Recenzja Yoshi and the Mysterious Book. Gra tak słodka, że prawie wszystko jej wybaczyłem 

Yoshi zawsze był trochę osobnym przypadkiem w rodzinie Nintendo. Mario ratuje królestwa i gania za księżniczką Peach, Link dźwiga na plecach los całych światów i wyciąga Zeldę z opresji, Samus samotnie przedziera się przez obce planety, Luigi goni duchy… a Yoshi? Yoshi po prostu jest bohaterem, który powoduje uśmiech na naszych twarzach. To seria zbudowana na miękkości, kolorze, niewinności i przyjemnym platformowym gameplayu, który rzadko próbuje udowadniać, że jest czymś więcej, niż faktycznie jest. I właśnie dlatego Yoshi and the Mysterious Book na Nintendo Switch 2 jest tak ciekawym przypadkiem.
Recenzja Yoshi and the Mysterious Book. Gra tak słodka, że prawie wszystko jej wybaczyłem 

Bo z jednej strony to dokładnie ta gra, jakiej można było się spodziewać. Jest ślicznie, spokojnie, kolorowo i bardzo bezpiecznie. Yoshi podskakuje, połyka przeciwników, rzuca jajkami i z dziecięcą pogodą ducha przemierza kolejne plansze. Z drugiej strony Nintendo i Good-Feel postanowiły tu trochę przesunąć akcenty; bo to nie jest zwykła platformówka o biegnięciu do końca poziomu. To raczej gra o zaglądaniu pod każdy kamień, sprawdzaniu każdego stworzenia i odkrywaniu, jak działa świat zamknięty między stronami tajemniczej księgi.

Po zabawie z Bowserem Jr., na wyspę Yoshich trafia bowiem Mr. E — gadająca księga, która straciła pamięć o tym, co znajduje się na jej własnych stronach. Brzmi jak punkt wyjścia do klasycznie lekkiej, nintendowej przygody… i dokładnie tym jest. Yoshi wchodzi więc do środka, odwiedza kolejne środowiska i pomaga uzupełniać wiedzę o zamieszkujących je stworzeniach. Nie ma tu wielkiej dramaturgii, zaskakującej fabuły czy ambicji, żeby nagle zrobić z Yoshiego bohatera bardziej skomplikowanej opowieści. I to w żadnym wypadku nie jest zarzut — wręcz przeciwnie, to świetne informacje!

Czytaj też: Recenzja Tomodachi Life: Living the Dream. Zamknąłem znajomych na wyspie i patrzyłem, jak Nintendo robi z ich życia absurd

Yoshi and the Mysterious Book nie goni za tempem. I to jego największa siła

Największa różnica względem wielu klasycznych platformówek polega na tym, że tutaj nie czułem presji, żeby po prostu przejść planszę. Oczywiście nadal mamy poziomy, przeszkody, sekrety i znajdźki, ale centrum zabawy leży kompletnie w innym miejscu — Yoshi and the Mysterious Book zachęca przede wszystkim do obserwowania świata. Kolejne plansze są małymi, kolorowymi habitatami, w których żyją dziwne stworzenia. I każde z nich można potraktować jak małą zagadkę.

Czasami wystarczy wskoczyć przeciwnikowi na głowę. Czasami trzeba go połknąć, przerobić na jajko i użyć w innym miejscu. Innym razem stworzenie może wejść Yoshimu na plecy albo zareagować dopiero wtedy, gdy podejdziemy do niego z konkretnej strony. Mechanicznie nie są to rzeczy szczególnie skomplikowane, ale bardzo dobrze pasują do tempa i stylu gry. To nie jest tytuł, który opiera się na napięciu, refleksie i trudnych sekwencjach — Yoshi nie udaje Cupheada. To gra o małych reakcjach i drobnych odkryciach.

Najlepsze momenty z grą zaczynają się od prostych pytań. Co stanie się po trafieniu jajkiem w dziwną roślinę? Czy to jest tylko przeszkoda, czy może otwiera przejście? Czy jeśli wrócę kilka kroków, zobaczę coś, czego wcześniej nie zauważyłem? Yoshi and the Mysterious Book ma w sobie coś z dziecięcego atlasu przyrody — tylko takiego, w którym każdy obrazek można szturchnąć, połknąć albo rzucić w niego jajkiem. Dzięki temu poziomy przestają być trasami do przebiegnięcia, a zaczynają przypominać ilustracje pełne drobnych ruchów, zależności i sekretów.

