Nintendo od lat ma niezwykłą umiejętność robienia produkcji, które pozornie wyglądają jak dziwne ciekawostki, ale po kilku godzinach okazują się zaskakująco skutecznymi maszynkami do anegdot i radości. Tomodachi Life: Living the Dream powtarza ten schemat. To nie jest gra, którą przechodzimy — to gra, do której zaglądamy. Czasem na pięć minut, czasem na godzinę, czasem tylko po to, żeby sprawdzić, czy nasz znajomy Mii nadal obraża się o kompletnie absurdalny prezent, albo czy dwie postacie, które absolutnie nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego, przypadkiem nie zaczęły budować relacji.
I w tym sensie Living the Dream jest bardzo… nintendowe. Proste w obsłudze, lekkie w tonie, rodzinne na powierzchni, ale jednocześnie pełne drobnych rzeczy, które łączą się w coś trudnego do podrobienia.
Tomodachi Life: Living the Dream to nie jest Animal Crossing. I całe szczęście
Największym błędem byłoby potraktowanie Tomodachi Life: Living the Dream jak alternatywy dla Animal Crossing. Bo przecież obie gry mają wyspę, sympatyczną oprawę i spokojne tempo — ale jednak ich sedno jest zupełnie inne. Animal Crossing buduje codzienną rutynę wokół przestrzeni, kolekcjonowania, urządzania i powolnego oswajania miejsca. Tomodachi Life opiera się przede wszystkim na ludziach — albo raczej na dziwnych, przerysowanych wersjach ludzi.


Tworzenie Mii jest tutaj fundamentem wszystkiego. Możemy odtworzyć siebie, rodzinę, znajomych, bohaterów popkultury, kompletnie fikcyjne postacie, albo… osoby z redakcji. Nie przyznam się, którą opcję sam wybrałem. Nowy kreator daje dużo większą swobodę niż dawniej — pozwala mocniej dopracować twarze, cechy, kolory, styl i ogólny charakter postaci. Co ważne, gra nie wymaga od nas artystycznej precyzji. Możemy dłubać w szczegółach, ale możemy też skorzystać z prostszej ścieżki i pozwolić grze pomóc w stworzeniu bohatera na podstawie kilku podpowiedzi.
To ważne, bo Tomodachi Life: Living the Dream bardzo szybko pokazuje, że jakość zabawy zależy nie od realizmu, tylko od kontekstu. Źle odwzorowany znajomy potrafi być śmieszniejszy niż perfekcyjnie skopiowana twarz. Postać, która wygląda tylko trochę podobnie, ale zachowuje się w sposób kompletnie odklejony od rzeczywistości, zaczyna żyć własnym życiem. I właśnie wtedy ta gra działa najlepiej.
Wyspa w Tomodachi Life żyje własnym absurdem
Nasza rola w Tomodachi Life: Living the Dream jest dość specyficzna. Nie sterujemy postaciami bezpośrednio, nie prowadzimy ich za rękę przez fabułę i nie układamy im życia. Jesteśmy raczej opiekunem wyspy, kimś pomiędzy administratorem, obserwatorem i lekko złośliwym demiurgiem. Zaglądamy do mieszkań, reagujemy na potrzeby Mii, dajemy im jedzenie, ubrania, przedmioty, pomagamy w konfliktach. Czasem podpowiadamy im, co zrobić, a czasem po prostu patrzymy, jak sytuacja wymyka się spod kontroli — i tu akurat się przyznam, że preferuję tę drugą opcję.


