częściej, sprawdzać się w bardziej uporządkowanych warunkach i szukać rywalizacji wykraczającej poza jednorazowe spotkanie na kanapie. To nie zmienia faktu, że sercem gry pozostaje wspólne granie, ale dobrze, że Nintendo pamięta też o odbiorcy, który będzie chciał wycisnąć z tego systemu coś więcej.
Mario Tennis Fever nie jest rewolucją, ale bardzo mocnym spin-offem
Finalnie zatem wyłania nam się obraz gry, która nie przepisuje zasad serii, tylko rozwija jej najbardziej nośną stronę. Mario Tennis Fever to tytuł szybki, czytelny i skrojony pod wspólną zabawę. Ma mocny pomysł na wyróżnik w postaci systemu Fever i specjalnych rakiet, ma solidny rdzeń rozgrywki i dobrze rozumie, w jakich sytuacjach będzie błyszczeć najmocniej. Nie próbuje być wszystkim naraz i pod tym względem jest zaskakująco uczciwy.
Czytaj też: Recenzja Super Mario Party Jamboree + Jamboree TV. To wciąż najlepsza możliwa impreza!
Jednocześnie trudno nie zauważyć swego rodzaju sygnałów ostrzegawczych. Tryb przygodowy mógłby być bardziej rozbudowany, by samodzielnie móc nieść całość. Część zawartości wygląda jak dodatek do fundamentu, a nie jak równorzędny filar całego pakietu; to co prawda nie są wady przekreślające grę, ale też nie takie, które warto zamiatać pod dywan.

I chyba właśnie tak najlepiej o niej myśleć. Nie jako o wielkiej sportowej produkcji dla jednego gracza, tylko jako o dopracowanej, kolorowej grze Nintendo, która ma rozkręcać wieczory ze znajomymi i dostarczać szybkiej frajdy bez wysokiego progu wejścia. Jeżeli taki był cel, to Mario Tennis Fever wydaje się bardzo blisko jego realizacji. Jeżeli jednak ktoś liczy na ambitniejszą kampanię albo bardziej klasycznego tenisowego następcę, może odbić się od tej konwencji — chociaż ja dalej głęboko wierzę w to, że nikt o takich oczekiwaniach, nie zdecyduje się sięgnąć po grę z Mario w tytule.
Mario Tennis Fever nie rozczarowuje. Hydraulik na korcie zapewnia sporo frajdy
Mario Tennis Fever to bardzo solidna gra imprezowo-sportowa i kolejny przykład tego, że Nintendo świetnie rozumie, jak projektować multiplayer, który jest jednocześnie prosty, czytelny i nośny. Największą siłą tej produkcji jest to, że nawet pod warstwą efektów specjalnych i całego kontrolowanego chaosu wciąż czuć dobrze działający tenis. To właśnie on sprawia, że całość nie zamienia się w przypadkową kolekcję atrakcji, tylko w grę, do której naprawdę chce się wracać.
Czytaj też: Recenzja Super Mario Galaxy 1 + 2. Kosmiczne szaleństwo doleciało na Switcha
To jednak przede wszystkim tytuł do grania z kimś, a niekoniecznie dla kogoś, kto oczekuje mocnej zawartości solo. Jeśli zaakceptujemy ten punkt wyjścia, na korcie będzie naprawdę gorąco — bo w innym wypadku faktycznie może się okazać, że za całą widowiskowością nie stoi aż tak dużo treści, jak początkowo mogłoby się wydawać. Mario Tennis Fever to nie jest rewolucja, ale nikt tego raczej nie oczekiwał — to jednak przede wszystkim bardzo mocny spin-off. Tego można było oczekiwać i trudno się tu rozczarować.

