Testujemy Nothing Ear (3a), którymi trudno się nie zachwycać od razu po wyjęciu z pudełka
W tym roku do wariantów czarnego, żółtego i białego, doszedł jeszcze wyjątkowy udany model w różowym kolorze. Nam niestety przypadło otrzymać tradycyjny biały, lecz taka drobna przeszkoda, nie mogła i tak przeszkodzić doskonałemu pierwszemu wrażeniu.

Z takim designem trudno jest nie wyczekiwać kolejnych urządzeń ze stajni Nothing, chociaż otrzymujemy bardzo standardowy kształt słuchawek skrojonych na wzór AirPodsów Apple, to dzięki detalom są w stanie stworzyć coś może nie innowacyjnego, lecz wyglądającego wyjątkowo. Aż dziw bierze, ze wystarczyło po prostu użyć przezroczystego plastiku.
Podstawowe informacje, w skrócie:
- Hi-Res Audio Wireless, dźwięk przestrzenny, LDAC
- Dokanałowe słuchawki,
- Bluetooth 6.0, LDAC tryb multipoint,
- 55 mAh słuchawki + 500 mAh etui, ładowanie USB-C,
- IP54 (słuchawki),
- 449 złotych.
Ów plastik otrzymały zarówno same słuchawki, jak i etui ładujące. Jednakże dzielą one swoją powierzchnię jeszcze z jednolitym kolorem. Dodatkowo, w lewym dolnym rogu etui pojawia się coś, co powinno być obecne w każdych ładowarkach. To niby prostu trzy kropki LED pokazujące ilość baterii dostępną w etui, lecz układają się w coś na wzór Glypha z telefonów Nothing, dzięki czemu zachwycają swoją stylową prostotą.

Na powierzchni górnej pokrywy subtelny napis NOTHING informuje o brandzie, zaś tuż pod powierzchnią klapki – która trzyma się pewnie, lecz łatwo daje się unieść – widać czekające wewnątrz słuchawki.
Czytaj też: Test Nothing Headphone (a). Tańsze jest lepsze
W ich przypadku przezroczystą obudowę zastosowano w trzpieniu obudowującym baterie i inne elementy odpowiedzialne za działanie słuchaweczek. Część idąca do ucha, czyli właściwe słuchawki, zostały stworzone z jednolitego białego plastiku i czarnego akcentu. Po ich drugiej stronie widnieją kropki czarna (lewa słuchawka) i czerwona (prawa słuchawka), które korespondują ze swoim miejscem wewnątrz etui oznaczonym tymi samymi kolorami.

Podziw zaczyna się od wejścia i nie ma nawet czasu ani w sumie ochoty, aby uwagę poświęcić dość tanio się prezentującym pudełkiem, w którym otrzymuje się nowe urządzenie. Wewnątrz poza właściwymi słuchawkami są oczywiście gumki w różnych rozmiarach.
Design jest przepiękny, lecz czy w parze podąża za nim dźwięk? Jest bardzo miło!
Nothing Ear (3a) oferują bardzo przyzwoity dźwięk wspierany przez 12mm przetworniki dynamiczne oraz co najważniejsze dla użytkowników smartfonów z systemem Android, także wsparcie dla kodeków wysokiej jakości LDAC, wraz z SBC oraz AAC. Jednym słowem, jest naprawdę solidnie już od pierwszej chwili i to wszystko nim się w ogóle weźmiemy za dostrajanie pod nasz gust.

Korektor dźwięku
A dodatkowa zabawa była w moim teście potrzebna. Jak na mój gust było trochę za dużo bassu, przez co podczas głośniejszego słuchania muzyki lub podczas biegu niestety gubiły się niektóre nuty. Na szczęście aplikacja Nothing X (dedykowany program słuchawkom firmy Carla Peia, dostępna dla Androida i iOS) oferuje w miarę rozbudowany equalizer i kilka profili zaprojektowanych przez Nothing (zrównoważony, więcej basu, więcej sopranu, głos i standardowy), więc łatwo można samemu znaleźć złoty środek, ale… Jest jeszcze łatwiejsza metoda.

Zaawansowane ustawienia EQ pozwalają sprawdzić co oferuje Społeczność urządzeń Nothing. Dzięki temu można sprawdzić czy inni się nie znają lepiej od nas lub nie mają czegoś bardziej pod nasz nastrój. W moim przypadku propozycja oferująca bardziej miękkie dźwięki sprawdziła się tak dobrze, że po wielu dniach dziennego używania Ear (3a) nie jestem już w stanie wrócić do fabrycznych warunków. Najczęściej słuchana przeze mnie muzyka po prostu brzmi teraz już za dobrze.

