Przyszło mi testować wersję pecetową i przyznam szczerze, że podchodziłem do całej serii ze sporym dystansem. Nie oczekiwałem niczego przełomowego, choć poprzednie odsłony zebrały na tyle pozytywne opinie, iż mogłem się spodziewać przynajmniej solidnej produkcji. A jak wypadła w praktyce? Dokładnie tak, jak można było tego oczekiwać. Jednocześnie muszę przyznać, że mam podstawowy problem z wydaniem ostatecznego werdyktu.

Bo Hot Wheels Infinite Rush jest bez wątpienia dobrze zrobioną grą. Ale czy trafi w gusta każdego? Taka sztuka udaje się tylko najwybitniejszym produkcjom, dlatego muszę zmienić nieco pytanie: czy spodoba się sporej części fanów gier wyścigowych? I tutaj zaczynają się pewne schody. Zacznijmy jednak od początku.
Czytaj też: Recenzja Star Fox. Wielki powrót lisa Nintendo… z déjà vu w tle
Jak się zapewne domyślacie, warstwa fabularna w tej serii nie odgrywa większej roli. A w zasadzie jest ona bliska zeru. Próżno tu oczekiwać więc jakichkolwiek wątków odnoszących się do historii głównego bohatera czy też kierowców, z którymi przychodzi mu się ścigać. Trafiamy na wyspę Wheelswood, której elementem rozpoznawczym jest ogromnych rozmiarów goryl. Plastikowy rzecz jasna. Jest miasto z jego ulicami i masą samochodów, a przede wszystkim różnego rodzaju tory.
Hot Wheels to nie GTA… no, może w wersji dla najmłodszych
Z oczywistych przyczyn nie ma tu pieszych. To Hot Wheels, a nie GTA. Ale momentami miałem wrażenie, iż gram w produkcję Rockstara przygotowaną dla sporo młodszych fanów. Rozwałka jest naprawdę przyjemna dla oka, a wiele elementów otoczenia okazuje się podatnych na uszkodzenia. Nasze auto już niekoniecznie. Można przywalić czołowo w ścianę przy prędkości 200 km/h, a pojazd co najwyżej się od niej odbije.

Z jednej strony chciałbym się przyczepić do tego braku realizmu. Z drugiej recenzuję przecież nową część Hot Wheels, a nie produkcję nastawioną na jak najwierniejsze odwzorowanie fizyki jazdy. Jeśli szukacie po prostu odstresowującej gry, przy której można spędzić kilkadziesiąt minut dziennie bez kombinowania i uczenia się 150 manewrów, żeby tylko odpalić silnik, to będziecie zadowoleni.
I chyba tak należy podchodzić do tej pozycji. To przede wszystkim coś dla szukających nostalgii i fanów kolekcjonowania klasycznych samochodzików lub – i tu chyba znajdzie się odbiorca docelowy – idealna gra dla najmłodszych, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z produkcjami wyścigowymi. Sterowanie jest wyjątkowo intuicyjne: nawet awaria pada i konieczność przejście na klawiaturę nie sprawiło, że radość z jazdy stała się mniejsza.
Czytaj też: Recenzja MARVEL Tōkon: Fighting Souls. Marvel w końcu dostał bijatykę godną swoich bohaterów
Fizyka jest w tej grze niemal opcjonalna. Sposób na wyjście z poślizgu? No jasne, że odpalenie nitro. Nic nie stoi na przeszkodzie, by sterować autem nawet w czasie lotu na wysokości kilkudziesięciu metrów. Czołowe zderzenie z innymi uczestnikami ruchu ma mniej więcej takie same konsekwencje, jak trafienie komara w czasie jazdy w prawdziwym życiu. W związku z tym powtórzę po raz kolejny: fani symulatorów wyścigowych nie mają tu czego szukać, ale wszyscy ci, którzy lubią niezobowiązujące przejażdżki już jak najbardziej.
Cztery główne wyspy i kilkanaście rodzajów rywalizacji w trybie wyścigowym i swobodnej jazdy
Poza wspomnianą, pierwszą z wysp, mamy do odkrycia trzy kolejne. Mechanizm jest prosty: wygraj minimum pięć wyścigów, odblokuj możliwość bezpośredniego starcia z Rusherem (kimś w rodzaju bossa danej lokalizacji), a następnie zrób wszystko, żeby go pokonać. Tym sposobem uzyskasz dostęp do Tentacle Bay, Gearville oraz Drifty Temples. Każda z tych map wygląda nieco inaczej, poczynając od zmiany Goryla na kolejno Ośmiornicę, Skorpiona i Smoka, a kończąc na nieco innych aktywnościach czekających na kierowcach.

