Duńska firma MyDefence chce dać taką możliwość bezpośrednio pojedynczemu żołnierzowi. Jej nowy Wingman Edge waży 975 gramów z akumulatorem, prowadzi pasywny nasłuch aktywności radiowej i lokalnie analizuje znalezione sygnały z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Po zastosowaniu anteny Wideband XF może monitorować zakres od 200 MHz do 6 GHz, a sam system detekcji nie musi przy tym emitować fal radiowych. W praktyce żołnierz ma więc dostać coś w rodzaju dodatkowego zmysłu ostrzegającego go o aktywności dronów jeszcze zanim zobaczy je na niebie.
Wingman Edge nie szuka drona. Szuka tego, co ten emituje
Określenie Wingman Edge mianem “wykrywacza dronów” jest poprawne, ale trochę upraszcza zasadę działania urządzenia. Sprzęt nie obserwuje nieba kamerą i nie wysyła impulsów jak radar. Zamiast tego nasłuchuje środowiska elektromagnetycznego, próbując znaleźć aktywność radiową charakterystyczną dla bezzałogowców, ich operatorów oraz wykorzystywanych przez nich systemów komunikacji. Co ciekawe, nie jest to zupełnie nowy pomysł.
Czytaj też: Kolejny bezzałogowy myśliwiec oderwał się od ziemi. Wyścig trwa
Dotychczasowe systemy z rodziny Wingman również korzystały z pasywnego wykrywania RF i bibliotek znanych sygnatur. Działało to tak, że jeśli urządzenie rozpoznawało charakterystyczny sygnał określonego systemu, to mogło ostrzec użytkownika. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy przeciwnik użyje sprzętu, sposobu transmisji lub częstotliwości, których w takiej bazie jeszcze nie ma.

Wingman Edge ma ograniczyć właśnie tę zależność. Oprócz klasycznego porównywania odbieranych sygnałów z biblioteką znanych zagrożeń urządzenie prowadzi ciągłą analizę widma i wykorzystuje AI do klasyfikowania aktywności, która wcześniej nie została opisana. MyDefence wymienia tutaj sygnały pochodzące z dronów, nadajników, łączy komunikacyjnych, Wi-Fi oraz analogowej transmisji wideo.
Innymi słowy, zamiast urządzenia pytającego wyłącznie “czy słyszę któregoś drona zapisanego w bazie?”, żołnierz ma otrzymać sprzęt próbujący odpowiedzieć na znacznie szersze pytanie – “co właściwie dzieje się teraz w eterze wokół mnie?”.
Sztuczna inteligencja analizuje wszystko lokalnie
W przypadku Wingman Edge technologia AI nie ma służyć wyłącznie jako chwytliwy dopisek do specyfikacji. Analiza i klasyfikacja sygnałów odbywają się lokalnie na urządzeniu, co ma ogromne znaczenie na polu walki. Nie można przecież zakładać, że żołnierz zawsze będzie miał stabilne połączenie z siecią albo możliwość wysłania surowych danych do zewnętrznego serwera.
Czytaj też: Oczy i komputer trafiły do pocisku. Zmiana wręcz przerażająca
MyDefence deklaruje czas wykrywania poniżej 10 sekund oraz zasięg sięgający w odpowiednich warunkach 6 km. Sam sprzęt ma działać w temperaturach od -35 do 65 stopni Celsjusza i spełniać normę IP67. Akumulator zapewnia do 14 godzin działania w podstawowej konfiguracji, natomiast przy korzystaniu z anteny Wideband XF czas ten spada do około 10 godzin.
Ma to ogromne znaczenie, bo sens takiego rozwiązania polega właśnie na ciągłym działaniu. Wingman Edge nie może być jakimś sprzętem wyciąganym z plecaka dopiero wtedy, gdy ktoś usłyszy charakterystyczne brzęczenie śmigieł.
Jeden żołnierz może ostrzec resztę oddziału
Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy przestaniemy patrzeć na Wingman Edge jak na pojedynczy czujnik przypięty do wyposażenia żołnierza. System może przekazywać informacje o wykrytej aktywności innym użytkownikom, pojazdom oraz systemom dowodzenia. Producent wspomina również o integracji z rozwiązaniami takimi jak ATAK i Nett Warrior.
Warto tutaj jednak zaznaczyć jedną rzecz. Pasywne jest samo wykrywanie RF przez Wingman Edge. Jeśli żołnierz zacznie przesyłać informacje przez zewnętrzny system komunikacji, nie oznacza to już oczywiście, że cały jego zestaw wyposażenia pozostaje niewidoczny w spektrum elektromagnetycznym. Najciekawszy pozostaje jednak efekt skali. Kilku lub kilkunastu żołnierzy wyposażonych w takie sensory może stworzyć rozproszoną sieć nasłuchową, w której pojedyncze wykrycia składają się na szerszy obraz sytuacji.
Podobną kwestię opisywałem już przy systemach akustycznego wykrywania dronów testowanych dla Tarczy Wschód. Współczesna obrona przeciwko bezzałogowcom nie powinna polegać na jednym cudownym sensorze. Radar, optoelektronika, mikrofony i nasłuch RF wykrywają inne cechy celu i mają zupełnie inne słabe punkty.
Nie każdego drona da się jednak “usłyszeć”
Tutaj właśnie zaczyna się największe ograniczenie Wingman Edge. Nawet najlepsza analiza widma nie zmieni podstawowej zasady fizyki, bo żeby pasywny detektor RF mógł coś wykryć, to w jego otoczeniu musi pojawić się odpowiednia emisja radiowa. Drony sterowane światłowodem są pod tym względem wyjątkowo niewdzięcznym przeciwnikiem, bo w ich wypadku łączność pomiędzy operatorem a bezzałogowcem odbywa się przez rozwijany za maszyną przewód, więc typowej transmisji radiowej pomiędzy nimi zwyczajnie nie ma. Dlatego takie konstrukcje stanowią poważne wyzwanie dla systemów C-UAS opierających się na wykrywaniu emisji RF.