Szczególnie pozazdrościłem LDAC, którego brak w używanym przez mnie na co dzień iPhonie Pro 15. Może to kwestia placebo, a może nie, lecz czułem jakbym zwracał uwagę na więcej instrumentów i niuansów niż zwykle.
Aktywna redukcja szumów i inne udogodnienia
Temat dźwięków w zasadzie zamyka możliwość włączenia trybu przestrzennego, który niestety brzmi bardzo sztucznie. Nie jest to korzystany przeze mnie stale Dolby Atmos i to niestety od razu słychać. Muzyka brzmi wręcz gorzej, bo wydaje się niedopracowana, jakbyśmy słuchali próbę zespołu odgrywaną w pustej hali, instrumenty się gubią w chaosie sztucznej przestrzeni. Dla eksperymentu włączyłem niczego nie mówiąc ten tryb podczas pokazywania znajomemu Nothing Ear (3a) – są AŻ TAK ładne – gdy słuchał włączałem różne tryby i na koniec skomentował, że tryb przestrzenny był okropny. Niestety się zgadzam.

Dodano i opcję mniejszej latencji dla graczy.
Za to ANC, czyli aktywna redukcja szumów jest lepsza niż w poprzednich modelach i aż szokuje jak bardzo się ta funkcja polepszyła w tańszych słuchawkach. Jeżeli chodzi o tłumienie dźwięków, było bez zarzutów, na równi z AirPodsami. Wygodnie można podróżować w komunikacji miejskiej i po mieście. Szalejący w czasie pisania tej relacji wiatrak stojący tuż za mną, stał się tylko przyjemnym elementem tła i niczego poza nim nie słychać.

Gorzej się sprawują niestety tryby Transparentny oraz Adaptacyjny. Ten pierwszy tylko dlatego, że wciąż słychać głuche dudnienie własnego głosu, nie jest to tak dobrze tuszowane jak w dużo droższych słuchawkach, czepiam się, ale warto o tym wiedzieć. Poza tym jest czysto i ładnie słuchać innych oraz otoczenie.
Adaptacyjność wygłusza właściwie jak najwyższy poziom ANC (są dostępne trzy i trudno powiedzieć różnicę), nie jest to miłe dostosowywanie się do okolicy, co więcej, wiele razy w ciągu dnia, jak się pojawi jakiś wyższy dźwięk znienacka lub wiatr, a czasami nawet po włączeniu, to słychać jak system się dostraja. Objawia się to w krótkim przełączeniu na transparentność i powrotem do ciszy. O ironio, w trakcie pisania tych słów, dokładnie to się wydarzyło i na to kilka razy. Możliwe, że winna jest aktualizacja oprogramowania.

Niemniej, jest naprawdę solidnie, podstawowe ANC (niskie, średnie, wysokie) działają bez zarzutu.
Charakter w każdym detalu
Nothing Ear (3a) od samego początku pokazują, że mają charakter i wyglądają jak żadne inne słuchawki. Warto też wiedzieć, że ta oryginalność sięga i niektórych dźwięków. Te są trochę niebezpieczne, gdyż aż za wyjątkowe. Podczas przełączania trybów transparentnego i ANC aż trudno opisać to, co się słyszy. Chyba najłatwiej jest to porównać z próbą zanurzenia się pod wodę z szybkim oddechem i nagłym uderzeniem ciszy oraz oddechem ulgi po wynurzeniu z niej.

Tak samo łączenie się z urządzeniami (dostępne dwa na raz) jest okraszone niecodziennym wysokim dźwiękiem jakiego bym się nie spodziewał. Ta oryginalność sprawia, że firma balansuje na granicy pomiędzy atrakcyjnością, a odpychającym dodatkiem. Mnie dopiero po czasie przekonał i sam teraz nie wiem, czy to była kwestia zaskoczenia, a może akceptacji czegoś odmiennego.
Ergonomia, łatwość używania i niespodzianka
Słuchawki zapewniają klasyczne już dla większości tego typu urządzeń skróty polegające na przyciskaniu pałąków z obydwu stron kciukiem i palcem wskazującym. Normalna sprawa, której nawet nie trzeba przedstawiać jak podwójne ściśnięcie – pauza, ponowne – start.