Czytaj też: Recenzja Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park. Znowu przesadziłem z grzybami i niczego nie żałuję

To platformówka do odkrywania, nie do zaliczania

Nie da się jednak ukryć, że taka konstrukcja produkcji będzie działała tylko na określony typ gracza. Jeśli ktoś oczekuje po Yoshim klasycznego, zwartego platformera z rosnącym poziomem trudności, może się rozczarować. Ta gra bardzo rzadko realnie przyciska. I nie chodzi o to, że jest źle zaprojektowana — po prostu jej priorytety są inne. Yoshi and the Mysterious Book nie chce nas zatrzymywać na trudnym skoku przez pół godziny. Woli, żebyśmy bez większego stresu szli dalej i dopisywali kolejne obserwacje do księgi.

Dla mnie to działało, ale nie przez cały czas równie mocno. W pierwszych godzinach odkrywanie zachowań stworzeń ma sporo uroku. Gra potrafi zaskoczyć prostym pomysłem i wywołać uśmiech czymś, co w bardziej wymagającej produkcji pewnie przeszłoby bez większego echa. Problem w tym, że struktura po pewnym czasie staje się dość przewidywalna. Wchodzimy do nowego środowiska, poznajemy kolejne stworzenia, sprawdzamy ich zachowania, zbieramy sekrety i idziemy dalej. Pomysł jest dobry, ale nie zawsze rozwija się z taką odwagą, jakiej oczekiwałbym po jednej z pierwszych dużych, ekskluzywnych gier Nintendo na Switcha 2.

Nie chodzi nawet o to, że Yoshi and the Mysterious Book jest za łatwe. Gry łatwe też mogą być znakomite, jeśli mają tempo, rytm i wystarczająco dużo świeżych sytuacji — a Nintendo też zdążyło nas już przyzwyczaić do tego, że nie jest to poziom trudności rodem z gier FromSoftware. Tutaj czasami jednak brakowało mi mocniejszego podkręcenia własnych zasad. Skoro cała gra opiera się na interakcjach ze stworzeniami, chciałoby się, żeby z czasem te interakcje robiły się bardziej złożone, zaskakujące i odważniej ze sobą łączone. Tymczasem nowy Yoshi zbyt często wybiera komfortową ścieżkę. Jest miło, jest uroczo, jest poprawnie — tylko czasami aż prosi się, żeby Nintendo mocniej zaufało swojemu pomysłowi.

Czytaj też: Recenzja Pokémon Pokopia. Definicja chillery i utopii

Yoshi jest tu idealnym bohaterem. I trochę więźniem własnej serii

Największym atutem gry pozostaje sam Yoshi. To bohater, który świetnie pasuje do spokojniejszej, bardziej obserwacyjnej struktury. Jego zestaw ruchów jest prosty, ale wystarczająco elastyczny, by platformowanie było przyjemne. Trzepotanie w powietrzu nadal bawi i daje poczucie kontroli, rzucanie jajkami wciąż sprawdza się jako lekko zręcznościowy element, a połykanie przeciwników jest tak naturalną częścią tej serii, że nie trzeba tu niczego tłumaczyć.

Jednocześnie Yoshi and the Mysterious Book pokazuje pewne ograniczenie tej marki. Nintendo najwyraźniej bardzo nie chce zaburzyć jej łagodnego charakteru. To zrozumiałe, bo Yoshi ma być przystępny, rodzinny i przyjazny. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ostrożność hamuje projekt. W kilku miejscach miałem poczucie, że gra mogłaby pójść krok dalej — trudniejszą zagadką, bardziej wymagającym sekretem, dłuższą sekwencją, która naprawdę sprawdza zrozumienie mechanik. Zamiast tego często dostajemy rozwiązania sympatyczne, ale dość krótkie i zachowawcze.

Nie jest to błąd, który psuje całą przygodę — raczej element, przez który Yoshi and the Mysterious Book zostaje bardzo dobrą grą dla konkretnego odbiorcy, zamiast stać się czymś więcej. Dzieci i mniej doświadczeni gracze będą zachwyceni. Osoby szukające spokojnej, pogodnej odskoczni również powinny wyjść zadowolone. Bardziej wymagający fani platformówek mogą jednak odłożyć konsolę z myślą, że było miło, ale Nintendo mogło pozwolić sobie na więcej. Kiedy jednak ci z ostatniej grupy oddadzą Joy-Cony swojemu dziecku, zobaczą, o co w tej grze tak naprawdę chodzi.

Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem

Fabuła jest pretekstem, ale akurat tutaj to wystarcza

Historia w Yoshi and the Mysterious Book nie próbuje wychodzić na pierwszy plan. Mr. E traci pamięć o zawartości swoich stron, Yoshi rusza mu z pomocą, a w tle pojawiają się znane twarze ze świata Mario. Tyle właściwie wystarczy. Nie oczekiwałem po tej grze rozbudowanej narracji i jej również nie dostałem. Dostałem za to prosty, sympatyczny pretekst do odwiedzania kolejnych środowisk, poznawania stworzeń i uzupełniania tajemniczej księgi.