Różnorodność zadań jest zadowalająca i widać w tym aspekcie nastawienie na najmłodszych graczy. Mamy do wyboru między innymi klasyczne wyścigi, pojedynki z losowo napotkanym mistrzem jazdy po mieście (Daredevil) czy robienie zdjęć konkretnych punktów na mapie. “Maksując” wszystkie dostępne aktywności będziecie potrzebowali kilkunastu godzin, ale już chcąc jak najszybciej odblokować każdą z dostępnych wysp wystarczą wam jakieś 2-3 godziny.
Przesadą byłoby stwierdzenie, iż Hot Wheels Infinite Rush nie wybacza błędów. To nie F1. Ale nawet na średnim poziomie trudności zdarzało mi się podchodzić do niektórych zadań po kilka razy, żeby uzyskać jak najlepszy wynik. Oprawa audiowizualna jest przy tym dość cukierkowa i o ile do grafiki nie mam najmniejszych zastrzeżeń, wszak klimat Hot Wheels oddaje świetnie, tak dźwiękowo jest co najwyżej poprawnie.
Czytaj też: Recenzja Rhythm Paradise Groove. Pataponowa nostalgia, proste zasady i absurdalnie dużo frajdy
Nie można zarazem odmówić tej grze efektowności. Nawet pomimo faktu, iż jestem zapewne jakieś 20 lat starszy od docelowego odbiorcy, momentami byłem pod wrażeniem epickości toczonych pojedynków. Cóż, nie ma to jak stare dobre wyprzedzenie oponenta na ostatniej prostej, a następnie oddanie skoku w przepaść – z odpowiednim slow-motion, rzecz jasna.
Idealna rozrywka dla młodych graczy, którzy chcą rozpocząć przygodę z wyścigami
Pisząc tę recenzję co jakiś czas łapię się na tym, by nie czepiać się nadmiernie prostoty mechaniki. Byłoby to równie sensowne, co zestawianie fabuły czytanki dla dzieci z dziełami Dostojewskiego. Inna grupa docelowa. I tyle. A dla najmłodszych Hot Wheels Infinite Rush będzie świetnym wyborem. Dla tych nieco starszych dobrym, o ile dostroicie oczekiwania. A jeśli macie ochotę pościgać się online lub offline, to również nic nie stoi na przeszkodzie.

W trybie lokalnym istnieje możliwość jazdy w gronie od 1 do 4 osób, natomiast przy rozgrywce sieciowej można się ścigać w grupie od 2 do 12 graczy. Na torach dzieje się naprawdę dużo, a każde auto oferuje nieco inne możliwości. W ogólnym ujęciu można podzielić pojazdy na cztery główne grupy: wszechstronny, wyścigowy, drifterski oraz masywny. Pierwszego chyba nie muszę opisywać, drugi zapewnia wysoką prędkość, trzeci pozwala na wykonywanie efektownych ślizgów, natomiast ostatni zapewnia częste, acz krótkie boosty prędkości.
Hot Wheels Infinite Rush to nie tylko tryb singleplayer. Rozgrywka sieciowa zapewnia możliwość rywalizacji między platformami
W efekcie warto jest dopasowywać okoliczności do wyboru auta. Szczególnie, że zarówno w trybie wyścigowych, jak i swobodnej jazdy po mieście czekają nas odmienne wymagania. A co z różnorodnością zadań? W przypadku wyścigów można ją sprowadzić do podstawowej zasady: staraj się po prostu jechać szybciej niż reszta. Nawet, jeśli w grę wchodzi tryb eliminacji (co pewien czas z gry wypada ostatnia na dany moment osoba w stawce) czy osiągania jak najwyższej prędkości na danym odcinku.
Czytaj też: Recenzja Splatoon Raiders. Największy eksperyment Nintendo Switch 2 okazał się strzałem w dziesiątkę!
W trybie swobodnym jest już nieco inaczej. Zdarzają się zadania, w których mamy dojechać do określonego punktu z jak najniższą liczbą uszkodzonych elementów otoczenia. Kiedy indziej cel jest kompletnie inny: zniszcz jak najwięcej w wyznaczonym czasie. Całkiem ciekawy sposób manewrowania – od wszechobecnej rozwałki do nastawienia na precyzję. Dla fanów widoków twórcy przygotowali natomiast tryb robienia pocztówek ze zdjęć rozpoznawalnych punktów wyspy. Z kolei ci, którzy lubowali się w kolekcjonowaniu plastikowych samochodzików, powinni być zadowoleni z możliwości kupowania różnorakich modeli w wersji wirtualnej.

Naiwnie byłoby zakładać, iż Hot Wheels Infinite Rush jest rewolucją w kategorii wyścigów. To po prostu solidna kontynuacja, przy której można miło spędzić czas bez głowienia się nad mechaniką gry. Cztery główne wyspy zapewniają odpowiednią różnorodność (od siebie dodam, że najbardziej przypadł mi do gustu klimat ostatniej z nich, czyli inspirowanej azjatyckimi klimatami Drifty Temples). Tryby zabawy może i nie ociekają oryginalnością, lecz bez wątpienia wprowadzają pewne urozmaicenie.
Jest dobrze, ale to z pewnością nie pozycja dla każdego
Dodajmy do tego możliwość rywalizacji zarówno lokalnie, jak i w sieci, a uzyskamy przyjemną wyścigówkę w klimatach klasycznych Hot Wheels. Fani realizmu nie mają tu czego szukać, ale wszyscy inni – na czele z rodzicami, chcącymi wprowadzić swoje pociechy do świata gier – już zdecydowanie tak. Co ciekawe, twórcy zapewnili możliwość rywalizacji cross-platformowej. Innymi słowy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ścigali się ze sobą posiadacze zarówno wersji konsolowych, jak i komputerowej. Ale nawet w trybie single player jest co robić: od wyścigów, przez tryb swobodnej jazdy, aż po kolekcjonowanie pojazdów i ich usprawnianie.