Najlepsze momenty przychodzą same, z zaskoczenia. Ktoś chce się z kimś zaprzyjaźnić, kiedy ktoś inny ma problem z odrzuceniem. Dwie postacie zaczynają spędzać ze sobą czas, a inna akurat obraża się po kłótni. Mii News robi z drobiazgu wiadomość dnia, więc jeśli oglądaliście kiedyś Plotkarę lub kochacie aferki w swoim otoczeniu na co dzień, poczujecie się tu jak w domu. W teorii to seria prostych, krótkich scenek, ale gdy w tych scenkach występują postacie nazwane i zaprojektowane przez nas, całość natychmiast nabiera innego smaku. Trochę absurdalnego, ale jednak na tyle przyjemnego i charakterystycznego, żeby chcieć do niego wracać.
Tomodachi Life: Living the Dream nie jest zabawne dlatego, że ma genialnie napisane żarty. Jest zabawne dlatego, że tworzy warunki do powstawania prywatnych żartów. Gdy losowy Mii robi losową rzecz, można się uśmiechnąć, ale gdy robi to Mii przypominający naszego znajomego, współpracownika albo nas samych, absurd zaczyna działać zupełnie inaczej.
Czytaj też: Recenzja Pokémon Pokopia. Definicja chillery i utopii
Nowości są, ale nie zmieniają kręgosłupa serii
Living the Dream wyraźnie rozwija formułę, ale nie próbuje jej na siłę unowocześnić w stronę pełnoprawnego symulatora życia. To nadal gra oparta na krótkich interakcjach, niespodziankach i powtarzalnym, codziennym zaglądaniu na wyspę. Nowe możliwości personalizacji, rozbudowy przestrzeni, tworzenia przedmiotów, ubrań, jedzenia czy zwierzaków sprawiają jednak, że mamy większe poczucie wpływu na świat.
Bardzo dobrze wypada możliwość projektowania samej wyspy. Stawianie domów, sklepów, restauracji i kolejnych miejsc sprawia, że przestrzeń przestaje być tylko tłem. Nie jest to rozbudowany edytor na poziomie gier stricte kreatywnych czy jakiś tycoonów, ale wystarcza, żeby nadać wyspie taką osobowość, jaką chcemy. Co ważne, Nintendo nie przesadza z presją — możemy się tym bawić, ale nie musimy zamieniać gry w architektoniczny projekt. To nadal ma być lekkie, codzienne i niewymagające doświadczenie.


Największym plusem jest to, że nowe systemy nie przykrywają prostoty Tomodachi Life. Living the Dream daje więcej narzędzi, ale nie robi z nich obowiązku — można godzinami dopieszczać postacie i ich otoczenie, można też grać bardzo swobodnie, reagując tylko na to, co akurat dzieje się na ekranie. I chyba właśnie w tej elastyczności tkwi siła tej odsłony.
Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem
Humor Living the Dream działa, ale nie zawsze
Tomodachi Life: Living the Dream jest grą nierówną z natury. Nie dlatego, że jest źle zaprojektowana, tylko dlatego, że opiera się na losowości, powtórzeniach i małych scenkach. Jednego dnia potrafi wyrzucić z siebie serię kapitalnych sytuacji, które naprawdę chce się komuś opowiedzieć. Innego dnia przez kilkanaście minut dostajemy raczej zestaw prostych próśb, karmienia, przebierania i drobnych rozmów.
To nie jest wada, którą dałoby się całkowicie wyeliminować, tylko po prostu struktura tej gry. Tomodachi Life: Living the Dream działa najlepiej w krótszych sesjach, szczególnie w trybie przenośnym. Wtedy jej powtarzalność nie męczy, a rytm oparty na sprawdzaniu wyspy, rozwiązywaniu małych problemów i obserwowaniu relacji jest po prostu przyjemny. Gorzej, jeśli ktoś usiądzie do niej jak do dużej produkcji na długi wieczór i będzie oczekiwał ciągłej progresji. To nie tutaj.


Warto też podkreślić, że humor Tomodachi Life jest specyficzny — jak na japońską grę przystało. Absurdalny, czasem bardzo prosty, czasem oparty na kontraście między powagą sytuacji a karykaturalną formą Mii. Co jasne, nie każdy kupi tę konwencję. Jeśli ktoś patrzy na postacie Mii i widzi tylko relikt dawnej ery Nintendo, raczej trudno będzie go przekonać — ale jeśli ktoś ma choć odrobinę słabości do tej estetyki, Living the Dream potrafi rozbroić, i to niejednokrotnie. Obiecuję.
Tomodachi Life: Living the Dream nie jest technicznym popisem. I wcale nie musi być
Tomodachi Life: Living the Dream nie jest tytułem, który ma sprzedawać możliwości Nintendo Switcha 2. Ba, to w końcu produkcja przygotowana z myślą o pierwszym Switchu, działająca na nowszej konsoli w ramach kompatybilności. Nie ma tu wielkiej demonstracji mocy, efektów graficznych, które miałyby pokazać różnicę generacyjną, ani poczucia, że sprzęt jest wypychany poza dotychczasowe granice.
Ale też kompletnie ten tytuł tego nie potrzebuje. Oprawa jest czysta, kolorowa, czytelna i podporządkowana ekspresji postaci. Animacje Mii, mimika, drobne reakcje i sposób kadrowania scenek są ważniejsze niż liczba detali w tle. Na Switchu 2 gra działa stabilnie i komfortowo, a największą zaletą pozostaje po prostu wygoda grania w trybie przenośnym. To jedna z tych produkcji, które naturalnie pasują do konsoli zabieranej na kanapę, do łóżka albo do krótkich sesji między większymi grami.

