Elektryczny rower żywi się Słońcem podczas jazdy, a ja obawiam się jednego

Jeszcze kilka lat temu wizja pojazdu elektrycznego, który podczas podróży sam zdobywa potrzebną mu energię do działania, pasowała bardziej do kategorii futurystycznych konceptów niż sprzętu, który rzeczywiście można kupić. W samochodzie ten pomysł sprawdza się dosyć miernie przez potęgę tamtejszych silników, ale w rowerze? Tam sprawa jest już zupełnie inna i stąd sens nowego roweru Phosgo Go5.
Elektryczny rower żywi się Słońcem podczas jazdy, a ja obawiam się jednego

Zaledwie kilka dni temu pisałem o 61-kilogramowym rowerze solarnym, który przejechał Alpy i już wtedy miałem wrażenie, że właśnie w świecie e-bike’ów pomysł wożenia ze sobą elektrowni słonecznej zaczyna przestawać być eksperymentem dla zapaleńców. Phosgo idzie jednak o krok dalej. Zamiast dokładać wielkie panele nad bagażnikiem, producent wcisnął fotowoltaikę w element, który każdy rower i tak musi mieć – koła. Choć brzmi to sprytnie, to im dłużej patrzę na tę konstrukcję, tym bardziej jedna rzecz nie daje mi spokoju.

Phosgo Go5 zamienił oba koła w elektrownię

Phosgo Go5 ma cztery moduły fotowoltaiczne, po dwa na każdym kole, o łącznej deklarowanej mocy szczytowej 200 W. Są to ogniwa typu back-contact, czyli z połączeniami elektrycznymi przeniesionymi na tylną stronę. Całość została zalaminowana i zabezpieczona warstwą ETFE, a producent deklaruje odporność konstrukcji na uderzenia klasy IK05. Co ciekawe, panele nie wymagają nawet specjalnego zaplotu koła, bo są mocowane po obu jego stronach śrubami przechodzącymi pomiędzy szprychami.

Czytaj też: 61-kilogramowy rower przejechał Alpy, karmiąc się Słońcem

Energia trafia następnie przez specjalnie zaprojektowaną przewodzącą piastę do sterownika solarnego z MPPT. Kiedy rower stoi, prąd ładuje akumulator. Podczas jazdy zasila układ elektryczny razem z baterią, dzięki czemu ta rozładowuje się wolniej. MPPT ma oczywiście wycisnąć z paneli możliwie dużo niezależnie od ich chwilowego ustawienia względem Słońca, ale fizyki nie oszukuje. Zacienione lub źle ustawione ogniwo nadal pozostaje zacienionym lub źle ustawionym ogniwem.

Nie patrzcie na 200 W. Ciekawsze jest około 36 W

W jednym z testów Go5 przejechał nieco ponad 10 km, następnie przez cztery godziny stał na Słońcu i wrócił tą samą trasą. W tym czasie poziom naładowania akumulatora 720 Wh wzrósł podczas postoju z 53 do 73 procent. Prosty rachunek daje około 144 Wh odzyskanej energii. Dzieląc to przez cztery godziny, dostajemy średnio około 36 W i właśnie ta wartość najlepiej pokazuje, czym Phosgo Go5 rzeczywiście jest. Nie jakąś mobilną ładowarką generującą bez przerwy pełne 200 W, lecz rowerem, który powoli zbiera energię z otoczenia przez cały dzień. Przy zużyciu wynoszącym około 5 Wh/km wspomniane 144 Wh przekłada się na mniej więcej 29 km jazdy.

W aktualnych materiałach Phosgo mówi ostrożniej o odzyskiwaniu do około 27 km zasięgu dziennie przy sprzyjającym nasłonecznieniu. Producent przedstawia nawet scenariusz, w którym ktoś pokonuje około 32 km dziennie, odzyskuje większość tej energii podczas dnia i podpina 720-Wh akumulator do ładowarki dopiero po mniej więcej miesiącu. W Polsce w miesiącu takim jak listopad raczej bym na to nie liczył. Na słonecznym kempingu, wielodniowej wyprawie albo podczas codziennego zostawiania roweru przez osiem godzin przed pracą? Tutaj zaczyna robić się naprawdę ciekawie.

Czytaj też: Ten rower elektryczny ma więcej momentu obrotowego niż niejeden motocykl

Sęk w tym, że Phosgo Go5 ewidentnie nie jest pozbawiony wad właśnie przez swoje koła. Aerodynamika pełnych kół jest dosyć dobrze poznana i boczny wiatr zdecydowanie nie jest ich przyjacielem. Phosgo twierdzi jednak, że zakrzywiona powierzchnia paneli odpowiednio prowadzi powietrze, a prototyp przeszedł test jazdy przy mocnym wietrze. Konieczne są tutaj jednak ewidentnie jakieś niezależne testy. Zwłaszcza że Go5 waży około 31 kg, więc nagły podmuch podczas szybszej jazdy może już być niebezpieczny.

Trzy grosze do zestawu wad dodaje sam fakt tak zaawansowanych kół, które są przecież wystawione na kamienie oraz uderzenia. Nawet nie chcę wiedzieć, co stałoby się, gdyby taki e-bike spadł na byle większe kamienie czy krawężnik. Plusem jest to, że te panele nie są na stałe zintegrowane z całością.

Phosgo Go5 to nie żaden eksperyment. Ten rower już kupicie

Na Phosgo Go5 składa się aluminiowa rama, widelec o skoku 110 mm, amortyzowana sztyca, hydrauliczne hamulce, oświetlenie, błotniki, bagażnik oraz łączność Bluetooth, 4G i GPS. Aplikacja pozwala lokalizować rower, rejestrować przejazdy i korzystać z funkcji przeciwkradzieżowych. Go5 Pro otrzymuje akumulator 480 Wh, a droższy Ultra 720 Wh i elektroniczną zmianę przełożeń. Amerykańskie odmiany wykorzystują mocniejsze konfiguracje Bafanga M430, ale producent potwierdza już, że wersje europejskie mają być ograniczone do 250 W i wspomagania do 25 km/h, więc powinny mieścić się w typowych unijnych ramach.

Czytaj też: Rower niczym pecet. Koniec kupowania coraz to lepszych jednośladów, bo wystarczy jeden

Na Indiegogo Phosgo Go5 Pro kosztuje obecnie od 1899 dolarów, czyli około 7060 zł, a Ultra 2499 dolarów, czyli około 9290 zł. Docelowe ceny producent określa odpowiednio na 2799 i 3799 dolarów, a więc około 10400 i 14100 zł. Pierwsza seryjna partia ma ruszyć do produkcji we wrześniu 2026 roku, a dostawy dla wspierających zostały zaplanowane na listopad i sam kierunek tego rozwoju uważam za bardzo ciekawy. Pisałem już, że współczesne e-bike coraz częściej przestają być po prostu zwykłymi rowerami z doczepionym silnikiem. Phosgo pokazuje kolejny etap tej ewolucji, w którym rower zaczyna również sam zdobywać część energii potrzebnej do jazdy.

Źródła: Ebike24, Phosgo Go5

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.