To czego zabrakło i myślę, że jest niedostępne nawet w segmencie uznawanym cenowo za średni, to brak regulacji głośności przy pomocy “głaskania” słuchawek lub jakiegokolwiek innego gestu. Bez tego idzie oszaleć i jest to szczególnie niewygodne podczas biegania.
Zaś jeżeli już mowa o używaniu, to niestety słuchaweczki są o dosłownie kąsek za duże. Przynajmniej w moich uszach po trzech-czterech godzinach zacząłem odczuwać ból. Co ciekawe, w testach innych redakcji, również przeczytałem, że i tam miewano z tym problem. To niestety sygnalizuje, że coś poszło nie tak jak powinno. Niemniej, trzeba jednostajnie ich używać, aby taki kłopot napotkać, nie boli jak brak regulacji poziomu dźwięku.

Co więcej, Nothing Ear (3a) mają wbudowane 32 MB pamięci, a to dlatego, że przygotowano niespodziankę. Funkcję nazwaną Migawka. Pozwala na wykonanie nagrania przy użyciu mikrofonów słuchawek od 30 do 60 sekund. Producent reklamuje to jako sprytne narzędzie do nagrywania spotkań lub czegoś co się zasłyszało, lecz trudno jest powiedzieć na co konkretniejszego miałoby się to przydać. Tym bardziej, że mieszczą się aż dwie godziny nagrań (można też włączyć tryb dyktafonu… Czyli jak w telefonie). Innymi słowy jest to ciekawa niespodzianka i w zasadzie tyle.

Uzbrojone zostały także w baterie 55 mAh, co daje w miarę standardowe dla całej branży około 6 godzin pracy. Z etui czas ten się wydłuża do 42, ze względu na umieszczoną w nim baterię 500 mAh. Nie jest to szalenie dużo, ale także nie jest mało. Tak w punkt.
Jakość połączeń jest nękana problemami ANC
Rozmowy nie sprawiały nigdy problemu i łatwo je się odbierało przy pomocy skrótów na słuchawkach. Niedawno nawet uratowały mi skórę, gdyż podczas spotkania, wszystkie inne odmówiły współpracy z Google Meet (AirPods i Logitech) na Mac Mini, ale nie Ear (3a)! One się wywiązały z zadania.

Problemy dotyczyły niestety przełączenia się na tryb taki żeby podczas rozmowy słyszeń otoczenie. Tak samo jak podczas zwykłego używania ANC, tak i w trakcie rozmowy wiatr oraz inne szumy sprawiały, że algorytm wariował i dostarczał dziwnych wrażeń. Nie wyłączał rozmowy, anie nie zakłócał jej do poziomu braku zrozumienia po obydwu stronach, lecz i tak potrafiło to zirytować.
Zaskakująco jedyny kłopot z ludzką mową miałem podczas słuchania podcastów, które brzmiały jakoś tak pusto.
Nothing Ear (3a), to średnia półka zrobiona tak, że można zapomnieć o flagowcu
Najnowsze słuchawki ze stajni Nothing dostarczają pazur w bardzo nudnym segmencie tycich słuchawek bezprzewodowych. A to wszystko w parze z bardzo rozsądną ceną 449 złotych. Solidne ANC, może i ma swoje potknięcia, lecz przez zdecydowaną większość czasu doskonale się sprawdza i w połączeniu z bardzo dobrą jakością brzmienia, w tym segmencie się wyróżnia, a i spokojnie dla wielu osób będzie to wystarczająco, aby nie wydawać 1000 złotych więcej na AirPodsy Apple lub słuchawki nauszne.

Martwi tylko trochę kwestia bólu uszu. Co prawda z czasem się o tym zapomina, lecz dłuższe słuchanie może się okazać niekomfortowe, na przykład podczas długiej podróży lub sobotnich porządków w domu.
Czytaj też: Test Nothing Phone (4a) Pro. Nie umiem przestać kochać Carla Peia
Dodatkowo to szalone pozbawienie możliwości kontroli głośności. Uważam że jest to podstawa, która musi być obecna i przez nią wolałbym zapłacić 50 złotych więcej za realme Air8 Pro, gdzie ta opcja jest obecna i dźwięk jest również na wysokim, zbliżonym poziomie.

Niemniej, Nothing Ear (3a) to pozycja bardzo solidna i nikt nie pożałuje ich zakupu. W zamian otrzymuje się produkt zbalansowany do jego ceny, jednocześnie szanujący swojego użytkownika. Poza tym nawet jeżeli nie wymyślono koła na nowo, to niepodważalnym zostaje, że firma Carla Peia przynajmniej stara się zaproponować produkt wyglądający obłędnie stylowo, nie tylko stworzyć kolejnego klona produktów z Cupertino.
Podczas testów korzystałem z wersji oprogramowania słuchawek 1.0.1.59.