Szkoda natomiast, że przy tak lekkiej, komunikatywnej formule zabrakło polskiej wersji językowej. To nie jest najbardziej skomplikowana gra świata, ale opiera się na komunikatach, opisach, relacjach i drobnych żartach. Brak polskiego może więc ograniczyć część młodszych graczy albo osób, które nie czują się swobodnie po angielsku — a skoro Nintendo oficjalnie zaczęło dodawać polskie napisy do swoich gier, to teraz zwyczajnie wypada tego oczekiwać. Przy produkcji tak mocno rodzinnej i casualowej brak polskiego języka jest bardziej odczuwalny niż w wielu większych grach.
Czytaj też: Recenzja Metroid Prime 4: Beyond. Arcydzieło Nintendo, które wynagradza długie oczekiwanie?
Nowe Tomodachi Life to gra dla konkretnego typu gracza. Jak wszystkie poprzednie odsłony
Tomodachi Life: Living the Dream nie próbuje być produkcją dla wszystkich. I dobrze, bo ta seria jest najlepsza wtedy, kiedy akceptujemy jej specyfikę. To nie jest rozbudowana gra fabularna, klasyczny symulator czy produkcja, która co kilkanaście minut zaskakuje nas nową mechaniką. Jej paliwem są postacie, relacje, losowe wydarzenia i nasza własna chęć dopowiadania historii do tego, co dzieje się na ekranie.
Dlatego jedni przepadną w niej na długo, a inni odbiją się po maksymalnie godzinie. Jeśli ktoś lubi gry z wyraźnym celem, dynamiczną progresją i konkretnymi zadaniami, Tomodachi Life może wydać się wręcz bezsensowne. Jeśli jednak ktoś lubi obserwować systemy, tworzyć własne małe społeczności i bawić się absurdami wynikającymi z interakcji między postaciami, Living the Dream okaże się zaskakująco wciągające.


To także bardzo dobra gra do wspólnego komentowania. Nawet jeśli formalnie nie jest wielkim multiplayerowym doświadczeniem, ma w sobie dużo towarzyskiej duszy. Pokazywanie komuś, co dzieje się na naszej wyspie, porównywanie Mii, wymienianie się pomysłami i śmianie się z dziwnych relacji jest częścią jej uroku. Nintendo od dawna rozumie, że gra nie zawsze musi być społecznościowa przez internet. Czasem wystarczy, że daje dobre powody, żeby odwrócić ekran w stronę drugiej osoby. Ja sam zresztą „grałem” w nowe Tomodachi Life ze swoją drugą połówką obok, a żeby zabawa działała dla nas obojga, na wyspie pojawiły się Mii wzorowane na osobach z naszego wspólnego otoczenia. Durna, ale niesamowicie przyjemna rozrywka — takie Love Island z własnymi znajomymi w komicznej szacie graficznej.
Czytaj też: Recenzja Kirby Air Riders. Różowa kulka za kierownicą!
Tomodachi Life: Living the Dream albo pokochasz, albo znienawidzisz. Nic pomiędzy
Tomodachi Life: Living the Dream to bardzo udany powrót serii, ale też gra, której nie ma sensu polecać w ciemno każdemu posiadaczowi Switcha 2. To produkcja lekka, specyficzna, momentami powtarzalna i całkowicie zależna od tego, czy kupimy jej absurdalną konwencję. Nie ma tu klasycznej fabuły, wielkich wyzwań ani poczucia, że po każdej sesji zrobiliśmy ogromny krok naprzód. Jest za to coś, czego wielu współczesnym grom brakuje — własny charakter. Tomodachi Life: Living the Dream potrafi być głupkowate, ciepłe, dziwne, nieprzewidywalne i zaskakująco osobiste. Najlepsze sytuacje nie wynikają z umiejętności reżysera, tylko z tego, że Nintendo po raz kolejny stworzyło zestaw prostych zasad, które w naszych rękach zaczynają produkować historie.
Nie jest to gra wielka w tradycyjnym sensie. Nie próbuje imponować skalą, technologią ani rozmachem. Ale jako codzienny, kieszonkowy generator absurdalnych scenek sprawdza się znakomicie. Tomodachi Life: Living the Dream przypomina, że Nintendo nadal potrafi robić rzeczy po swojemu — nawet jeśli czasem naprawdę trudno wytłumaczyć komuś, dlaczego patrzenie na kłócące się Mii daje tyle frajdy.

