DeLorean znów chce latać. Tym razem naprawdę i na wyścigach, aby latający samochód stał się normalką

Miały być latające samochody, ale zamiast typowych aut ze składanymi skrzydłami dostaliśmy eVTOL-e, czyli elektryczne maszyny pionowego startu i lądowania, które coraz częściej przypominają ogromne drony z miejscem dla człowieka. Odkąd jednak piszę o takich konstrukcjach, to mam wrażenie, że branża przeszła już pierwszy ważny etap. Dziś coraz rzadziej trzeba udowadniać, że “to w ogóle potrafi latać”, bo lata, bo znacznie ciekawsze stało się pytanie, co zrobić dalej, aby przekuć demonstrator na coś użytecznego w codziennym życiu. Tym razem to DeLorean wybrał sobie do tego dość nietypową drogę.
DeLorean znów chce latać. Tym razem naprawdę i na wyścigach, aby latający samochód stał się normalką

DeLorean Motor Company dołączył do Airspeeder International Series jako pierwszy amerykański konstruktor. DeLorean Airspeeder Team ma zadebiutować wraz z rozpoczęciem sezonu 2026-2027 w listopadzie 2026 roku i trudno przy okazji nie uśmiechnąć się pod nosem. Przez ponad 40 lat latający DeLorean funkcjonował przede wszystkim jako popkulturowy obrazek z “Powrotu do przyszłości”, a dziś firma może rzeczywiście przykleić swoje logo do maszyny, która oderwie się od ziemi. Nie oznacza to jednak, że ktoś właśnie zbudował DMC-12 ze śmigłami.

DeLorean wchodzi do wyścigów latających maszyn

W pierwszym sezonie zespół DeLoreana ma korzystać ze standardowej platformy Airspeeder Mk3C, a więc takiej samej jak pozostali uczestnicy. Na początku otrzymamy więc bardziej DeLoreana jako markę i zespół niż DeLoreana jako konstruktora własnego latającego pojazdu. Dopiero w sezonie 2027-2028 firma chce wejść głębiej w projektowanie własnej maszyny, współpracując przy tym ze studentami inżynierii z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz Georgia Tech. Nie znamy jeszcze projektu tego pojazdu, składu pilotów ani wielu szczegółów programu.

Czytaj też: DeLorean DMC-12 do kupienia w Polsce. OTOMOTO zrobiło mu reklamę godną filmowego pierwowzoru

Czy więc w ogóle warto się tym interesować? Wbrew pozorom, tak, bo takie wyścigi wymuszają rozwiązywanie problemów, które podczas spokojnego lotu demonstracyjnego można zwyczajnie ominąć. Maszyna musi szybko przyspieszać, ostro zmieniać kierunek, kontrolować temperatury, zużycie energii i stan akumulatora, a przy tym nie może zrobić niczego nieprzewidywalnego wtedy, gdy kilka podobnych konstrukcji porusza się w tej samej przestrzeni.

Wiemy, że wcześniejsza konstrukcja przed Mk3C, czyli Mk3 ważyła około 100 kg bez pilota, rozwijała ponad 120 km/h i korzystała z napędu elektrycznego o mocy 96 kW. Do tego dochodził system szybkiej wymiany akumulatorów, czyli lotniczy odpowiednik pit stopu. Podczas lotu sprzęt wykorzystuje trójwymiarowe trasy wyznaczane przez wirtualne bramki, a pokładowe sensory oraz systemy antykolizyjne, które mają pilnować bezpieczeństwa.

Motorsport już raz zrobił coś podobnego

Nie trzeba zresztą długo szukać analogii do tego, czy taka zabawa jest cokolwiek warta. Motorsport przez dziesięciolecia pomagał rozwijać hamulce, aerodynamikę, materiały, układy hybrydowe, systemy odzyskiwania energii czy rozwiązania związane z bezpieczeństwem. Oczywiście nie oznacza to, że wszystko z bolidu Formuły 1 trafia później do rodzinnego samochodu. Mechanizm jest bardziej pośredni. Ekstremalne środowisko zmusza inżynierów do szybkiego znajdowania słabych punktów technologii.

Czytaj też: DeLorean wróci do przyszłości? Za projekt wzięła się córka słynnego konstruktora

Wydaje mi się, że właśnie dlatego Airspeeder jest ciekawszy jako eksperyment technologiczny niż jako nowa dyscyplina sportowa. Jeśli kilka firm zacznie rywalizować o lżejsze konstrukcje, sprawniejsze napędy, lepsze zarządzanie energią i dokładniejsze systemy unikania kolizji, to rozwój może być szybszy niż przy kolejnym demonstratorze latającym samotnie nad pustym lotniskiem.

DeLorean przyznaje zresztą wprost, że program ma pomóc również w rozwijaniu zasad bezpieczeństwa, regulacji i zgodności wymaganych przez przyszły rynek zaawansowanej mobilności powietrznej. Właśnie tutaj zaczyna się znacznie poważniejszy temat.

Problem latających samochodów już nie sprowadza się do samego latania

Pisałem już przy latającym samochodzie ARIDGE o konstrukcjach, które próbują łączyć transport drogowy z powietrznym. Jeszcze kilka lat temu największym problemem takich projektów było stworzenie czegoś, co w ogóle oderwie człowieka od ziemi i zrobi to bez ton paliwa oraz ogromnego silnika. Dziś wyzwanie przesuwa się gdzie indziej, bo oto trzeba zapewnić bezpieczeństwo, redundancję systemów, rozsądny czas pracy, infrastrukturę, kontrolę ruchu i przepisy, które pozwolą latać tysiącom maszyn bez zamieniania miasta w pole do gry w rosyjską ruletkę.

Czytaj też: Latający DeLorean – niestety bez możliwości podróży w czasie

Podobny problem widać przy Jetson One, bo sam fakt, że niewielki eVTOL potrafi unieść człowieka, przestaje być najbardziej interesującą częścią tej technologii. Teraz trzeba jeszcze sprawić, aby człowiek mógł z niej normalnie korzystać i w tym kontekście wyścigi mogą mieć zaskakująco dużo sensu.

Źródła: Airspeeder

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.