Najmniej przekonująco wypada tu klasyczny konflikt z Bowserem Jr. i Kamekiem. Nie dlatego, że psuje grę albo nagle zmienia jej ton, ale dlatego, że najciekawsze rzeczy dzieją się zupełnie gdzie indziej. Yoshi and the Mysterious Book najlepiej działa wtedy, gdy pozwala nam spokojnie odkrywać kolejne strony księgi, poznawać ich mieszkańców i sprawdzać, jak ten świat reaguje na nasze działania. Bowser Jr. i Kamek są więc bardziej znajomym dodatkiem niż elementem, bez którego ta przygoda by się rozsypała.

Czytaj też: Recenzja Animal Crossing: New Horizons – Nintendo Switch 2 Edition. Najlepszy pretekst, żeby znów przepaść na wyspie

Nintendo Switch 2? Momentami chciałoby się zobaczyć więcej

Yoshi and the Mysterious Book wygląda bardzo ładnie, ale nie zawsze wygląda jak gra, która musiała powstać wyłącznie z myślą o Nintendo Switch 2. To chyba mój największy wizualny zarzut. Książkowa estetyka ma sporo uroku i trochę przywołuje na myśl Paper Mario. Kolorowe strony, miękkie tła, sympatyczne projekty stworzeń i ogólna atmosfera interaktywnej, dziecięcej encyklopedii natury pasują do Yoshiego bardzo dobrze. Tyle że ta seria już wcześniej potrafiła zachwycać stylem. Yoshi’s Woolly World miał genialną włóczkową tożsamość, Yoshi’s Crafted World świetnie bawił się rękodzielniczą scenografią, a tutaj przez długi czas miałem wrażenie, że oglądam bardzo ładną, ale też dość bezpieczną interpretację kolejnego uroczego świata z Yoshim w roli głównej.

Nie oznacza to, że oprawa rozczarowuje. W ruchu gra ma mnóstwo wdzięku. Animacje Yoshiego są miękkie i pełne charakteru, stworzenia mają zabawne zachowania, a kolejne strony księgi potrafią wyglądać naprawdę przyjemnie. Brakuje jednak jakiegokolwiek mocniejszego zachwytu, który potwierdzałby, że mówimy o nowej generacji konsoli Nintendo. Switch 2 daje tu płynność i czystość obrazu, ale sama skala oprawy nie zawsze robi z tego mocny argument za nowym sprzętem.

Za to artystycznie gra trzyma się konsekwentnej wizji. Nie wszystko zachwyca, ale wszystko do siebie pasuje. To świat zaprojektowany tak, żeby był ciepły, czytelny i przyjazny. Nawet gdy trafiają się mniej efektowne fragmenty, trudno odmówić nowemu Yoshiemu charakteru. Jest w niej coś bardzo nintendowego — a dokładnie umiejętność sprawienia, że zwykłe skakanie po kolorowej planszy nadal ma w sobie lekkość, której wielu twórcom zwyczajnie brakuje.

Czytaj też: Recenzja Metroid Prime 4: Beyond. Arcydzieło Nintendo, które wynagradza długie oczekiwanie?

To idealna gra na spokojne wieczory, ale nie nowy wzorzec platformówki

Najuczciwiej będzie podsumować to tak, że Yoshi and the Mysterious Book to gra bardzo dobra w tym, czym chce być, ale niezbyt odważna w tym, czym mogłaby się stać. Jako spokojna, rodzinna platformówka działa świetnie. Ma mnóstwo uroku, jest przyjemna i prosta w sterowaniu, nagradza ciekawość i potrafi wywołać szczery uśmiech. Nie męczy, nie frustruje, nie próbuje sztucznie podbijać stawki. To jedna z tych produkcji, do których można wrócić po ciężkim dniu i po prostu wejść w kolorowy świat, w którym wszystko jest kojące i przyjemne.

Tyle że Nintendo samo nauczyło nas oczekiwać więcej. Kiedy firma bierze znaną markę i przenosi ją na nowy sprzęt, naturalnie czeka się na coś, co mocniej zaznaczy swoją obecność. Yoshi and the Mysterious Book nie jest takim tytułem. To nie będzie gra, o której za kilka lat będziemy mówić jako o jednym z najważniejszych punktów biblioteki Switcha 2. Będzie raczej wspominana jako bardzo sympatyczna, ciepła i udana przygoda, która miała świetny pomysł, ale nie zawsze potrafiła go rozwinąć do końca.

I wiecie co? W przypadku Yoshiego to nadal wystarcza, żeby dobrze się bawić. Po prostu nie wystarcza, żeby mówić o czymś wybitnym.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.