Kiedyś się łudziłem, że jak kupię solidne słuchawki nauszne, to już nigdy nie sięgnę po klasyczne pchełki. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała, że nie ważne czy jest się fanem dużych słuchawek, czy audiofilem to i tak w końcu przyjdzie pora na zakup mniejszych słuchaweczek bezprzewodowych.
Jak to się stało, że małe słuchawki bezprzewodowe są teraz takie tanie?
Może to mój wiek, a może czas leci tak szybko, ale pamiętam jak jeszcze nie tak dawno zakup słuchawek bezprzewodowych, ale tych tycich to nie był mały wydatek. Moje pierwsze Jabra Elite kosztowały z 500 złotych a promocji, więc nie tak mało. Dzisiaj trzeba się opędzić od reklam z Temu, które pokazują, że w akcie desperacji, można mieć słuchawki nawet w cenie 30 złotych.

Co więcej, ta technologia wciąż się rozwija i funkcje dawniej zarezerwowane dla flagowych modeli pokroju AirPods Pro Apple, teraz pojawiają się w tańszych wariantach, a to powoli zbudowało siłę, z którą trzeba się liczyć i ostatecznie bezprzewodowe pchełki zepchnęły z podium słuchawki nauszne. Dzisiaj niemalże 70% rynku to właśnie małe, kompaktowe urządzenia na każdą kieszeń.
Czytaj też: Test Genesis Toron 706. Czy tanie bezprzewodowe słuchawki dla graczy mają sens?
Popularność jednak nie tłumaczy, czemu są one tańsze? Jak to w takich przypadkach bywa, nie jest to po prostu jedna cecha. Na pewno pomaga popularność oraz wielkość konkurencji. Przy takiej popularności oraz różnorodności – dokanałowe, douszne, nauszne – producenci muszą się postarać, żeby to właśnie ich słuchawki miały atrakcyjną cenę dla potencjalnego użytkownika.

Poza ekonomicznymi warunkami, są też te bardzo przyziemne, jak prosty fakt, że tego typu urządzenia są o wiele łatwiejsze do stworzenia niż nauszne. Mają one bardzo konkretne ramy, których się muszą trzymać, czyli ludzkie ucho. To też wpływa na rynek, przez co mamy dzisiaj tak wiele nudnych form, powtarzających się u każdego wytwórcy. Rozmiar sprawia, że i część komponentów jest również tańsza, jak na przykład przetworniki.
Ich wielkość wspiera głośność i jakość, lecz niekoniecznie większe znaczy lepsze. Jednak w tym wypadku, kiedy “głośnik” słuchawki jest i tak blisko to nie musi znowu być taki większy. Jest to też jednocześnie pole do popisu, więc im lepsze materiały, tym lepszy dźwięk z takiego elementu, a to tworzy spektrum w obrębie którego mogą pracować producenci walczący ceną o zainteresowanie.

W ogóle, to ile potrafią teraz słuchawki bezprzewodowe jest bardzo ciekawym tematem. Wyciszanie, wzmacnianie, panele dotykowe, przyciski, sztuczna inteligencja i wiele innych funkcji również będzie determinowało końcową cenę. Jest to miecz obosieczny, bowiem ich odejmowanie pozwala zmniejszać cenę, ryzykując brak pożądanej opcji. Zaś dodawanie, naturalnie dźwiga. Ostatecznie, to wciąż jest kwestia wyborów pozwalających balansować kwotą.
Jest to bardzo ciekawe, jak postęp technologiczny sprawił, że w pewnym sensie wróciliśmy do czasów przewodowych słuchawek. Kiedy te nauszne były wyborem kierowanym stylem oraz jakością, zaś te mniejsze to coś, co można kupić w kiosku na stacji PKP, kiedy się spieszymy albo wyjechaliśmy na wakacje, lecz zapomnieliśmy wziąć z domu naszej ulubionej pary.
Czytaj też: Test Nothing Ear (3a), nareszcie słuchawki z charakterem! Tylko niestety nie dla każdego
Szkoda też, że wzorem właśnie tamtych czasów, wiele dzisiejszych pchełek jest elektrośmieciem już z założenia i często po dwóch latach bateria trzyma tak mizernie krótko, że nie nadają się nawet do wyjścia na zakupy. Smutne, bo też nikomu się nie opłaca baterii wymieniać i na przykład Apple na gwarancji daje często nową parę, zamiast naprawiać.
Źródło: engadget