Podczas ćwiczeń Project Flytrap amerykańscy wojskowi również wskazywali, że stosowane detektory RF nie wykrywały dronów światłowodowych i konieczne było korzystanie z innych sensorów, a w tym systemów akustycznych oraz optycznych. Podobny problem może dotyczyć dronów wykonujących autonomicznie zaprogramowaną misję bez stałej komunikacji z operatorem. Wingman Edge nie jest więc magicznym rozwiązaniem problemu bezzałogowców, lecz kolejnym sensorem, który najlepiej działa jako element większego systemu.
Armia USA kupiła wcześniejsze systemy za 77 mln dolarów
MyDefence nie wchodzi przy tym na wojskowy rynek od zera. Według firmy w ciągu ostatnich 18 miesięcy Armia Stanów Zjednoczonych kupiła jej osobiste urządzenia do wykrywania dronów za łącznie 77 mln dolarów, czyli za około 300 mln zł. Nie chodzi tutaj o samego Wingman Edge, lecz wcześniejsze rozwiązania producenta. Wingman Edge jest natomiast pierwszym urządzeniem nowej rodziny Edge Generation i pierwszym opartym na warstwie analitycznej MyDefence Spectrum Intelligence. Firma chce z czasem wykorzystać ją również w systemach dla pojazdów, instalacji stacjonarnych oraz platform morskich.

Czytaj też: Elektrownia nad naszymi głowami. Wojsko USA chce odbierać energię prosto z orbity
Właśnie dlatego patrzę na ten sprzęt przede wszystkim jak na kolejny etap miniaturyzacji wojny elektronicznej. Możliwości, które jeszcze niedawno wymagały większych systemów obserwacji spektrum, coraz częściej trafiają bezpośrednio na wyposażenie pojedynczego żołnierza. Jednak nie oznacza to końca problemu dronów. Rozwój konstrukcji światłowodowych i autonomicznych pokazuje wręcz coś przeciwnego – każda nowa metoda wykrywania bardzo szybko wymusza powstanie sposobu na jej obejście. Wingman Edge dobrze pokazuje jednak, jak zmienia się samo pole walki. Żołnierz przyszłości ma nie tylko widzieć i słyszeć otoczenie własnymi zmysłami. Ma również cały czas “słuchać” tego, co dzieje się w eterze wokół niego.

